środa, 23 sierpnia 2017

3 ulubione wiersze - Małgorzata Południak


redaktorka sZAFy, felietonistka eleWatora. Autorka tomików: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016).

Jakiś czas temu Marta Zelwan, zapytała mnie, które z wierszy Mullaghmore lubię najbardziej i dlaczego... Skupiłam się na trzech, by nie odbiec od konwencji.


Tom dedykowałam przyjaciółce, Basi Trzybulskiej. Jest to swoisty monolog, rejestrowanie miejsc, sytuacji, opis z natury. Są też poszczególne dedykacje, związane z konkretnymi epizodami, ale wciąż mówię do Baśki. W tym tomie są więcej niż trzy teksty, które lubię, ale szczególnym sentymentem darzę Pamięć ciała. Wiersz napisałam po artykule o Margarett D’Arcy (osiemdziesięcioletnia irlandzka aktorka i aktywistka). Manifestowała na pasie startowym lotniska na zachodnim wybrzeżu swoją niechęć do udziału Irlandii w nalotach wojska amerykańskiego na Afganistan, gdzie zginęły ponad dwa miliony ludzi. Margarett w tym czasie leczyła się na raka. Kobieta o niezwykłej sile i determinacji. I kiedy znasz historię Irlandii, ile ten naród przeszedł, łącznie z Holokaustem, powstaniami… Została skazana na trzy miesiące więzienia, wyrok odbyła w więzieniu w Limerick, po tym jak odmówiła podpisania zakazu zbliżania się do lotniska w Shannon. Czułam jej argumenty i sprzeciw, musiałam ją w sobie utrwalić.


Pamięć ciała

Masz osiemdziesiąt lat, pigułki na sen,
skwarny lipiec. Zaciskają ci się płuca.
Wolisz być na moim miejscu, snuć się z koleżankami
po barach.

Przyszło przebudzenie, kiedy przeskakiwałam płot.
Nie mam ósemki przed zerem i koleżanek. Pomyśleć,
że jest to coś wspólnego, prawdopodobnie
niestrudzone szukanie czegoś miłego.

Idę na spacer, by objąć cedr w Massey’s Woods.
Kryje w sobie smak wojny, powstania. Rozcięte wnętrze
wypełniają blizny, bluszcz. Ludzkie zwyczaje, znak pod sercem.
I wtedy

poprawiam gramatykę, rozcieram na murze kolor liścia.
Mogłabym nie wiedzieć, ile czasów nastąpiło przed i po.
Bronić się rękoma, zwariować. Muszę wyjść,
wypłukać z siebie karnację, włosy, cierń.
Owinąć stopy, zagłuszyć odgłos obcych kroków,

inne życie. Pamiętam, jak mówiłaś, że człowiek
ma przynajmniej dwie twarze. W negatywie wolę
nie być na swoim miejscu. 



Dla mnie to miejsce jest czymś więcej niż snem… chodzi o Mullaghmore. Tam chciałabym, aby rozsypano moje prochy. Najpięknieszy zakątek, do którego wracam i łagodnieję. Ocean, zmienna pogoda, deszcz, wiatr. Niewielu turystów. Myśl o tym, ilu ludziom odebrano tam życie. Historia przewija się w głowie jak film. Ale te scenariusze pozostawiam dla siebie.


Mullaghmore

Dla mnie to miejsce jest czymś więcej niż snem,
w którym rozbieram się z ciemnych błękitów, w doskonałości
z wyrzeczeń przechodzę do żywego. Nad torfowiskiem
dostrajam sierpniowe good morning do materii.
Łagodnieję nad brwiami. Roje robaków polują jak dawniej.

Czy możemy tak trwać? W ich życiu przechadzać się, wahać.
Nasze ciała mogłyby leżeć pod drzewami. Jednak wstajemy
i bez lęku dodajemy kolorytu pagórkom, toniemy w oceanie,
wypływamy, nabieramy ostrości. Ta sama siła, która zgina konary
w locie. Ścigani przez umysł, porywani przez nurt, nikt nas nie chce

w raju owadów. Tak się zestarzejmy, wchłaniając zapach,
fragmenty rond, kwartałów, mury ogrodów.
Nawet sprzedawca precli spokojnie wyrabia ciasto, a ty
brzęczysz nad uchem, rozpalasz siatkówkę w oku.

Aż w końcu spadnie deszcz. Wyłowią nas razem,
z żabami, wonnymi kwiatami, ze stawów. Nie zmarnowaliśmy
swojej szansy.




O przechodzeniu napisałam dla Judyty, która była misjonarką. Większość życia zakonnego spędziła w Kamerunie. Niestety rak sprowadził ją do Polski. Korespondowałyśmy. Po którejś chemii poprosiła o wiersz, a że w tym czasie niezbyt szło mi pisanie, zadedykowałam jej Relacje, i wydawało mi się, że zaspokoiłam jej potrzebę. Jednak nie odzywała się kilka dni, a mnie zaczęły prześladować wyrzuty sumienia, że poszłam na skróty. Odłożyłam wszystkie książki, płyty i napisałam dla niej wiersz, który po części jest moim pożegnaniem z nią. Judyta niedługo po tym zmarła. Wiersz jej się bardzo podobał, obie ryczałyśmy i mordowałyśmy w sobie strach.


O przechodzeniu 
 
Wiersz dla Judyty nie był o Judycie. Ile mitów i prawd

musiałabym spisać, żeby obudziła się rano, parę dni,
kilka lat później. Pobłogosławiła dzieci,
żeby zboże z puszczonych kiełków rosło wyżej i wyżej.
Gulgotanie to rodzaj oczyszczenia, wypluwania z siebie
guzów, nocnych koszmarów, łańcuchów, w które się wplątała. 


Nie, to nie było o Judycie. Ona wierzy w namaszczenie, a może
ja nie wierzę, dlatego pamiętam cały ten koncert życzeń babci.
Dlatego uważnie patrzę, próbuję się skupić na porcjach płynów,
diabeł drwi ze szczegółów. Albo przechadza się między nami
i burczy w brzuchach. Daje dyla, gdy tracimy pamięć i zaczynany 

od nowa. Życie z przełożoną, mężem, kimś zaślubionym. Ile razy moczyłaś
stopy w occie i pocierałaś palcami czoło. I było tak, jakby ktoś gąbką
szorował ci mózg, wyrywał ciernie lub na oślep wbijał gwoździe.
Za twoje i moje, pij. Pij, może tak łatwiej zamordować strach. 

Nagle okazuje się, że naokoło pachnie czarnym bzem.
Wolno się nie zgadzać, w końcu, zamiast ciebie, Judyta stoi w kolejce.
Wstaje, śpiewa jutrznię i czeka. Godzinki ciągną za sobą ptaki,
nawołują ławice ryb. W łańcuch zdarzeń włączają się słowa
z Pisma Świętego.

Każdy święty umiera inaczej, później towarzyszy nam w barach,
urzędach. Za obrazami i za pamiątkowymi tablicami chowają tajemnice.
Wpatrują się w dal, milczą. Jest ich więcej i więcej,
a nad nimi niebo gwiaździste? 



Mullaghmore


© Małgorzata Południak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...