niedziela, 30 lipca 2017

3 ulubione wiersze - Katarzyna Kuroczka

poetka, autorka opowiadań, eseistka, autorka wywiadów (m.in. z Wiesławem Myśliwskim), literaturoznawca, doktor nauk humanistycznych, stypendystka Ministra Kultury (2014). Urodziła się na Śląsku i nadal na nim mieszka. Wiele o nim pisze. Ostatnio popełniła książkę naukową Literatura światów planowanych. O prozie socrealistycznej na Górnym Śląsku. Publikowała w rozmaitych pismach, m.in. "Prowincji", "Śląsku", "Metaforze", "Szafie". Prowadzi bloga: www.littera.blog.pl.





- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?



Ulubione wiersze? Chyba jak każdy twórca miewam okresy nielubienia mojej poezji i bardzo krytycznego spojrzenia na to, co wyszło spod mojego pióra. Wówczas wszystko wydaje się tylko wierszem, ale nic poezją. Człowiek najchętniej spaliłby rękopisy i zapomniał o tym, że zdarzyło mu się tak głupio błądzić. Po tych dołkach przychodzi czas zaprzyjaźnienia z jednym, drugim tekstem, czasem wersem, metaforą. Wewnętrzny krytyk odpuszcza na chwilę i pozwala mi dostrzec coś wartościowego w zapiskach. W okresie jego łaskawego milczenia jestem w stanie wskazać kilka utworów, z którymi dobrze się czuję. Wtedy mogę nawet przekroczyć magiczną trójkę i dojść do zawrotnej liczby 10. Ale to miejsce domaga się zastosowania gęstszego sita. Jako pierwszy wskażę zatem wiersz, którego darzę przyjaźnią najdłużej. 



potykając się o stopnie

                 Eugeniuszowi Tkaczyszynowi-Dyckiemu


w szopienickiej piwnicy w połowie drogi
z katolickiego kościoła świętej Jadwigi
do Zbawiciela ewangelików
potykając się o wysokie stopnie
weszłam w posiadanie książki za złotówkę

gdyby nie Walenty Roździeński
szlachcic siewierski co opodal kuł żelazo
(dopóki go sąd z Katarzyną Salamonową z włości nie wyrzucił)
i gdyby nie jego poemat officina ferraria
nie byłoby antykwariusza w szopienickiej piwnicy

tak sobie myślę że nie byłoby literatury
w połowie drogi między katolikami a ewangelikami
gdyby nie Salamonowa która sąd przekonała w 1596
i gdyby nie Walenty który dopiero po wygnaniu z kuźni
napisał pierwszy poemat śląski

potykając się zrozumiałam że nie byłoby
książek piwnicy i stopni tak blisko
gdyby nie spór Salamonowej z Roździeńskim:
dziedziczki dóbr mysłowickich z nie dość mściwym lutrem

    byłaby ferraria abo tylko huta?


Mogę o nim powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, powstał w okresie fascynacji poezją Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, co znalazło odbicie w jego formie. Po drugie, jak wiele moich wierszy, powstał z przypadkowego wydarzenia. Pewnego dnia rzeczywiście buszowałam w antykwariacie w Katowicach-Szopienicach i kupiłam książkę za złotówkę mojej ówczesnej promotorki doktoratu. Można powiedzieć, że ocaliłam ją z przepaści zapleśniałej piwnicy. Te zupełnie niepoetyckie okoliczności uruchomiły ciąg lirycznych skojarzeń. 

Drugi wiersz musiałby być grupą. Lubię bowiem te utwory, w których powstaniu zupełnie nieświadomie wziął udział mój mąż. Często zdarza mu się mówić gotowymi wersami, z czego zupełnie nie zdaje sobie sprawy. Ja to wyłapuję i wykorzystuję podczas pisania. Przykładem może być wiersz, którego tytuł jest cytatem z wypowiedzi mojego męża.


tabletek z cyrylicą nie zażyję nigdy

lateksowa osłona pod cmentarną bramą
tłumaczy dokąd zmierzamy: wszyscy

ku śmierci przed poczęciem czy po
ostatecznie sięgamy gruntu wsiąkamy
w puder i pył: kosmetykę ziemi
dlatego tabletek z cyrylicą nie zażyję nigdy
bo gleba dla wszystkich taka sama:
niby okryje otuli a w końcu udusi
dech zabierze nawet tym co stoją
jeszcze u jej progu wpatrzeni
w lateksową osłonę pod cmentarzem
porzuconą przez znudzonego galą
dyrektora poważnej instytucji kultury
który tuż po przemówieniu gładzi
kciukiem swój profil wypatrując
oznak podniecenia wśród
licznych fanek le petite mort




I trzecie podejście. Ten wybór podyktowany jest nie tyle przyjaźnią z samym utworem, co raczej wspomnieniem okoliczności, w jakich powstał. Napisałam go, leżąc w szpitalu z drugim i trzecim stopniem oparzenia. Widok z okna, przy którym stało moje łóżko, wynagradzał mi traumę dramatycznego wydarzenia. Jeszcze nigdy i nigdzie tak nie pracowało słońce, jak w sierpniu ubiegłego roku przy pewnej siemianowickiej ulicy. Od wschodu do zachodu byłam świadkiem czegoś pozornie zwyczajnego, a zarazem wielkiego misterium. Powstało wówczas to:


iluminacja

lubię światło bo wydobywa
z nieistnienia kształty i kolory
nagle widzisz że jest coś
raczej niż że nie ma nic

ciemna uliczka staje się wyraźna
gdy promienie pozłacają zaułki
niczym bizantyjski mistrz

na głowach przechodniów
osiada bursztynowa mgiełka
pod którą jaśnieją myśli
i świat staje się przejrzystszy

raptem dostrzegasz innych w sobie
wszystko oswaja się i zbliża
jakby oba bieguny dzielił płot
zaledwie albo granitowy znak

nic nowego: słońce
wschód i zachód
wszędzie jednakowo

po co więc szukać dalej
raczej trzeba przyjąć to co jest
bardziej niż to czego nie ma



Czy jest to wybór kompletny? Nie. Czy jestem z niego zadowolona? Nie. Już bym coś zmieniła.
                                                                         
© Katarzyna Kuroczka


2 komentarze:

  1. FB trochę późno mnie poinformował o.(Magosiu wybacz)
    Dziękuję Pani Katarzyno za pani wskazania.
    (na domiar złego, nie czytałam Pani, muszę się douczyć)

    Zmienność jest czymś, co szanuję, co robię(czasem bezwarunkowo), bo przecież trwać w szale dnia codziennego, gdy w innym wymiarze poeci piszą takie piękne słowa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tylko podzieliłam się moim doświadczeniem, które jest akurat takie. Jeśli jednak mogłam być w czymś pomocna, to cieszy mnie to.
      KK

      Usuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...