niedziela, 4 stycznia 2015

Świat słów, milczenia i muzyki - Małgorzata Południak






Kolejna podróż. Kolejny Port. Kolejny powrót. Chociaż jeszcze nieprzytomna, cieszę się, że jestem w domu, z dala od komarów, podsłuchów, problemów z opalenizną. Kiedy większość ludzi lubi rządzić, społeczeństwo robi się nadęte, z góry patrzy na innych, dochodzi warczenie i opluwanie, to skutecznie zniechęca do podróży po Polsce. Dlatego zarażam znajomych śmiechem, dlatego unikam miejsc napiętych do czerwoności. Nie chce mi się wchodzić w dyskusje, nie chcę odgryzać się za każdym razem, kiedy ktoś próbuje z pogardą wypowiadać się o bliskich, o znajomych. Coraz częściej odcinam się od schematów, manieryzmu i szeregowania. Pociąga mnie coś zupełnie innego. I nie uważam, że to coś zmieni, świat ulepił się już dawno, teraz jedynie po nowemu rozszczepia się, wiruje, pokrywa mułem. Z każdego miejsca można usłyszeć łatwe piosenki, dostrzec panie podobnie ubrane, umalowane, wypastowane samoopalaczem. Żeby kupić w drogerii Szarego Jelenia, musiałam się przebić przez promocję barwników do ciała, brokatów, utrwalaczy, płynów na poślizg, porost, tworzywa sztuczne, papierowe i kolorowe. Więc chwyciłam mydło, odczekałam w kolejce i wyszłam na deszcz. Można doświadczyć tego samego równocześnie w Irlandii i w Polsce. Porządnie zmoknąć. Już widzę te panny z plamami po deszczu na skórze i, co najważniejsze, uświadamiam sobie, że jedynie środek przekazu się zmienia, nic więcej. Nurtowało mnie od zawsze, skąd te różnice, wyolbrzymianie anegdot pogodowych. Co się z tobą dzieje? Pytam siebie i nurkuję do samochodu. Rozmywa się granica pomiędzy jawą a snem. W Dublinie odczuwam wewnętrzne ssanie. Oczekuję nowych wystaw, festiwali, siły przyciągania, nikt nie musi mnie zapraszać, biegnę tam, żeby poczuć efekty dźwiękowe, akcent, coś nowego, inspirującego, coś, co wbija mnie na długo w ziemię. Jednak splątanie, jakie wywołują ludzie, nowoczesne metody prezentacji, panelowe rozmowy, realizowanie materiału, podkreślanie konstrukcji zdań, osiągnięcia, osiągnięcia, osiągnięcia, są podobne jak w Chorzowie, Poznaniu czy w Warszawie. I brawa, radość, coś, co wygląda na szczere. Coś, co warte jest odnotowania, utrwalenia, przygotowania twórców do funkcjonowania w świecie. Kulturowe podejście do tematu. Uniwersalne, wpływowe i istotne. Niby mogę się tutaj zamknąć w odpowiedniej przegródce, pokazywać się na festiwalach, spotkaniach autorskich. Angażować się i mieć styczność z najróżniejszymi szkołami pisania. Bardziej pojemnymi lub mniej. To zależy ode mnie, od dokuczliwej obecności. Porusza mną jak ból w kolanie, zaczynam mamrotać, schylać się, dmuchać w życie. Wykonuję te wszystkie gesty, widzą mnie, nadeszła ta chwila. Niekiedy mam tło do działania, niekiedy wtapiam się w nastrój. Niby to ma sens, świat jest podobnie zaśmiecony, przegania się, dogania, przekrzykuje. Znajomy zapytał mnie, po co lecę do Polski. W gruncie rzeczy odpowiedzi na takie i podobne pytania nie mają znaczenia. Musiałabym opowiedzieć o namiętności, wysunąć na pierwszy plan kontury artystycznych doznań, a przecież niewiele się różnimy. Przecież zależy nam na obcowaniu ze sztuką, na oddziaływaniu na siebie, na odsłanianiu głębi. Chociaż coraz częściej spotkam się z tym, że ludzie koncentrują się na sobie, obcowanie w dialogu zupełnie ich nie interesuje, to jednak dla mnie ma to znaczenie i proszę mi wybaczyć, że definiuję się w tych okolicznościach, że przenikam motywację na równi z niechęcią. Wyganiam się z tych myśli dwa razy szybciej. To nie jest tak, że mają dla mnie znaczenie jedynie żywe obrazy. Lubię splatać sensowne sceny z życia. Dlatego wypełniam się sztuką, dlatego czekam całe życie na tych, którzy odrywają mnie od monitora, napięcia. To dla nich przelatuję Europę, dla nich kłaniam się, odsłaniam. Patrzę na Baśkę Trzybulską, na jej przedmioty, na jej ponadludzką wrażliwość. Na odciśnięte w glinie słowa, na staw, nosorożca, ryby, pudełka, butle. Zatracam się w tym patrzeniu, słuchaniu. Kładę kwiaty na ziemi, ta chwila jest ważna. Sposób komunikacji. W każdym razie Baśka Trzybulska wyciąga mnie z siebie. Przytrzymuje i zanim starannie wyprostuję sukienkę, nastroszę włosy, wpatruję się w kolaże. Czekałam na ten moment, chowałam w kieszeni kciuki, pędziłam w myślach jak szalona, do tego punktu. Można wejść w nowe życie? Można. Rozłożyć papier, złożyć. Odstawić krzesła i zawiesić na nich wszystko, co cenne. Położyć się na plecach i nie szczypać, gładzić ręką blat stołu. Lubię ten świat. Jest lepszy, jest mój. Niezliczone litery, muchy, pomieszczenia, w których płakałam, zamykałam w sobie szczelnie emocje, po nich pozostały dźwięki odbijające się od ścian. To był wyjątkowy dzień. Trzeba umieć wspiąć się i dotknąć rzeczy fundamentalnych, mimo że nikt inny tego nie dostrzega. Odbiera mi mowę na kilka chwil. Zastanawiam się nad tym, co mówią inni... Jak w malignie śmieję się, klaszczę. Wiersze, na ścianie kolaże, pod sceną krzesła, siedzę i ćwiczę tremę, przeliczam muchy, przeliczam czas. Z Baśką nie rozmawiamy tak często jakbyśmy tego pragnęły, ale czy przyjaźń wymaga aż tylu słów? Patrzę na Basine prace i wiem, co się dzieje. Siedzi nad wodą, jest staw, są rośliny malowane angobami, misy, meble, skrzynki, obrazy. Jej prace bliskie naturze, przypominają o cudowności tego świata, działają jak kompozycje ziół na konkretne schorzenia. Prace, które przypominają, jak wiele jest kultur, tradycji. Coś, co nie przemija. Obserwuję, jak kontempluje świat wewnętrzny, a kiedy gubi niebo, lepi je na nowo. Podobnych doznań dostarcza mi wpatrywanie się w ocean. Prace Baśki są naznaczone symbolami, przez co nie mogą się znudzić. Kiedy wysłałam jej swoją książkę, zadziałał naturalny mechanizm, w którym połączyła to, co materialne, zmysłowe, naturalne i odwołała się do swojego doświadczenia. Tak powstały kolaże, które są odpowiedzią na moje wiersze. To jest właśnie wejście w przestrzeń, która absorbuje, prowadzi do namacalnego świata sztuki. Tak powstaje nowy język. Właściwie obie zazębiłyśmy się w tym, co robimy i tak trwamy. Baśka nie poddaje się presji otoczenia. Mam wrażenie, że nosi w sobie naturalny konserwatyzm, który nie pozwala jej się rozłazić w twórczości. Nie tylko potrafi malować i formować materiał, w którym pracuje. Posiada niezwykłą zdolność, nadaje wszystkim wykonywanym czynnościom, przedmiotom ważność, co powoduje, że sztuka jest czymś oczywistym. Mam wrażenie, że pieczony przez nią chleb też jest dziełem samym w sobie. Tworzy niewyczerpalne interpretacyjnie przedmioty. Przestrzeń, która sprzyja, odciska się na jej pracy. Wzbudza we mnie potrzebę poszukiwania świadectw obecności, kluczy, kontrastów. To wynajdywanie i gapienie się nie wyczerpuje, czas się nie dłuży, ledwie zauważalne oddechy, westchnięcia. Ludzie przechodzą, zatrzymują się, albo idą dalej. Ustawiam przed sobą skomponowane kolaże, jasne, ciemne tło, nastrój, wysmakowane aluzje, odpowiednio naniesioną interpretację słów, świetnie wykoncypowaną przestrzeń. Swoją drogą ciekawe jest, że tak niewielu jest miłośników sztuki. Pewnie ma to związek ze spadkiem czytelnictwa, brakiem potrzeby zajmowania się kulturą. To przedstawienie mogłoby trwać, mogłoby zajmować się głośno tym, co nieporządne albo tym, co dojrzałe. Jednak niestabilność, której przyglądam się z mojego miejsca, ciągle przesuwa granicę. Wciąż układa punkty, zniekształcone krzyżówki, jakiś fałsz, błąd związany z naturą ludzką. Mistyka tego jednego wieczoru rozkołysała się we mnie na dobre, niestety – muszę wrócić do domu. Wejść w kolejne dźwięki islandzkie, irlandzkie, inne. Przeżyć wewnętrzne życie, wykreślić słowa, zagęścić je i spojrzeć w chłód oceanu. Rozłąka jest mi potrzebna, wtedy krystaliczne wzory są łatwiejsze do odczytania. To spotkanie dowodzi, że oczarowanie sobą wybiega poza myśli, zmusza do rozwoju. Szarpie i uświadamia, że warto o sobie mówić, wychodzić z klatki, nawet na jeden wieczór. Trwać przy swoim, pokonywać bariery, przewrażliwione sylaby, nie uciekać przed opinią publiczną. Nie przygasać, zaczynać na nowo i na nowo.






Trudno sobie wyobrazić
inne życie, wiadro piasku, marsz. Nierówności tutejszych wzgórz. Mówię do siebie,
puść. Niech się kręci.


Towarzyszą mi przedmioty Baśki, jej naczynia, pudełka, ryby. Naturalnie dopasowały się do mnie. Artyzm stanowi o ich wartości, są jakby we wnętrzu procesu, który się rozgrywa, kreuje przemijaniem, rządzi wyobraźnią. Każdy etap rozwoju jest przeskoczeniem w myśleniu, jest dotknięciem wrażliwości, przeniknięciem. Trudno programować siebie i narzucać sens ogólnie przyjętym normom. Można jedynie kształtować, rodzić się na oczach innych, wyróżniać się w otoczeniu, przełamywać i trafiać do przypadkowych ludzi. Czasami właśnie ci ludzie wpisują się w codzienne czynności. Potrafią dostrzec najbardziej intymne lęki i znieruchomieć, doznać mistycznej tajemnicy, ubogacić się, rozpoznać symbolikę, gesty, dodać własną wartość. 


To znaczy, czegoś się nauczyłam, czegoś mniej ryzykownego od wypychania
zwłok zwierząt trocinami.


W takim ujęciu praca ceramiczki recenzuje się sama. Jest jak traktat o kolorach, o koncepcji sztuki, narzędzi, którymi się posługujemy. 


Możliwe, że można prościej przemijać. Wystarczy nie schodzić
ze ścieżki, nie tłumaczyć, ile rat pozostało do spłaty,
spinając pośladki biec tu i teraz. Nie dać się lękom 
o przyszłość ruin.


Fragment tekstu z 9 numeru eleWatora /2014/


fot. Baśka Trzybulska 

fot. Baśka Trzyulska

fot. Baśka Trzybulska

fot. Baśka Trzybulska

fot. Arek Łuszczyk

fot. Michał Dudek

fot. Michał Dudek

fot. Arek Łuszczyk
fot. Arek Łuszczyk

fot. Baśka Trzybulska

fot. Baśka Trzybulska

fot. Baśka Trzybulska

fot. Baśka Trzybulska

fot. Arek Łuszczyk

fot. Anna Łuszczyk
fot. Michał Dudek

fot. Michał Dudek

fot. Michał Dudek

fot. Michał Dudek




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...