niedziela, 5 stycznia 2014

3 ulubione wiersze - Robert Konca

fot. - Vlado Drago
(ur. 1970 r.) Tomiki poetyckie: Herezje (1996 r.) i Eter (2006 r.). Antologie: Obserwatorium (2007 r.) i Rzeki epizodyczne (2009 r.). Wiersze i opowiadania publikował m.in. w Słowie, Sycynie, Krzywym Kole Literatury, Nieznanym Świecie, Kwartalniku Kulturalnym Kozirynek i Gazecie Wyborczej. Współzałożyciel (z Bogdanem Marszałkiem) Klubu Literackiego im. Julio Cortazara. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski i rosyjski.





- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

     Biała Bogini... Pierwsze zwrotki tego wiersza przyszły do mnie we śnie, nerwowym i czujnym jak sen dzikiego zwierzęcia. Zgubiłem się w górach na Słowacji i błądziłem w ciemności i padającym śniegu wśród skał i przepaści. Pamiętam krańcowe zmęczenie, a jednocześnie wyostrzone zmysły, próbujące znaleźć jakiś kamień do postawienia następnego kroku. Przed północą znalazłem schronienie w prowizorycznym szałasie. Wyjący wiatr tulił mnie do snu. W takim stanie umysł pozbywa się ścian wymurowanych przez codzienność, ciągłe spekulacje, plany i wspomnienia. I znajdują się słowa...
     Rano obudziły mnie promienie słońca. Byłem w niewiarygodnie pięknym miejscu. Ośnieżone góry kontrastowały z błękitem nieba, a barwy były tak intensywne, że sprawiały wrażenie doskonałej scenografii, przywodząc na myśl mistyczne obrazy Nikołaja Roericha. W takich okolicznościach przyrody zapisałem ten wiersz.
     Później wielokrotnie poznawałem terapeutyczne właściwości Białej Bogini, zwłaszcza w stanach depresyjnych, które dusiły mnie chyba od zawsze. Ten wiersz naprawdę działa, i to natychmiast, przy czym nie tylko poprawia się nastrój jak po haszyszu czy odpowiednio dozowanym alkoholu, ale otwiera się droga do jakiejś pierwotnej mocy i równowagi.
     Gdybym potrafił się modlić, uznałbym ten wiersz za odpowiedź.


          BIAŁA BOGINI

Gdy świat pustynią ci się zdaje
I na kolana cię rzuca melancholia
Gdy zamiast głosu ludzi słyszysz
Syk węża i szelest skorpiona –
Jestem blisko

Gdy na szczycie góry rozpalasz ognisko
I wokół kreślisz krąg leszczynową witką
By alfabet drzew rozwikłać
W noc letniego przesilenia –
Jestem blisko

 Choć święte gaje wycięte przez profanów
I trwa panowanie patriarchalnych bogów
Pamiętaj – to co upadkiem się zdaje
Może być powrotem do domu

Gdy twe oczy znaki zodiaku poznają
Na nocnym niebie –
Jestem blisko

Gdy pieśń swą piszesz
Odwiecznym rażony natchnieniem –
Jestem blisko

Mam gwiazdy we włosach
W sercu lód i płomień
Niebo jest moim lustrem
A otchłań domem

Ja – matka wszystkiego
Co rozkwita i gnije
Jestem gniewem natury
Krwią gwałconej Ziemi
Ale to o mnie śpiewają
Zakochane słowiki
I to właśnie ja jestem
Współczuciem w oczach Bestii

Gdy światło w ciemności cię prowadzi
Na skraj otchłani –
Jestem blisko

Jestem tym światłem zdradliwym
I tą ręką która cię zatrzyma
Pół kroku przed otchłanią



     Szaman. To „magiczny lot” w poszukiwaniu moich syberyjskich przodków. Ten eksperyment na własnym ciele i umyśle, który przypłaciłem dwudniową gorączką, uważam jednak za udany. Wszystko ma swoją cenę, a na ten lot nie ma promocyjnych biletów za jednego rubla. Minęło sporo czasu, zanim oswoiłem się z tym wierszem. Chwilami czułem się jak treser, który nagle zdaje sobie sprawę z tego, że od pewnego czasu wykonuje polecenia tygrysa. Polubiłem Szamana, bo jest jak rozmowa z kimś wiedzącym więcej od autora. Odnalazłem w sobie Wschód z całą jego bezkresną i mroźną przestrzenią, historią i histerią, z samogonem i animistycznymi rytuałami.
     Niedawno okazało się zresztą, że jestem już obecny w rosyjskiej przestrzeni poetyckiej, bowiem jakimś cudem jeden z moich tomików przebył kilka tysięcy kilometrów i wpadł w ręce poetki Aleksandry Polanskiej, która – w ogóle mnie wówczas nie znając – zaczęła tłumaczyć moje wiersze na rosyjski. Człowiek rzuca książki na wiatr, a wiatr wieje tam, gdzie chce.


                      SZAMAN


nie wystarczy ofiarować ciało na pożarcie
demonom i bestiom tajgi, gór i stepów
własną skórę rozciągnąć aż po kres wszechświata
i zebrać na niej kości i kawałki mięsa

ta sama siła która cię pochłonie
kiedyś wszystko naniza na twój biały szkielet
i znowu będziesz musiał wejrzeć za zasłonę
gdzie przeszłość i przyszłość bolą jednocześnie

boso wstąpisz do nieba po drabinie z szabel
zamiast bóstw ujrzysz czarnobiałą brzozę
jedność przeciwieństw - pojmiesz na dnie piekieł
gdzie twa dusza spadnie jak tunguski bolid

a nim trans się skończy i umilkną bębny
przemierzysz tajgę od Obu po Kołymę
dryfując skrytym nurtem zaklęć, snów i wierszy
przez królestwo swych przodków pod wieczną zmarzliną

Po burzy.
Piękno i groza życia.



         PO BURZY


Lęk wyparował z róż
I teraz przyglądają się sobie
Zadowolone z nowej intensywności
Barw i zapachu
Jak nagie kobiety
Na brzegu wodospadu

Cudownie ocalona sójka
Płacze nad spalonym drzewem
Wyrywa sobie pióra ze skrzydła
Aby zrozumieć co się stało
Z jej pisklętami

Burza powróciła
Do oczu Boga
                                      © Robert Konca

                                           

2 komentarze:

  1. Cieszę się, że Robert znalazł się w Artpubie. Warto poczytać. Dobrze gada:)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...