wtorek, 24 września 2013

3 ulubione wiersze - Grzegorz Jędrek

ur. 1988. Pochodzi z Lipia k. Częstochowy, publikuje w czasopismach na terenie całej Polski oraz w czasopismach internetowych w Polsce i poza jej granicami, dwukrotnie nominowany do nagrody im. J. Bierezina, jeden z laureatów projektu „Połów 2011″. Zwycięzca licznych Turniejów Jednego Wiersza i Slamów. Laureat "Żurawi - lubelskich wyróżnień kulturalnych 2012" w kategorii "Słowo". Jeden z założycieli Inicjatywy Dworzec Wschodni, której celem jest tworzenie wspólnych przestrzeni pomiędzy środowiskami uniwersyteckimi a artystycznymi, redaktor pisma „Dworzec Wschodni”. Obecnie jest doktorantem KUL i przebywa w Lublinie. Z końcem 2012 roku została wydana jego pierwsza książka poetycka – „Badland”.


- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Najpierw pewien przyjaciel, a raczej osoba, która – mam taką nadzieję – nazwie mnie kiedyś, być może (bo przecież dobre rzeczy się zdarzają), swoim przyjacielem... No więc najpierw ktoś pokazuje mi tłumaczenia ostatniego wiersza Becketta zamieszczone gdzieś tam...



Tak właśnie zaczyna się historia pierwszego tekstu. (Boże, kiedy mi w końcu przejdzie przez zęby bez niesmaku to zmierzłe słowo „wiersz”). W ogóle to jest tak, że zza tekstu musi się gdzieś tam wychylać jakaś historia żebym ja ten tekst mógł polubić, żeby mi z nim było dobrze, żebym mógł go sobie powtarzać w pamięci kiedy jest naprawdę źle i wtedy, kiedy on mi jest najbardziej potrzebny – mi tylko, bo przecież komu innemu, komu i na co?

Bzdury o tym, że się pisze dla kogoś – pisze się, bo się w tobie myśli kłębią, bo cię słowa rozrywają, bo ciebie całego zaraz rozerwie, rozniesie od tych myśli, o których nawet nie jesteś przekonany, że są koniec końców twoje, bo przecież może to wszystko ze świata jest, może to wszystko się poukładało z jakichś trefnych zdarzeń, zderzeń zdarzeniowych, napięć. „Człowiek jak transformator” powie Czechowicz, cytuję z pamięci.

Ale wróćmy do Becketta, to jest wiersz o słowie („słowo” to słowo o nieba lepsze niż „wiersz”), to jest wiersz o szukaniu słowa – jeśli go dobrze rozumiem. Tak go – w każdym razie - wtedy rozumiałem w rozmowie z tym moim przyszłym przyjacielem. I to słowo, którego się szuka żeby powstał „wiersz”(ohyda), czyli żeby Ci słowa przestały się w końcu kłębić, to słowo to jest coś niesamowicie ważnego. To słowo, które sprawia, że te zderzenia zdarzeń, że te napięcia nagle się rozładowują, układają i jest już ciszej, na tyle ciszej, że da się żyć. I ja to słowo koniecznie chciałem znaleźć.

Później, w jeden z tych wieczorów kiedy przechadza się człowiek po starówce, a okropnie się człowiek ostatnimi czasy zmieszczanił, zmieszczanił się do tego stopnia, że się przechadza, później, tego wieczoru kiedy jest dość jasno i nawet gdyby ktoś powiedział „kamienice gniją” to nadal byłoby jasno, sterylnie jasno, tego wieczoru ktoś najbliższy mówi „Na zimne dmuchać” - jak to? Nie mówi „dmuchać na zimne” tylko to dziwne na zimne dmuchać, i to z takim rozkazem, z taką czułością rozkazu, że się po tych słowach wszystko zaczyna wylewać, że się to wszystko układa, przechodzi, płynie strumień, że nagle człowiek widzi ten strumień i czuje, że to jest właśnie ten strumień, na który czekał – śmiertelnie matematyczny, przeraźliwie pewny każdego znaku przestankowego, i że w tym strumieniu jest gdzieś to, to słowo, które trzeba było znaleźć. I wszystko to zaczyna się błyskać, a później jest przede mną ten „Heraklit”, ten jeden „Heraklit”, którego zawsze gdzieś lubię czytać, bo jego słowa są na tyle śmiertelnie poważne, że jak go czytam, to ta śmiertelna poważność słów robi się niezachwiana.

Heraklit

E.

1.
Na zimne dmuchać. Na niebieskie patrzeć.
Snów nie opowiadać. Nie sypiać zbyt wyraźnie.

Przejść po kamieniach przez potok wyrazów.
Sitodruk. Pop-art. Jej twarz pośrodku kadru

oczyszczona z przypadku, za to pokryta lodem.
On się nad nią pochyla, on patrzy w jej stronę.

Podmuch z ust jego rozgrzał jej nagi policzek.
Głośno tego nie czytać. Uważnie na to popatrzeć.

Na demony uważać. To mogą być dwa demony
albo dwa ludzkie światła. Albo dwa widma ludzkie.

Przerwać.

2.
Słowo, którego nie mógł wypowiedzieć Beckett
brzmi:

Słowo, którego nie mógł wypowiedzieć Beckett
brzmi:

3.
Kończy się obłęd i idę do światła. – – – –
(przez potok wyrazów się idzie do światła)

Twoją bliskość odmawiam jak obrzękłą nutę.
Słowo (którego Beckett...) brzmi.


A drugi tekst (bo przecież nie „wiersz”, nie, nie, „wiersz” na pewno nie) sam jest historią. Nie wiem, czy do końca przyjemna jest ta historia. Jedzie człowiek – jest noc – samochodem marki volkswagen, na przednim siedzeniu siedzi panna młoda, pan młody prowadzi, wiozą cię do domu trzeźwego, trzeźwego i z drugą połową, bo przecież się wtedy nie chciało jeszcze zrobić prawa jazdy, i panna młoda opowiada, mówi o chłopcu, który nigdy nie przestanie być chłopcem, chociaż dawno jest mężczyzną, że on tych piosenek słucha naprawdę, że tak mu jest lepiej jak sobie piosenek posłucha. I ciebie w gardle ściska, bo kogoś innego pamiętasz z dzieciństwa, bo wtedy, w dzieciństwie, a to bardzo dawno, na tyle dawno, że się przepaść zrobiła, wtedy to był ktoś kogo niełatwo dało się osadzić, kto się wymykał tym wszystkim zasadom, które ci wpajano, a które sprawiły, że się tak cudownie dzisiaj zmieszczaniłeś.

Właściwie to wszystko napisało się samo, to takie było. Najgorzej z tytułem, bo chodziło o to, że to może nie do końca przyjemna jest historia, ale to jest historia taka, która opowiada o czymś jeszcze, która sama siebie opowiada, która podpowiada, że to nie tylko ten chłopiec, że ten, co historię pisał też. Gdyby ten chłopiec z tekstu (bo przecież nie z „wiersza”, co to, to nie!) grał chociaż na czymś, na trąbce na przykład, mogłoby się obsadzić jego historię w Nowym Orleanie, albo gdzieś jeszcze. Nie, on słuchał, on sobie puszczał te piosenki, a chodziło o to, żeby go utrwalić. I został ten Bacon, więc jest w zasadzie tak jakby to był syn Franciszka, bo ja wciąż do jego historii nie mam prawa.

Z płótna Bacona

Kruchy i zwiędły chłopcze w garniturze,
jakie mam prawo do twojej opowieści? 

Ten czarny promień, który cię owinął
snuje się za mną już od trzech tygodni.

To nie ty zwolniłeś, to twój świat cię zwolnił.
I już jej nie dogonisz - zatrzymanej ślubem -

tu, na nie swoim weselu, w męskiej toalecie
zgarbiony, dużo mniejszy niż chłopak z moich wspomnień.

Mówią, że nocami wsłuchujesz się w piosenki
- wdzierają się, mącą w głowie - jest wtedy tak dobrze.

I nie ma nic, czego nie nauczono cię trzymać:
dziecka, jej brzydkich blond włosów, życia i agonii.


Na koniec jest taki tekst (tak! Wiemy! „wiersz” nie!), w którym to nie ja gadam, w którym na chwilę uspokaja się tego gada, który tak kiepsko we mnie gada. E. mówi. Jest taki paragwajski bodajże mit, że gdy nadchodzą czasy końca oni, te plemiona, nagle wyruszają w pielgrzymkę i wędrują ze śpiewem, z radością do ziemi-bez-zła, jest na to nawet jakaś zagraniczna, paragwajska być może, nazwa. Chodzi o taki raj na ziemi, który gdzieś jest, do którego da się trafić. Jak człowiek długo czytał „Raj utracony” to bardzo chce taki raj znaleźć. Na przykład w kościołach śpiewają „wiarą pożywić trzeba zmysły i rozum swój, bo tu już nie ma chleba...”, no, to by się chciało raj odnaleźć, iść do niego pielgrzymką, ze śpiewem i tańcem.

Tyle, że człowiek za chwilę pomyśli, że jak tak zacznie śpiewać i tańczyć, to się będą patrzeć jak na wariata – może słusznie – więc mu odchodzi ochota. Tyle, że niektórym nigdy nie odchodzi ochota i jak się spotkają takie dwie siły – jedna żarliwa, beztroska, przekonana, że właśnie taki, że dobry ten świat jest, albo że dobry za chwilę będzie, bo przecież to jest tuż, tuż... druga sceptyczna, twarda, wściekła i podobna do masy Baudrillarda (ale to nie jet tak, że jedna z tych sił jest dobra, nie, nie, kluczem jet tu bezwładność, zupełnie inna energia, zderzenie rozpędzonego samochodu ze ścianą – kto zawinił? Samochód, że jechał, czy ściana, że stała? Pewnie człowiek, pewnie błąd ludzki, wada genetyczna, popsuty chromosom.), więc jak się spotkają takie dwie siły, to nagle efektem jest historia. Trochę chciałem myśleć takimi jednostkami jak Saramago, chciałem też, żeby było śpiewnie, żeby wewnątrz wszystko się dało powtarzać, bo przecież wszystko to ciągle da się powtarzać i powtarzać do znudzenia i dalej, ale każda historia kiedyś się skończy a ta kończy się wtedy, gdy opowiadacz przerazi się, że jest na drugiej kartce maszynopisu a chciał tylko powiedzieć, że słowa to jest w komunikacji śmiertelnie poważna sprawa.


E. opowiada o ziemi-bez-zła

A oni idą opętani ziemią-bez-zła. Ziemią bez ziemi.
Widziałam, jak szła wśród nich dziewczyna o niebieskich oczach.
Idą i śpiewają o swojej ziemi-bez-zła. Ziemi bez ziemi.
Nasza ziemia ma ziemisty smak. Ma boski posmak. Prowadzi nas
dziewczyna o ślepnących oczach do ziemi-bez-zła. Ziemi bez ziemi.
To tutaj, to jest ta rozłożysta sosna. Na noc musimy tu zostać.
Jutro wyruszymy dalej do naszej ziemi-bez-zła. Ziemi bez ziemi.
Stąd droga jest prosta, wystarczy, że się trafi na tej drogi rozstaj.
Śledzą ich. Ekrany rozświetliła wiosna ziemi-bez-zła. Ziemi bez ziemi.
Mogli przybrać dowolną postać, choć nie mogli, chcieli iść i nie chcieli
zostać. Gdzieś daleko pozytywka, dziecięca melodia ziemi-bez-zła. Ziemi bez ziemi,
która ma boski posmak. Smak ziemi. Jedyny taki smak. Nawet gdy płonęli na stosach,
wiedzieli, to kolejny znak, że są blisko ziemi-bez-zła. Ziemi bez ziemi.


I byli blisko. Płonęli.

                                                                                   © Grzegorz Jędrek 

1 komentarz:

  1. Wspólnota Mieszkańców Wszechświata

    Tu jest Twoje miejsce
    tu jest Twój dom
    tu jesteśmy my
    Tu jest pole do obsiania
    tu siej życzliwość
    tu zbierzesz obfity plon
    tu spełni się Twój sen...

    Spójrz w niebo...
    gdzie znajdziesz piękniejszy dach?
    Spójrz na łąkę...
    gdzie znajdziesz piękniejszy dywan?
    Spójrz na siebie...
    gdzie znajdziesz cudowniejszą istotę?
    Popatrz na mnie
    gdzie znajdziesz przyjemniejsze towarzystwo?

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...