czwartek, 20 czerwca 2013

Odczuwanie wstydu na trasie Lublin-Zamość i z powrotem, a także po powrocie do domu - Justyna Bargielska


Trzeźwość jest przereklamowana. Gdyby było gdzie się napić, nie powiedziałabym do konduktora tak:
- Poproszę bilet do Zamościa. A nie, to jest Zamość. I ja już dzisiaj kupowałam od pana bilet do Zamościa. To może teraz ten drugi? Zresztą siądę tam z tyłu i poczekam, aż się pan rozbierze, przygotuje i przyjdzie do mnie.
Konduktor by nie powiedział:

- Czy pani na pewno wolno samej podróżować?
A tył, na który uciekłam, nie stałby się tuż po tym, jak pociąg ruszył w zupełnie drugą, niż oczekiwałam, stronę niezaprzeczalnym, całkowitym przodem w tak przykry sposób.
            Właściwie było gdzie się napić, choć było to na piętrze i słabo widoczne z ulicy. Ale nie znałam miasta a miasto mnie i pojawił się lęk, że po napiciu się wpadnę w jedną z metrowych zasp, których rozlokowanie w centrum i na drodze na stację kolejową było przypadkowe, czyli że rządziły tym reguły zbyt subtelne, bym mogła do nich startować umysłowo. Po wpadnięciu w zaspę oczekiwałam powolnej śmierci przez uduszenie, podobnie, jak gdy na człowieka zejdzie lawina, a nikt go spod niej na czas nie wyciągnie. W dzisiejszych czasach żeby zdążyć z ratunkiem, trzeba znać zwyczaje ofiary, a w tym mieście nikt nie znał moich zwyczajów. Więc wolałam nie pić. Tym razem personalnie wywinęłam się dzięki trzeźwości, ale historycznie pamiętałam, że ofiara musi być poniesiona i, bum, przed Krasnymstawem Fabrycznym przejechaliśmy dzika. 
            Maszynista szynobusa w sekundę zrobił się szary i takim pozostał, dopóki nie usłyszał od konduktora przez krótkofalówkę, że to zaledwie dzik. Komunikat dotarł do niego w odcinkach, bo jednocześnie znienacka objawiona konduktorka – gdzie oni ją trzymali? pewnie robiła herbatę na zapleczu – wołała do konduktora raz po raz „Niosę ci kurtkę! Nic nie rób! Niosę ci kurtkę!”. Maszyniście nikt nie niósł kurtki, ani nawet nie mówił o tym przez radio, więc w swetrze wybiegł przed czoło szynobusa, po czym za chwilę wrócił i cofnął pociąg o jakiś decymetr. Dzik był duży, zaklinował się między zgarniaczem śniegu a szyną, maszynista pobiegł z powrotem i jęli go wyciągać.
            Przez krótkofalówkę konduktorka nawoływała, żeby koniecznie zrobili mu zdjęcie komórką, bo potem będą mieli kłopoty. Mnie się wydawało, że aby uniknąć kłopotów, należało absolutnie nie robić zdjęć, natomiast związać i zakneblować garstkę pasażerów, we właściwym czasie zniewolić ich seksualnie, żeby nie chcieli nas wydać i w ten sposób utracić tę cenną więź, jaka się między nami zadzierzgnęła, porwać pociąg i uciec nim nad morze Bałtyk, póki jest, ale nikt mnie nie zapytał. Szynobus był dwustronny, na obu końcach zakończony kokpitem, więc można było spokojnie porwać część nad morze, a część w góry, w ten sposób już na bank unikając kłopotliwego dochodzenia, a przy okazji nadając zupełnie nowe, anatomiczne, że tak powiem, znaczenie sformułowaniu „porwanie pociągu”. Ale kłopot pojawił się szybciej, niż dochodzenie i innej natury, niż dyscyplinarna, i wcale nie dla drużyny szynobusa: dzik żył. Prawie w dwóch częściach, ale jednak.    
            - A, to jedziemy – zadecydował konduktor. – Przecież żyje.
Szybko sprawdziłam w smartfonie, ile bólu czuje przejechany przez pociąg dzik zostawiony w śniegu na poboczu. Oj, dużo.
Z tego wszystkiego założyłam buty i już do samego nie-Zamościa siedziałam, jakbym prowadziła Wielką Grę lub inny teleturniej, w którym udzielano wyłącznie nieprawidłowych odpowiedzi. Jak w prawdziwych teleturniejach, błędne odpowiedzi punktowało przeciągłe buczenie – maszynista na bardzo tylko krótko zdejmował dłoń z przycisku ostrzegawczego sygnału dźwiękowego, i już żadnego dzika nie potrąciliśmy.  
            W domu syn, który się przeogromnie stęsknił, wlazł mi na kolana, złapał za obojczyki i powiedział:
- Masz bardzo dziwne piersi.
            A kiedy poszedł spać, ja poszłam się napić, bo ostatecznie byłam już w domu, miejscu, które od innych różni się tym, że na pamięć znam rozmieszczenie w nim wysokich śniegowych zasp i głębokich ziemnych dołów, które tylko czekają, aż się coś do nich włoży, najlepiej coś dużego, co chwilę temu się ruszało. Nie miałam już wątpliwości, że moje piersi zamieniły się w kości za karę i że to była sprawiedliwa kara za to, że na trzeźwo jechałam tamtym szynobusem. A także  myślałam o tym, jak będę żyć z piersiami, które zamieniły się w kości. Jak się będę ubierać. Czy ktoś będzie chciał się ze mną kochać. Czy będę mogła wystąpić z tym w telewizji, gdzie prowadząca spyta, za co mnie to spotkało, a ja powiem, że za przerwanie szynobusem prawie na pół wielkiego dzika i zostawienie go na śniegu. I tak dalej, i tak dalej.
            Przykro mi to mówić, ale nie dość, że rano w ogóle o tym dziku nie pamiętałam, to jeszcze piersi znowu miałam z mięsa.



Justyna Bargielska - urodziła się w 1977 roku. Debiutowała w 2003 r. tomem wierszy „Dating session”. Następnie opublikowała tom „China Shipping” (2005), a w 2009 r. „Dwa fiaty”, za które dostała Nagrodę Literacką Gdynia. Jest laureatką III edycji konkursu poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego (2001) i nagrody specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina (2002). Jej wiersze były tłumaczone na słoweński i angielski. „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne) są jej debiutem prozatorskim.





Zapraszamy na warsztaty z Justyną Bargielską w sobotę o godzienie 11:00 w Chorzowie 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...