niedziela, 30 czerwca 2013

3 ulubione wiersze - Roma Jegor



mieszka i pracuje w Mikołowie. Z wykształcenia programista komputerowy, z wyboru – poetka. Członek Związku Literatów Polskich – Oddz. w Krakowie, oraz Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego w Katowicach. Jest laureatką konkursów poetyckich i autorką czterech tomików wierszy: Wieczór w kocim futrze, Bieleją księżyce paznokci, Salamandra i Tatuaż na jabłku. Wiersze Romy przedstawiane były w Akancie, Śląsku, Migotaniach Przejaśnieniach, Znaj, Lamelli, Hybrydzie, Literacie Krakowskim, w antologiach pokonkursowych, na internetowych stronach PKPzin, Polis2008, Fragment, Parnas.pl, Modowo.pl i w Śląskiej Strefie Gender, jak również w audycjach poetyckich Macieja Szczawińskiego na antenie Radia Katowice. Poetka mówi o sobie: „Nigdy nie byłam z tych pięknych kobiet domowych, pachnących wanilią, które szyją i haftują. Pachnę kartką. Jestem zwykłym poszukiwaczem znaczeń, układaczem słów."


- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Trzy wiersze? Swoje? Własne? Najulubieńsze? To jakbyś matce z rodziny wielodzietnej kazała wybierać między pociechami; które najukochańsze! Wszystkie takie udane! A tu wybieraj, które pokazać światu, a które zostaną w domu , za zaciągniętymi zasłonkami, w sukienkach codziennych, w półmroku, w smutku .No, ale z drugiej strony - może Kopciuszkom coś z balu przyniosą śmielsze siostry. Może choć jabłko, w którego czerwonej skórce będą się przeglądały, grzały bledziutkie rączki w różowym blasku. Może od tego też dostaną rumieńców i życie zacznie w nich krążyć, jakby jabłko było orbitą, która wynosi wysoko, w niebo, w chmury jak wata cukrowa, jak para z czajnika co śpiewa o wieczornych aromatach herbaty, o ciastku z makiem, o miłości do kostki cukru, której musiała się wyrzec z powodu rodziny, o …. Ooo! Chyba nie o tym miało być. Przepraszam. Ale jak tu przedstawiać na salonach pociechy swoje, choćby najmilsze, skoro one takie bez tytułów, doktoratów, w sukienkach perkalowych i płóciennych spodniach…

Wahałam się, gryzłam paznokcie ponieważ nie chcę się powtarzać, zanudzać, a one ( wiersze) ostatnio trochę bywały. Zwłaszcza w Internecie, bo z nowym, papierowym tomikiem grzebię się już cały rok. Niby jest, otwiera usta, bierze oddech, ale jeszcze przelewa mi się przez palce, dobudzić go nie mogę. 

Więc w końcu werdykt. I dziwię się samej sobie, bo wybrałam te mniej bywałe. Każdemu dałam kropkę na drogę, jak tobołek z piętką chleba. I poszły trzy wiersze. Jednak jako matka również pozostałej trzódki, od razu zaznaczam, że każdy jest mi bliski. Każdy inaczej. Każdy z innego powodu. 

Pierwszy to wiersz, który wraca do mnie jak fala. Ani go chciałam, ani planowałam. Stał się w czasie powodzi w 2010 roku. I nie mogłam temu zapobiec. Jest. Wyrósł. I wraca teraz co kilkanaście miesięcy. Nie kocha zbytnio rodziny, która zarzuca mu, że taki mało poetycki. Że interwencyjny, że suchy. Nie pojawił się w żadnej mojej książce, tylko na Parnas.pl. w zakładce „Bez cenzury”, gdzie, dzięki przychylności Remigiusza Grzeli, mogłam pisać bloga. Może wiersz „Trzecia fala” jest mało zżyty ze swoimi braćmi , ale jest szczery, jak woda, „co daje i odbiera i w piekle poniewiera”…


Trzecia Fala

„Temu dała na łyżeczkę
Temu dała na miseczkę
A temu paluszek ukręciła i poleciała …”

Pierwszemu oddałem współczucie i koc
drugiemu przerażenie i małą skarbonkę
z różowym uchem
następnym pieluchy i proszek do prania
żeby się nie wylęgła ślepa cholera
co nie wie kto zasługuje bardziej i komu najbliżej
Zostały mi tylko niepokój i gniew
i ostatni worek z piaskiem
Zostały mi dla ciebie do którego też w końcu szeptem
traktem nocą po gałęziach dolinach i błotach
jak w Somie i Gomorze przyjdzie bestia
nieszczęście o czerwonych oczach
i dom jak jajko niespodziankę rozkruszy
rozmyje otworzy na wszystkie strony świata
a w środku będzie tylko niebo niebieskie i woda
Wyjdziesz z niego nagi i bezbronny
jakbyś się znowu urodził w siedemdziesiątej wiośnie
życia
jakbyś nigdy nie posiadał łyżki łóżka ani dachu
I wszystko jeszcze przed tobą
Płynie


Drugi wiersz urodził się w Paryżu. Nie, nie dlatego go przedstawiam, że urodził się wtedy, tam, z zachłyśnięcia się światłami, europejską wieżą Babel, innym światem, takim prawdziwie światowym. Wróciłam po tym Paryżu do siebie, pojechałam do Krakowa, Kalisza, Gdańska i znowu wróciłam i okazało się, że wszędzie tak mam. Na wydmach, na rynkach i na widok białych wież kościołów w Mikołowie – i nieważne czy na co dzień, czy od święta. Przychodzi moment kiedy zatrzymuje się w tobie pędząca godzina, zacinasz się w zamyśleniu, w zapatrzeniu. Czujesz wilgoć drewnianej poręczy lub pergamin murów, zapach bruku, zasysanie powietrza przez pory. I czujesz, że jesteś tu właśnie po to. No może jeszcze po zachwyt, albo po spokój. Albo po wiersz.

Wieża Eiffla

Stoję między nogami Tour Eiffel
właśnie rodzi mnie Paryż
transfuzją dzwonów mostów katedr
i platanów
białych żeber Sekwany ciemnych żył
katakumb
już spijam pianę ulic przed zaciszem księgarń
sączę korony królów wino tłumu ciężkie
i łodzie kandelabrów w cesarskich sypialniach
i zbroje pokonanych i okrzyk Joanny
Rodzi mnie wieża Babel tysiącem języków
misternie przeplecionych przez konstrukcje domów
i nagle jestem miastem ja dziecko zaścianków
czuję ciężar korony pochmurnego nieba
Mam znów zachłanne oczy i głębokie gardło
jestem gotowa walczyć toczyć wiersz ulicą
bluźnić jak ten bezdomny z białą kołdrą gazet
by później już pod szczytem samej rodzić miasto
Pod moimi nogami wykluwa się jajo
wyżej nade mną tylko wszyscy święci katedr


Trzecia moja pociecha wrosła i wykarmiona została moim podziwem dla poetów i pisarzy. Tych z krwi i kości, opętanych myślą nawlekania słów na strony, umiejętnego polerowania uczuć, opowiadania historii tak, żeby one w nas wpadały i żłobiły w nas kręgi, albo tylko punkty świetlne, albo zapalne… Może on i troszkę egzaltowany, ale od małego był taki nerwowy. Kiedy się rodził trzymałam w rękach nową (wtedy) książkę Leszka Żulińskiego „ Ja, Faust”. I byłam zachwycona tymi wierszami. Och, wcześniej też mi się zdarzały różne fascynacje, miłości, książki -towarzysze i książki-kochanki, ale to przy tej właśnie książce urodził się „Bezdech”. 

A potem przyszły inne książki, innych autorów, przy których znowu traciłam spokój i „orientację w terenie”, i mieszały mi się godziny i pory roku, nie dogotowywały ziemniaki, przypalało mleko . Zostawały tylko te momenty kiedy jakaś historia, jakiś wiersz, jakiś głos wpuszczał mi mrówki za kołnierz i szczypał w przełyku, jakbym lizała wprost z dłoni „przedwojenną” lemoniadę w proszku, ten magiczny proszek dający uczucie „rośnięcia” w tobie czegoś wspaniałego…


Bezdech
                                  
Książkę dał mi listonosz o wyblakłych oczach
Nie wiedział że trzyma w rękach pożar twojej krwi
jęk języka gotyk podniebienia
wszystkie radości świtów
czarne Świtezianki
dzwonki słów pawie uczuć
gorzkie perze smutku
pożar myśli zajętych od zgagi na sercu
On znów o gorzkim roku o podłej naturze
o korytarzach pełnych zwiędłych niemych listów
Podawał mi do ręki smyczek twoich nerwów
Marząc o złocie Inków i złotej jesieni
nie wiedział że ma w palcach grupę czyjejś krwi
skrawki skóry paznokcie włos łonowy Ewy
pola bitew stołowych łany piór złamanych
nadzieje burze popiół 
bezdech kiedy czytam


Poszły. Siedzę teraz otoczona przez resztę „rodziny” i myślę, czy zrobiłam jak trzeba. Może powinnam była wysłać Ci któreś inne dziecko, zdolniejsze, piękniejsze, bardziej oczytane, albo bardziej lubiane w piaskownicy... Przepadło. Reszta więc dostanie tylko zapach fiołków, które zawsze obok. I może kiedyś inną szansę.

_______________________________________


I tylko jeszcze malutka Malta chodzi za mną i czepia się spódnicy. 
Bo stało się lato, bo oczekujemy ciepłego morza, słońca, piękniejszej strony życia.
Wciska mi się więc jasna moja Malta pod palce i woła – jeszcze ja! Ja!
Kiedy ją pisałam byłam pod wrażeniem małej Malty i starożytnych budowli, których właśnie dotykałam, po których chodziłam, pod których kamieniami schylałam głowę. Tak starożytnych, jak nigdzie na świecie, starszych od Stonehenge, od Starego Testamentu, od piramid i pierwszych egipskich faraonów. Starszych od myśli o nich. I starszych niż czas, w którym urodziły się wojny ze swoimi najeźdźcami, bronią, wojownikami. To był czas kobiet, które stroiły się i rządziły. Tworzyły swoje piękne światy, pełne kultury i sztuki, zanim przyszedł czas mężczyzn – czas napadania, zdobywania, wycinania w pień i brania jak swoje…Więc kiedy dotykasz tego czasu robisz się lepsza, spokojniejsza, piękniejsza, jakby one – tamte kobiety- z czasu tak przeszłego, że po nim tylko kamień, trzymały cię za rękę.



Pocztówka z Malty

Tyle kościołów że brakuje kolan,
ale to upał tak o deszcz się modli,
każąc milczenie schować na porę zimową,
szukać miejsca na gniazda, na kołyski roślin.

Tyle murów, że jesteś jak obłędny rycerz,
rzucasz krzyk w morze, prosto w gardło wiatru,
kamienie gładzisz, co rodzą się szybciej niż święci,
niż obrońcy zdobywcy, zapach oleandrów.

Staruszka truchtem biegnie pokazując drogę
gdy szukasz żaren, kotów, gdzie los kobiet śpiący
Starzec pięty wygrzewa ( i plecy o fronton)
w uliczce wąskiej, że nawet nie przedrą się głosy.

Idziemy cień od murów  odlepiać powoli,
lody jeść co nam płyną od ust aż po łokieć,
oswajać siłą woli, oddechem i fleszem
urwiska jak meduzy rozpostarte w wodzie.
--------------------------------------------------------------
Tu powinien Romeo szukać swojej Julii
(zachowując wiatr w płucach i spokój jagnięcy).
Ona tu na kamieniach jak rodząca mewa
kocha, broni i traci przez lat pięć tysięcy.

                                                                      
© Roma Jegor 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...