czwartek, 13 czerwca 2013

3 ulubione wiersze - Ewa Solska

Mało o sobie (niech mówią wiersze)
Ewa Solska, pracownik naukowy, nauczycielka akademicka. Literacko debiutowała w 2004 roku tomem wierszy „Listki Penelopy”. Publikuje mało, ostatnio w „Akcencie”. W drodze nowa książka poetycka. Mieszka w Lublinie. 






- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


            Więc wybierz sobie trzy ulubione. Wiersze, wiersze. Metacodzienność nasza.  Swoje, co już trochę zbija z tropu. Dlaczego ja mam wybrać? Dlaczego trzy? Dlaczego ulubione? Oczywiście trzeba odprawić wstępny rytuał krygowania SIĘ. Tak więc powie się, że się swoich wierszy nie lubi, to znaczy lubi, ale inaczej. Jak to inaczej? Tu porozpływamy się nad swymi afektami, które przeżywamy, kiedy wiersz się pisze, kiedy wiersz leżakuje i kiedy wglądu dokonamy po leżakowaniu… Mniej więcej odpowiedzi wybrzmią podobnie, w bardziej lub mniej uda(wa)nej próbce autoironii. Zaś potem co, sędziować we własnej sprawie? Zasadniczo nie uchodzi. Choć ostatecznie trudno powiedzieć, dlaczego tak nie uchodzi; znikąd advokatusa i każdy tu robi swój kandydowski ogródek – samotnie i sam –  nareszcie. A jeszcze owo, w epokowym trybie formułowane, pytanie o lubienie. „ – Czy Pani lubi Brahmsa? – Paszoł won!” – nie tylko żona wirtuoza takiego trybu nie lubi. No… lubić to można leniwe pierożki, pompejański róż, zapach nardu… Natomiast resztę się ‘lajkuje’, tak? Ale cóż, nadużycie takie to stawka nie tak bardzo znów obciążająca. Poza tym – kolega się zwraca, kolega się stara – da się zrobić. Ça ira! Za to trybom zasadniczym damy topionego sera – lubią – to niech sobie chwilkę pofolgują.  

Zatem wiersze (aktualnie!) lubione = trzy plus autokomentarze – jak nie należy.
Zapraszam




Elegia miastowa (Golem)

Krew, woda, wapno (tego z czasem mniej), tu kapka
tłuszczu. Jak byś bracie nie patrzył – dużo krwi –
jesteś w sobie. To nie ja! Kto dał ci  moją twarz?
Resztki zostaną na strychu synagogi w Pradze.
Tło wyrazu? Teraz to jest prawda, ale będzie śmierć,
kiedy zabierzesz pierwszą literę [emet-met] krwi.
To nie ty mnie stworzyłeś! Dałeś tylko zaistnieć.
Adam number one – oto „łączą się naczynia
w niepewnym stosunku” do kosmicznej osmozy.
Równowaga nierówności – wyjmuje i wkłada
święte pliki do glinianych ust
bóg śmiertelny.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
                    Na rogatkach Lublina
młody neoplatonik rozmawia z duchem ojca
matematyka Eudoksosa. A ja stoję pod zamkiem
oko w OKO, gryząc usta. Nie rozmawiam z duchami,
bo się boję – bólu zęba w sercach, które gryzą ciszę
w serce. Nieżywi nie robią nic żywym. A skąd wiesz?
Milczą się o reszcie. Bo się myli o reszcie! Zawsze
po poecie zostaje kieszeń & słowniczek. My żyjemy!
Bo żyjemy w Niewidocznym Mieście (wyraz tli
Echolalie – „suche kości krzywdy
nie robią nikomu” (?); tylko różę określają nie-różane tła).
Tu jesteśmy – zastawieni. Tu wam oblicze-my.
Vade me cum?
                         Po-głosy ogrodów.
Palimpsesty cieni ~ alikwoty mgły i deszczu
biegną pasmem lunaparków przez pajęcze głowy drzew.
Coś zamilcza się znowu w prawdziwe zmyślenie
nowe reszty na resztach dla tych star-
tych res


Donoszę tu w skromności swej, że mój daimonion metafizyczny&eschatologiczny wygrał był mi „onegdaj” taką otóż elegijkę, tempo adagio appasionato, pożyczając bałałajkę od Archipowskiego. A rzecz o mieście, o Lublinie i… okolicznościach rozmaitych – niechby łagodzących. Słowem, nadto ‘sensu-całkowania’. Niemniej przypuszczam, iż via przenajświętsze dziś szablonowiska to ewentualnie będzie przyjęte…. tylko w przedpokoju. Albowiem jest to :
a) przeładowane b) przegadane c) prze- fasonowane d) hermetyzowane e) olaboga jakie truuudne  f) itpd.
From the other hand – traktując serio tego typu zarzuty – te uwagi suponują troszkę nieuważność, drogi Panie Konsultancie. Z nieuważności są. Poza tym: jak grał tak grał i ja to zapisałam jak zapisałam. Fiat.
Co lubię – migotliwości, cienistości, ruch w zagęszczeniu. Rytm mimo labilność. Płynie wszystko – w sensie in spe jaki brzmi u Grossmana, ale i sporo w tym meandrów. Jak to we śnie. No i końcóweczka, która jest ok. 



Może (głos wołającego na chmurno)

To będzie wieża w środku lasu
tym co na długiej górze czaszek
tym co na krótkiej górze nadziei
a w środku wieży będzie zamek
a wokół zamku będzie las
i wieża będzie w środku zamku
co na tej długiej górze nadziei
co na tej krótkiej górze czaszek
a wokół wieży będzie las
a środku lasu będzie zamek
ten co górze i tak dalej
będzie
 
bo będzie!

Chcesz mi powiedzieć mistrzu – będzie
to sprawa życia oraz śmierci?
a ty byś wolał sofizmatyku
chrystusika na krzyżyku? 
tak osobiście to bym wolał
te srebrne bule i bush-baby
i mozartowskie kulki albo
wolałbym może czasem skoczyć
do oczu Marinie Abramowicz
a potem leżeć na riwierze  
i perskie oko topić w chmurach – a ty?
mi mówisz jeszcze dziś że mo-
że sprawa tużyć bo tamśmierci
a ja ci mówię dziś że mo- 
że sprawa życia to jest żyć
a śmierci –? – nie wiem  

Co w takim razie mówisz sobie? – morze
sobie dziś mówię – morze

a potem duchy ryb i komarów
na krużganku u Mme de Stäel – z widokiem
na Thymotejką zatokę –

duchy co zawsze potwierdzają.



Cóż – wadzenie się, ‘klasycznie’. Perypatetikum z Niewiadomym. A swoją drogą około-religijne sznyty są u mnie wyraźne, zwłaszcza w przygotowywanym teraz tomie. 
Tu vide relacja między bohaterem, takim zblazusiem, prostodusznie cynicznym, hipsterowskim typkiem, a …sacrum po prostu. A sacrum to kenotyczne, w mocnym samoograniczeniu, wybrakowaniu, w silni bezsilności niejako.
A i dużo tu morza… Pewnie dlatego, że pisałam ten tekst dużo słuchając Debussy’ ego akurat. I końcówka mnie odpowiada, tutaj również (tytuł z-resztą też).     


European tattoo

Za-kotwiczyć się przez mur (chiński wiatr od Morza);
taki gest jak i wymyk – for second more exit – 
wyjąć TO z ust prawdki na drugie bardziej wyjście
i nie budzić przed czasem (bo jeszcze cię pożre).

Wchodzisz tak wysoko: „Voglio una Verita!”
Wiemy pamiętamy echowańczy Bujaszku.
Chciałbyś anegdoty dla naszej trajektorii;
nim się wdrapiesz za Letę odleci Boccaccio.  

Absurd zejścia? Od surdus znaczy głuchoniemy
croud – founding i zasada: zjadać mocniejszego
jak (U-licznik) powiada. Niemiej, do orzechów

dziel na głosy, czasy, klatki. I nie wołaj nam,
nie wołaj nam już węża w głuchych butach
____Dziadku.


(Morze again..). To taki tren jakby. W stronę? W stronę Europy. A Europa jest dziś w odwrocie, jest w fazie decline.  Ex oriente ciągnie nowa fala. Anabasis?  Za Greków to byli Persowie, 25 wieków później Konarmia Bolszej Rewolucji (w międzyczasie jeszcze Konstantynopol wzięty, Wiedeń się ostał) w awangardzie nowego czasu, po ostatniej krucjacie jaką sobie Europa urządziła przeciw samej sobie. A dziś… Im dłużej i globalniej się tu namyślać, tym trudniej się połapać, więc każdy sobie swoje dośpiewa.  A Europa to co  – moja kultura – z wyboru i duchowej konieczności. To kultura Republiki słów i nauk. Szukająca arche, logosu, wersji pre-alpha „natury”, bytu-Prawdy, absolutu, ostatecznej teorii rzeczywistości… Kultura myśli wznosząca możliwości ludzkiego intelektu do nieskończoności. Europa – jakiś cypelek azjatycki za chwilę. Już.
Kiedy stało się to, co się stało w Londynie niedawno, gdy ścięli człowiekowi głowę na ulicy, w państwie, które kiedyś nazywało się Anglią, a to naznaczało w swoim czasie świat, to coraz trudniej mi oddychać. Grecja dziś = brak. A rzymskie insygnia do Chin? A w USA kwitnie „nowa humanistyka”, zaś w jej nurcie wiodącym „posthumanizm” co też oznacza, ni mniej ni więcej „posteuropeizm”.  Tak więc śmiej się późny wnusiu Pajaca.
Europa – nadto mnie bolący sznyt. Więc tren, a może bardziej litanijka – do Europageist. Tak…
*A ten ‘Dziadek od orzechów’ to, by tak rzec,  lewiatan europejski – taki sobie śmiertelny bóg – i już widzi drugi brzeg.


***

Tak więc „pathē mathos” (cierpienie nauką) powie Ajschylos w Agamemnonie. Z drugiej strony – „pas trop de zѐle” (acz nie za dużo gorliwości) Talleyrand dicit. Tak więc znowu kwestia smaku, wyboru też. Dla smaku łączę te dwie mowy – z akcentem na Francuza tym razem, nie przecząc tym wszakże mej filohelleńskości, i niemniej, choć w dystansie,  estymy dla patosu. O tym i o tamtym świadczy najmniejszy tu mianownik – ironia – stała moich wierszy, co poniektórzy skłonni są mylić z farsą. W czym mylą się w całej rozciągłości. Al fine. 

P.S.
Kwestia wyboru, nad-konieczność wyboru… Byle nie dać się wpisać w target ostatecznie.  Prawdaż? Co zatem w ogóle mówię o wierszach – swoich, swoich?

niech nosi imię bez imienia  i jego słowo
złym będzie okręgiem,
                                      żeby zaś nigdy równiejszym

A w ogóle, stateczek z lubionymi wierszami u mnie zmienia często port, więc za jakiś czas – do aktualizacji chyba?  Czuwam!  

                                                                                 © Ewa Solska




2 komentarze:

  1. Fajne wariacje n/t może ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię


    mi mówisz jeszcze dziś że mo-
    że sprawa tużyć bo tamśmierci
    a ja ci mówię dziś że mo-
    że sprawa życia to jest żyć
    a śmierci –? – nie wiem


    Interesująca poetka, nie znałem.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...