wtorek, 21 maja 2013

Recepta na zapomnienie - rozmowa z Mirką Szychowiak


Małgorzata Południak: Zacznę od tego, że mieszkasz w Księżycach. Nigdy tam nie byłam, a już sama nazwa brzmi magicznie. Jak określiłabyś to miejsce?

Mirka Szychowiak: Kiedy człowiek zaczyna płynąć przez życie w takim momencie, że już trochę wie, że płynie nie sam i bagaż mu się nazbierał spory, zaczyna się zastanawiać, gdzie zacumuje swoją łódź, ile jeszcze drogi do portu, który być może nie pozwoli mu już nigdy odpłynąć w inne miejsce. Pięknie to brzmi, prawda? Ale skąd można wiedzieć na pewno, kiedy w końcu poczuje się grunt pod nogami, że to TUTAJ? W moim przypadku Księżyce zadziałały jak potężna dawka elektrowstrząsów. Nie widziałam ich przed podjęciem decyzji o kupnie, nie byłam tam przed sfinalizowaniem u notariusza kupna domu. Dom widział wcześniej Bogdan, ale przecież normalną rzeczą wydają się wspólne oględziny posesji, zanim podejmie się tak poważną decyzję. Ja nie musiałam Księżyc oglądać – po raz kolejny zawierzyłam swojej intuicji i temu dreszczowi, który pojawił się, kiedy Bogdan powiedział, że znalazł dom w Księżycach. Słowo “Księżyce” wystarczyło. Nie wiem, błyskawica, jakiś blask, jakiś głos z góry, a może wszystko naraz pojawiło się momentalnie i już żadna inna wiedza nie była mi potrzebna. Zawinęłam do portu. Potem, kiedy zajechaliśmy do Księżyc, to już była szara rzeczywistość –pierwsze zetknięcie, to waląca się szopa (akurat była wichura) - delikatnie mówiąc – tyfus. „Westerplatte” było w tym momencie bardziej stosowną nazwą niż Księżyce. Zbliżała się jesień. Bogdan powiedział, że na Boże Narodzenie będziemy już w Księżycach. I byliśmy. Kiedy sobie przypomnę, jak harowaliśmy, by zdążyć, wzruszam się. Zapomina się o potwornym wysiłku, o pracy, o bąblach, o zakrwawionych rękach. Księżyce nie są najpiękniejszym zakątkiem na świecie. Ich uroda polega na czym innym: tu mam swój dom, w którym wszystko jest moje. Mam przyjaciół, którzy wykupili wszystkie wolne domy w Księżycach. Mam swój nieelegancki ogród ze specjalnie urządzonymi krzakami. Księżycom zawdzięczam trzeci wstrząs mózgu, który otworzył mi drzwi do wierszy, do moich od wielu lat uśpionych dzieci. W Księżycach Mirka Szychowiak zaczęła pisać wiersze.

MP: Dzieci. Powiedzmy: wracałaś o szesnastej do domu, przygotowywałaś obiad. Później siadałaś do biurka i rodziły się, ot tak? A płodzenie? Przecież to musiało być przyjemne uczucie!

MS: Zacznę od tyłu. Pytanie jest nieco seksiarskie, więc i odpowiedzi nie mogę odziać w szaty żelaznej dziewicy. Uporczywa chęć spłodzenia jest zjawiskiem z góry skazanym na niepowodzenie, czego doznałam, „starając się” histerycznie o dziecko. Zarówno „wykonawca” (czyli mąż), jak i „podwykonawca” (czyli ja), stawaliśmy na przysłowiowych rękach i nogach, by spłodzić potomka. I nic z tego. Kiedy przestaliśmy się starać – okazałam się „brzemienna w skutkach”. Samo przyszło, krótko mówiąc. Okazaliśmy się pod każdym względem płodni. Proszę zobaczyć, ile tutaj kryje się analogii, jakie jest podobieństwo do poetyckiego tworzywa i tworzenia. Przyjemne uczucie jest wtedy, gdy spływa na nas światło, kiedy poczynamy w sobie wiersz bez przymusu, kiedy nas to nie męczy. W jednym i drugim przypadku twórcy nie powinni niczego zakładać, to gasi iskrę. Wiersz nie może być zaplanowany, on czasem każe siebie napisać znienacka, wzbudzając często zdziwienie, że się rodzi, że rośnie, że już jest. To jest piękne.
W związku z tym nie mogłam, jako matka, żona i kochanka – planować ani dnia ani nocy. Nigdy nie wiedziałam, kiedy wiersz do mnie zapuka. Jeśli zapukał – nie było na czas obiadu, spóźniałam się do pracy, mąż przewracał się samotnie z boku na boku. Tak to wygląda, moja droga Małgorzato.

MP: Rozumiem. W czym, a może gdzie tkwi źródło Twojej siły? Piszesz świetne wiersze, ale czy tylko wiersze?! O tym, że jesteś żoną, matką i prowadzisz teatr wielu czytelników jeszcze nie wie. Dla odmiany ci co Cię znają wiedzą, że jesteś znakomitą organizatorką życia publicznego. Więc piszesz, grasz, kierujesz, ustawiasz… skąd pomysły, recepta na zainteresowanie?

MS: Mojej siły? Nie wiem czy to jest siła, czy może determinacja albo ucieczka przed myślami o śmierci, o tym, że mogę czegoś jeszcze nie zacząć, nie zdążyć. To raczej jakaś dziwna gorączka, nienaturalna adrenalina. Czasem strach działa jak najlepszej jakości skręt – z czeluści wywala cię na powierzchnię i wtedy, jak cudem uratowana – zaczynasz szaleć, bo znowu żyjesz. Dlatego też „dokładam sobie” roboty, latam do wiezienia na próby teatru, przygotowuję jednego gościa do szkoły teatralnej, mam kabaret, w którym także się produkuję nie tylko jako autorka, ale jako aktorka. Tego nie można nawet nazwać receptą na zainteresowanie, to recepta na zapomnienie, na ciągły ruch, ucieczka przed pustką. Taka aktywność przypomina, że jeszcze żyję, że „jeszcze się tu pokręcę”.

MP: Konkurs o „Granitową strzałę” - jakie błędy najczęściej popełniają poeci przysyłający swoje cykle poetyckie?

MS: Niestety, błędów jest mnóstwo. Rzecz jasna – autorzy słabi absolutnie nie zdają sobie sprawy, że przysłali niedobre teksty, że są to teksty nierówne. Zdarza się czasem, i powiem, że szlag mnie wtedy trafia największy, gdy wśród dziesięciu wierszy jest pięć bardzo dobrych. Pozostałe – niedobre. Oznacza to, że autor potrafi pisać dobre czy bardzo dobre wiersze. Dlaczego zatem skomponował zestaw, w którym są także knoty? Nawiasem mówiąc, poza uchybieniami formalnymi (ujawnione na kopercie dane czy brak zapisu na płycie CD), trudno tu mówić o błędach. Nie można mówić o błędach, tylko o złej poezji, której autorzy przysyłają najwięcej. Jestem szczęśliwa, jeśli z na przykład trzystu zestawów wyłuskam pięćdziesiąt. Dla tych właśnie – robimy ten konkurs.

MP: Domyślam się, że pojęcie gospodarstwa, ale w znaczeniu rozległego inwentarza kulturalnego ogarniasz w sposób nieprzeciętny. Kiedy Cię poznałam, od razu wiedziałam, że miedzy nami jest tyle emocji, pomysłów, jednak męczy zmaganie się z codziennością, brak wspomagającej krytyki, jest coraz mniej miejsc, gdzie można porozmawiać o poezji, sztuce. Mam wrażenie, że cały ten mechanizm w bulwersujący sposób rozłożył się i tacy ważni ludzie jak Ty, żyją w Księżycach, a na dodatek za często nie udzielają Ci głosu. Przeszkadza Ci to?

MS: Myślę, że jest trochę inaczej. O poezji można rozmawiać wszędzie, odważę się przypuszczać, że w tzw. „prowincjonalnych” dyskursach panuje jakaś trudna do wytłumaczenia czystość – nie mówi się o poetach, poezji – ustawiając jakąś listę rankingową nie wartościuje się jej w kontekście autorów, bo na dobrą sprawę – poezja jest w roli głównej i tu można się wspólnie wyżyć i gadać do rana. Zawsze powtarzam, kiedy ktoś pyta, gdzie leżą Księżyce: „Księżyce to takie miejsce, obok którego znajduje się Wrocław”. Zobacz czasem, o czym się rozmawia na spotkaniach poetyckich, na które przyjeżdża kilkudziesięciu poetów? Jeśli chodzi o udzielanie mi głosu – czasem dobrze jest, kiedy człowiek nie jest do niego dopuszczony. Pokora to jedno z moich ulubionych imion.

MP: Spotkania z poetami – planujesz jakieś wyjazdy? Czytałam relacje, widziałam zdjęcia – gościłaś u siebie ciekawych poetów, więc może nie tylko wyjazdy?

MS: Poetów goszczę u siebie przede wszystkim w trakcie finału “Granitowej Strzały”. Nie oznacza to, że do Strzelina nie przyjeżdżają pisarze i poeci. Podzieliłam się z Majką Tyws – niesamowitą dyrektorką biblioteki w Strzelinie realizacjami. Majka stworzyła w swojej pięknej bibliotece Salonik Literacki i raz w miesiącu (poza spotkaniami lokalnymi) – przyjeżdżają do Strzelina pisarze i poeci z całej Polski. Jak wiesz, organizowałam także przez 5 lat u siebie zloty poetyckie, potem była mała przerwa, ale chyba skuszę się na ponowne spotkania, bo jestem mocno naciskana przez najwierniejszych zlotowiczów. To naprawdę wspaniałe spotkania, trzydniowe leniuchowania, zero rozmów o poezji, to poznawanie siebie. Wyjeżdżam na spotkania, jak mnie ktoś zaprosi. Raczej nie składam ofert. Dlatego bardzo ucieszyłam się z propozycji Ewy Włodarskiej, która zaprosiła mnie do Krakowa, do Piwnicy pod Baranami na Zderzenia Artystyczne. Nigdy nie miałam spotkania w tym mieście, więc duża radość.

MP: Pragnienia Mirki Szychowiak?

MS: Cóż, trudne pytanie. Chciałabym, aby obudziły się moje wiersze. Po nominacji do Nike poszły spać i już. W związku z tym wypływa z mojej głowy proza i chciałabym wydać zbiór opowiadań w tym roku. Coś się kroi – nie chcę zapeszać. To marzenia poetki. Mirka Szychowiak chciałaby pojechać na Krym, zobaczyć Gruzję, tę wysokogórską i pomieszkać przez miesiąc z jakąś chińską rodziną rolników, też gdzieś wysoko, gdzie jest czysto, gdzie nie ma „rządów” i wszyscy się uśmiechają. Mam też marzenia, które nie muszą się spełnić. Samo myślenie o nich mnie rozczula.

MP: Więc niech się spełnią, niech Cię rozczulają! Powiesz coś więcej o opowiadaniach, nowej książce?

MS: To są włąściwie dwie książki. Pierwsza, która jeszcze nie ma tytułu – to książka poetycka, pisząca się od wielu lat. Bez względu na jej jakość – będzie to moja najważniejsza książka; nie dlatego, że jej ojcem był sen, ale dlatego, że każdy następny wiersz (jest to regularna, chronologicznie zapisana opowieść) pisany był, można powiedzieć – na rozkaz. Przez dwa tygodnie, codziennie – „coś” zmuszało mnie niemal fizycznie, bym przerwała pracę, robienie obiadu i biegła do góry, żeby dopisać kolejną historię. Może to jest poetycka bajka, licho wie, co to jest. Książka ma jednego bohatera i z nim się męczę tyle lat, bo mogę dopisywać cokolwiek tylko wtedy, gdy to, co mnie zmuszało kiedyś, wróci. Najdziwniejsze zaś jest to, że to nie mój język, nie moja poetyka, inne rejestry metaforyczne. Czytając poszczególne wiersze – mam wrażenie, że ktoś mi je podyktował. Nawet teraz, kiedy o tym opowiadam, mam ciarki. Dlatego ciągle czekam, aż się to wszystko wyśpi, obudzi i wróci. Druga książka ma tytuł od dawna – “Gniazdozbiór”. Są to opowiadania. Opisuję moje życie, zaczynam od pięciolatki i opowieści rosną i się zmieniają razem ze mną – także językowo. Mówię moje życie, ale tak naprawdę jestem w tej książce niejako kronikarzem przy okazji, bo najważniejsze w tych opowiadaniach są historie ludzi, którzy zamieszkiwali jeden ogromny, dwupiętrowy blok. Historie się mieszają, bohaterowie swoich opowiadań pojawiają się w cudzych. Przez te lata, kiedy tam mieszkałam, przewinęło się przez ten dom wiele niezwykłych osób – czubków, kryminalistów, dziwadeł. Dzięki mojej pamięci – odtwarzam rozmowy, sytuacje, zdarzenia. Blok nie jest jedyną przestrzenią, w które snuję swoje historie, w kilku opowiadaniach wynoszę się na maleńką wieś, do mojej babci, żeby i z tamtego gniazda powybierać najlepsze kąski. Te opowiadania zalegały we mnie najdłużej i dzięki Bogu wezwały mnie do tablicy, bo poetycka blokada była bardzo uciążliwa.


MP: Jesteś intrygująca, jak Twoje włosy, buty. Mirka Szychowiak nie ginie w tłumie, nie unika życia. Słuchasz rad?

MS: Zaraz tam intrygująca. Normalnie – jak ktoś jest kurduplem, to często bywa szturchany, popychany, a nawet przewracany (byłam ofiarą zamachu – niedawno w podstawówce dwóch zerówkowiczów zmiotło mnie z ławeczki, jak worek na kapcie). Dlatego jak sobie rzucę na głowę zieleń, zapodam na nogi coś dziwnego – to jednak widać i jestem bezpieczniejsza. A teraz będzie poważnie: lubię wszystko inaczej, nie mam zahamowań, nie zrezygnuję z krótkich kiecek, bo lubię. Czy słucham rad? Oczywiście. Mądrych.

MP: Istotni autorzy, ważne książki, z jaką tradycją się utożsamiasz, trochę detali, dla smaku, dla ognia, dla czytelników?

MS: Ważnych autorów na mojej liście sporo, różnych, zróżnicowanych. Wszyscy razem są dla mnie lekarstwem. Jack London, T.S.Eliot, Boris Vian, Tadeusz Różewicz, Gogol, Hrabal, Mario Vargas Llosa, Tadeusz Nowak. Pewnie jeszcze z dziesięć nazwisk przynajmniej, nawet tylko z powodu jednej książki czy wiersza. Książki? Tutaj już łatwiej, choć zawężę listę: „Martin Eden” – Londona, „Jesień w Pekinie” Borisa Viana, „Miasto i psy” Llosy, „Rzeka Posępna” Szyszkowa, „Psalmy” Tadeusza Nowaka, „Ziemia jałowa” Eliota. Na pewno o czymś zapomniałam.
Utożsamianie się z jakąś grupą, poglądem, z religią, tradycją wymusza pewnego rodzaju naśladownictwo, identyfikację, przynależność. Dla jednych jest to wygodne, ba – można powiedzieć – bezpieczne. Ze mną jest tak, że chcę mieć nieograniczoną wolność, chcę czuć jej smak. Chcę sama doświadczać, poszukiwać, odkrywać i, jeśli trzeba, potykać. Ale zawsze na własny rachunek. To życie ma pobierać ode mnie składki, nikt inny. I choć tyłek mam skopany dotkliwie – tego się trzymam.

MP: Chciałabyś coś dodać od siebie?

MS: Kocham się w pani, pani Małgorzato i wcale nie zamierzam z tym walczyć.

MP: To miłość ze wzajemnością, zatem czekam na Twoje książki, dziękuję za rozmowę.



http://szafa.kwartalnik.eu/46/htm/wywiad/poludniak.html

opowiadania

http://szafa.kwartalnik.eu/46/htm/proza/szychowiak.html

wiersze

http://archiwum5.kwartalnik.eu/43/43/htm/poezja/szychowiak.html


MIRKA SZYCHOWIAK – finalistka Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina, Publikacje wObrzeżach, Nowej Okolicy Poetów, Undergrunt, w Cegle, Trumlu, Arteriach, Arkadii. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in: II nagroda w Ogólnopolskim Konkursie im. C. K. Norwida, I nagroda na I Ogólnopolskiej Biesiadzie Poetyckiej w Świdnicy, I i III m. W OKP “Krajobrazy słowa”. We wrześniu 2006 roku ukazał się jej debiutancki tomik Człap story. W 2010 roku zostały wydane dwa tomiki poetyckie autorki: “Jeszcze się tu pokręcę” (nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2011), nakładem Instytutu Mikołowskiego oraz “Proszę nie płakać” – książkę wydaną przez SAPiK w Szczecinku (jako główną nagrodę w OKP “Malowanie słowem”. Wiersze autorki znalazły się także w dwujęzycznej antologii “Free over blood” wydanej w październiku przez Off_Press i Zeszyty Literackie oraz w antologii dolnośląskiej literatury – “Rozkład jazdy”. Mirka Szychowiak mieszka w Księżycach pod Wrocławiem.


MAŁGORZATA POŁUDNIAK -  Poetka, felietonistka. Kieruje redakcją i działem poezji w sZAFie. Pisze cykl felietonówdlaczego nie jestem malarzem dla kwartalnika literacko-kulturalnego eleWator. Redaguje dział kulturalny wartpubkultura.blogspot.com i organizuje wirtualne wernisaże artpubgaleria.blogspot.com. Interesuje się gemmologią, chóralistyką i sztuką wizualną. Autorka książki poetyckiej Czekając na Malinę (2012)

Blog autorski: Pierwszy Milion Nocy



3 komentarze:

  1. to byla chwila przyjemnosci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne. No i jak tu was nie kochać. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wywiad Małgosiu, z werwą i humorem! Mirko ! Mało kto (oprócz Ciebie !) dzisiaj czyta "Psalmy "Nowaka?

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...