niedziela, 3 lutego 2013

Octavio Paz. Ta chwila to ja sam* - Klaudia Raczek


Puste zwroty określają nas w czasie i przestrzeni, przemykamy pomiędzy tyloma dzień dobry i dobranoc. Czasem wystarczy czuć obcy oddech na policzku, żeby wiedzieć. Piękniejsze są słowa uśpione na wargach wody, na czole drzewa, na łonie góry. Jedynie krzyk nowo narodzonego dziecka możepowiedzieć dzień dobry życiu. Ten krzyk wyrywa się ponad fasady, fortece, fortyfikacje wielkich miast, gdzie wieczorem zobaczysz murarki niosące na głowach kamienie niby zgasłe słońca, ale już nikt ich nie namaluje, nie namaluje ich Vermeer. Wszyscy spadamy wraz z dniem, tłukąc się o szyby, parapety. Ludzie, ćmy.

To miasto bezsenne krąży w mojej krwi jak pszczoła, wywołuje deszcz, kiedy myję okna, wywołuje słońce, huk za ścianą, kiedy migrena, i nie można spać przy otwartym oknie. I włóczę się tam i z powrotem, tam i z potworem, kulanie od baru do baru. I miasto chodzi tam i z powrotem, a jego ciało kamienne.Wódka przed snem, wszystko staje się nagle jasne. Wczoraj to dziś, jutro to dziś, dziś wszystko jest dziś, kiedy jesteś obok. Kiedy leżysz na trawie i widzisz miękki, ledwo wyraźny obłok, z którego będzie deszcz.



Poruszamy się nieustannie w brzuchu zwierzęcia (…), w brzuchu czasu. Zegar jakby zataczał coraz węższe kręgi, zwłaszcza, kiedy dużo palisz. Cykliczność jest zmorą, ale konieczną. Pozory są piękne w swej prawdzie trwającej chwilę. Przykładam ucho do jej klatki piersiowej, czuję, jak bije serce czasu. Bo to jest nasz czas, nasze przeżuwane godziny, przeżuwane obrazy, przeżuwane życie, wieki. Co z tego, że chcielibyśmy pstryknąć palcami, zrobić stopklatkę,zatrzymać się na chwilę, zatrzymać krew, co płynie tam i z powrotem, tam i z powrotem, i nic nie mówi. Od baru do baru, przetaczanie płynów. Jest czas spożywania, i czas wypróżnień. Późnych powrotów, ale na stałe. Co z tego, że chcielibyśmy uczynić krok wstecz, zatrzymać rzekę krwi, rzekę atramentu, zatrzymać rzekę słów, popłynąć pod prąd. Potrzeba utracić trochę życia, znieść sporo doświadczeń przyjemnych, jeszcze więcej bolesnych, żeby wiedzieć, że ta chwila to ja sam, wyszedłem nagle z siebie, nie mam imienia ni twarzy. 
Znaleźć wyjście, wiersz, który leczy z mdłej codzienności, z życia, które nie chce nas pożreć, tylko kąsa, powoli ujmuje światła. Rozwijająca się miażdżyca serca. Jaka wódka, jakie zioła dadzą nam życie, skąd wydobyć pogrzebane słowo, słowo, które będzie możliwością ucieczki. Po co nazywać to, co sensualne, człowiek, drzewo obrazów, słowa-kwiaty, słowa-owoce, słowa-czyny. Od naszej, mówiłem, piękniejsza jest mowa drzew. Cisza, co wbija się między palce, w głębokie kieszenie, pod paznokcie.

Pośrodku wiersza zaskakuje mnie zawsze wielkie opuszczenie, wszystko mnie porzuca. Pustka, której nie da się zapełnić, zamalować makijażem. Biała pomadka na całą twarz, krew odpływa do kończyn, do źródeł. Pustka, jakby ciepło wydostało się przez palce, opuściło bezpieczne szeregi tkanek. Nie ma mnie tu, tutaj nie istnieje, ten pokój jest gdzie indziej. Im bliżej dna, im większe rozmycie granicy między świadomością, a śnieniem, tym prościej dociera się do prawdy. Czekać, aż papier zapełni się gwiazdami i wiersz stanie się lasem zawęźlonych słów.
Często budzę się zupełnie niewyspany, i pierwsze, co dostrzegam, to nieustępliwość owej twarzy, na której łamią się moje spojrzenia. Twoja twarz, a jednak jakaś obca. Dwie kulki. Czarne. Wąskie, zaciśnięte i nieprzejednane usta. Nic więcej. Kiedyś trzeba dojrzeć, odciąć pępowinę, zabić Matkę, bo nowy poeta ma odkryć Kobietę. Dokładnie rozpisać na strofy, wersy, jaki jest szkic psychologiczny podmiotu lirycznego, jak opisać przedmiot badań. Ciało.

Odciąć pępowinę i potem czuć się wybrakowanym, szukając zapomnienia, schronienia pośród innych piersi. Miłość jest jedna, jest jak jednia, praprzyczyna. Bóg. Kochankowie, podwójny kwiat, co wyrasta na jednej łodydze. Miłość nie toleruje kompromisu, niepotrzebnych rozstań, rozdzielania się, odchodzenia w inną stronę, w inne domy. Jest jak matka zbytnio miłująca, straszliwa matka, która dławi, a potem zjada młode.

Gdzie jest poeta, gdzie jest człowiek, ten co wlewa życie w kamienie, ten co każde przemawiać kamieniom i zmarłym? Gdzie jest ten, co nie zna granic, z łatwością lawiruje między powagą, a śmiechem, odrzuca rozsądek. Człowiek to obraz, który się rozprasza, bo nie jest Bogiem, jest tylko na podobieństwo.Nie chcę być Bogiem, nie chce być po omacku, nie chcę się cofać. Jeżeli Bóg jest prostotą i jasnością, a człowiek złożony w odcieniach, półcieniach, niejasnościach, wolę pozostać sobą. Człowiek to ten, który skoczył w próżnię. Człowiek jest człowiekiem tylko pośród ludzi. Człowiek przestaje być człowiekiem, kiedy dopuszcza się morderstwa.

Morderca zapada w sen bez marzeń, już na zawsze samotny, bez drugiego, bo ktoś, kto pozbawił życia inne istnienie, nie może już nikogo oswoić. Zresztąnikt nie umiera na śmierć, wszyscy umieramy na życie. Codziennie słyszymy przeraźliwe głosy, śmiechy i jęki bezładnego świata, który upada, a w głowie pojawia się tylko myśl, że nic od nas nie zależy, na nic nie mamy wpływu. Dzieje się. Się.

Smutny determinizm od piątej rano do pierwszej w nocy. Jeszcze ostatni papieros, jeszcze darcie kotów pod ciepłymi brzuchami samochodów. Niespokojny, świadomy sen. LD albo LSD.

Otworzył oczy, stał na brzegu ni żywy ni umarły, obok swego porzuconego ciała.
* Wszystkie cytaty pochodzą z tomu: Octavio Paz, Poezje wybrane, wyboru dokonał, przełożył i opracował Krzysztof Andrzej Jeżewski, Warszawa 1981.


http://archiwum5.kwartalnik.eu/44/44/htm/esej/raczek.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...