wtorek, 4 grudnia 2012

3 ulubione wiersze - Bogusława Latawiec


poetka, prozaik, eseista. W latach 1974 - 82 kierowała działem poezji i krytyki poetyckiej miesięcznika Nurt, w drugiej połowie lat 80. prowadziła w Poznaniu gazetę mówioną Struktury III,  od   1991 do 2003   redagowała  miesięcznik Arkusz.  Ogłosiła 9 książek poetyckich i 7 tomów prozy. Prace krytycznoliterackie publikowała  w Nurcie, Odrze, Arkuszu, Toposie, Kresach, Tekstach Drugich, Kwartalniku Artystycznym, Pograniczach,  Kulturze Niezależnej, także w tomach   zbiorowych (La poesie polonaise du vingtieme siecle voix et visages, Paris 2004; Scritti in memoria di Andrzej Litwornia, Roma 2007). Jej pojedyncze szkice o  pisarzach  pojawiały się w zbiorach Pusta szkoła (1987) i Gęstwina (2001), Zegary nie do zatrzymania są  pierwszą książką Latawiec - poświęconą w całości literaturze. Tłumaczona na angielski, estoński, francuski, grecki, japoński, niemiecki, rosyjski, węgierski, włoski (tomik Il tempo raddoppiato, współautor  E. Balcerzan, Roma 2011).   Nagrody: "Peleryny" za najlepszy książkowy debiut poetycki (Gdańsk 1965),  "Ugrupowania 66" im. Tadeusza Peipera  za twórczość poetycką (Wrocław 1970), Biblioteki Raczyńskich  za powieść Kochana Maryniuchna (Poznań 2004). Za całokształt twórczości poetyckiej uhonorowana nagrodą PEN Clubu  (Warszawa 1993). 

Fotografia: fotografował Andrzej Szozda


- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

   
Krzemień z Krzemieńca

            „Krzemień z Krzemieńca” to wiersz o typowym dla mnie rodowodzie. Zdarzają mi się teksty, w których pojawiają się oglądane kiedyś ułomki, strzępy zobaczeń. Nie wiem, co decyduje o ich wyborze. Tak się też stało z obrazem świata przedstawionego w „Krzemieniu z Krzemieńca”. Wyłonił się z pierwszej mojej podroży w głąb Ukrainy, po którejś z Przemyskich Wiosen Poetyckich. Była to trzydziestoparoosobowa wyprawa autobusem - poetów, krytyków, naukowców, dziennikarzy do Herbertowskiego Lwowa, Krzemieńca Słowackiego i dalej…
Oglądaliśmy w skupieniu Liceum Krzemienieckie (wtedy szkołę rolniczą; na ścianach wisiały kolorowe plansze, jak należy ćwiartować tusze wieprzowe). Potem zdewastowany, jeszcze przed remontem, dworek Euzebiusza i Salomei Słowackich. Zza zamkniętych okien sutereny podziwialiśmy znalezione w okolicy gipsowe popiersia poety, stojące już w należytym ordynku. W kościele Stanisława Biskupa Męczennika pokazano nam niewątpliwie najpiękniejszy pomnik młodziutkiego Słowackiego w objęciach jego wielkiego Króla Ducha, Geniusza w zbroi z zamkniętą przyłbicą, dłuta Wacława Szymanowskiego, z wyrytym fragmentem wiersza poety: „Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei”. Ta rzeźba ocaliła ponoć cały gmach kościoła katolickiego w okresie rewolucji i w czasach stalinizmu. Ludność polska tłumaczyła, że to jest pomnik polskiego rewolucjonisty.
Powędrowaliśmy także na Górę Bony, aby obejrzeć przyprawiającą o zawrót głowy swoją urodą panoramę Krzemieńca i okolic, obeszliśmy kornie fotogeniczne ruiny zamku przy błyskach fleszy miejscowych fotografów. Po gościnnych noclegach w polskich domach, już w trakcie wyjazdu z miasta, nasz przewodnik (świetny!) zatrzymał autobus przy zaoranym polu. Mżył deszcz, ziemia i niebo ginęły w mgle i dymie unoszącym się znad czerwono płonących ognisk. Palono zeszłoroczną trawę, łęty, liście… Mieliśmy się osobiście przekonać o autentycznym rodowodzie nazwy Krzemieniec. Zanurzeni w mgle, gubiący się w gorzkich dymach wybieraliśmy z rozmokłej ziemi co dorodniejsze bryłki krzemienia. Do dziś magiczny kamień służy mi za przycisk do papierów. Lubię go ogrzewać w dłoni, tropić z bliska bieg jego żył, załomów, grubą skórę, okrągłe wgłębienia po jakiś kamiennych kataklizmach i fantazjować na temat jego ogniotwórczej duszy.
To pole, wobec ogromu ziemno-niebnego, świetlnego Ukrainy, który już na zawsze stał się dla mnie wizualizacją wyobraźni poetyckiej Słowackiego i szansą dla pełnego czytelniczego przeżycia jego poezji – było właściwie jedynie drobnym incydentem podróżnym. Ale to ono właśnie wywołało „Krzemień z Krzemieńca”. Fantazjuję sobie  czasem, że stało się tak za pośrednictwem krzemiennej mocy mojego biurkowego kamienia, bo i z czego by innego? Przecież nie z własnej, znanej z wielu ułomności, pamięci. W trakcie pisania listu, nie mającego zresztą żadnego związku z wyprawą na Ukrainę, wyobraziłam sobie nagle na skraju widzianego przed laty krzemienieckiego pola, w gorzkim dymie i mgle małego chłopca - Julka celującego kamieniem w krzak dzikiej, niezaoranej  róży.
W ostatnich wersach liryku spróbowałam przy pomocy tej wymyślonej sytuacji  uchwycić istotę losu naszego drugiego z trójcy (a dla mnie pierwszego) romantycznego wieszcza i mroczną świetlistość jego poetyckich światów.

Jest cichy      
Znaleziony w polu
późną jesienią
Jego ogień ogrzałam w dłoniach
Trzymałam przy sercu jak kotkę
Z lustra mi nocą zaświecił
pokątnie
             podwojony
jakby pamiętał
że nim właśnie w czasie zaprzeszłym
Julek             Juliusz
celnie rzucił w środek
                ogniska róży
w żar trawy podpalonej

I ten ogień biały w dymie
i to pole białe
popioły gorzkie
były już niczym
jego lotne,  z lotu wyjęte
życie


Krajkowo, czerwiec 2010
                 
            Dopiero w trakcie poprawiania tej opowieści o wierszu uświadomiłam sobie, że pracując nad „Krzemieniem z Krzemieńca”, nie sprawdziłam krzemienieckich szczegółów z biografii Słowackiego. Ile lat mógł mieć mój chłopięcy bohater Julek, celujący kamieniem w płonący krzak róży? To znaczy kiedy i na jak długo pani Salomea po śmierci męża Ezebiusza Słowackiego wróciła z synem z Wilna  do Krzemieńca? Na szczęście intuicja mnie nie zawiodła. Na cztery lata od 1814 roku do sierpnia 1818 roku. Julek-Julian zdążył więc jeszcze w Krzemieńcu ukończyć swoją pierwszą klasę, czyli był akurat w wieku, w którym chętnie bawi się ciskaniem kamieniami do upatrzonego celu. 
            Takie to niekiedy przy pisaniu wierszy zdarzają się nieprzewidziane gry z czasem w imię prawdy czasowej.


                                               Z Bazyliki

Po rodzicach mojej matki wszedł do naszego codziennego języka wierszyk – prośba:
                        Święty Antoni
                        królu padewski
                        obywatelu niebieski   
                        niech się święci imię twoje
                        niech się znajdzie zguba moja
Zaklęcie, powtarzane jak mantra, cicho, głośno, w myślach – działało. Nie wiadomo jaki ruszał mechanizm, co się w mózgu z czym łączyło, ale jeśli zgubiona rzecz znajdowała się  w mieszkaniu, pojawiała się  i to często w miejscu, w którym była już wcześniej poszukiwana, ale jej nie dostrzeżono. Dowodów na skuteczność tej magii zaklęciowej każdy z nas miał wiele.
(Bardzo niedawno dowiedziałam się, i to od polonisty włoskiego, że ów tekst nie jest dziełem bezimiennym, lecz – zmienianym w powszechnym „użyciu” – utworem Wincentego Pola.)

W Padwie, gdzie zakonnik wygłaszał swoje piękne kazania, jest do dziś czczonym i kochanym „świętym obywatelem”. W środku miasta ma swoją bazylikę z marmurowym, białym grobowcem, rzeźbionymi relikwiarzami, freskowym filmem w odcinkach o jego życiu i czynach. Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy ostatnio żegnając się z miastem, chciałam raz jeszcze wejść do jej wnętrza. Nie udało się. Ze wszystkich ulic przylegających do placu płynęły strumienie pięknych, smagłych, świątecznie ubranych ludzi. Liczne kilkupokoleniowe rodziny, zakochani, starcy, dzieci. Wszyscy z ogromnymi bukietami białych lilii. Cały plac nimi pachniał. W bazylice toczyła się wielka msza, organy, śpiewy, głośne modlitwy i żadnej szansy przepchania się przez zatłoczony plac do wnętrza. Powiedział nam później nasz włoski przyjaciel,  że w mieście żyją tysiące katolików z Sri Lanki, którzy corocznie, tak hucznie i modlitewnie obchodzą święto swojego włoskiego, z wyboru, ukochanego Antoniego. Prawdziwe jednak moje wzruszenie zawsze budzi - nie tyle piękno bazyliki, nawet nie ten tłumny kult, ale niewielka kościelna, kolorowa rzeźba młodzieńczego świętego z małym Jezusem w ramionach, cała dosłownie zasypana listami,  świstkami papieru wyraźnie pisanymi odręcznie pod wpływem nagłego impulsu, kolorowymi widokówkami z różnych zakątków świata z podziękowaniami wyznawców jego mocy za odnalezienie bliskich, za dary miłości, odzyskanie utraconego zdrowia,  i z równie żarliwymi prośbami o powrót tego, co w ich życiu zniknęło.
Wiersz „Z Bazyliki” to moja poetycka karteczka o jak najdłuższe zachowanie w życiu wrażliwości serca, które z biegiem czasu wolno gubi się w „bezświetlu” codzienności.          

Może to już i czas najwyższy Padewski
obywatelu niebieski
(coś jest jeden  i wielokrotny zarazem -
w relikwiach)
abyś odnalazł, co utraciłam
Cenne jest bo z krwi i ciała
z moim sercem – które kiedyś widziało
Gdzie ono jest teraz
w jakim bezświetlu
w którym tysiącleciu?

Zapętliło się, zagnieździło w ciszy –
ptak co nie śpiewa?
Wskaż chociaż kierunek
a znajdę co zgubiłam
jak pozawczoraj w zgaszonym pokoju
swój nefryt:
znowu oddycha mną na mojej dłoni

Padwa, maj 2010

                          
                                           Łopotliwa wataha

Często łączę w swoich wierszach przestrzenie realne z wizyjnymi, ze światów sennych, wyobra­żanych, malowanych, a także czasy minione z teraźniejszością, która kładzie swoje światło na ich mrok. Miastem, które szczególnie do owych gier palimpsestowych, przemian myślowych, kombinacji paczworkowych wręcz zniewala swoją wciąż widoczną przeszłością oglądacza, jest, oczy­wiście, Rzym. Chodząc po nim przypominam sobie zwykle piękny liryk Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, że stale się - od tylu wieków! - odruchowo „Rzyma w Rzymie szuka", bo wciąż jest „zwyciężonym Rzym niezwyciężony / To jest ciało w swym cieniu leży pogrzebiony".
W wietrzne dni z morza do Rzymu przylatują watahy mew. Kołując z wrzaskiem nad mostami Tybru, unoszą się nad fontannami, krążą nad  rzeźbami, przepędzają ciężkie gołębie, porywając im jedzenie spod miastowych dziobów. A gdy na koniec swoimi ptasimi, dzikimi oczami wypełnią, ożywiając je, puste i wielkie  oczodoły  pomników - w moim wierszu zacznie się toczyć czas przeszły: do Rzymu z chrzęstem wkraczają zwycięskie armie sprzed wieków. Tak tę agresywną walkę oswojonego Wiecznego Miasta z dzikim obcym, minionym  spróbowałam pokazać w „Łopotliwej watasze”. Dwa czasy żyją i oddychają w tym mieście jednocześnie. Wiersz zamknęłam próbą uchwycenia myślowej niemożliwości istoty czasu, który  wbrew logice nie mija naprawdę i jednocześnie nie trwa. On po prostu – Jest.


                                                  Andrei Ceccherellemu  

Już nie gołębie ale dzikie mewy
wtargnęły do Rzymu o świcie
łopotliwą watahą
                            z wrzaskiem
podrywając skrzydłami
skruszone kamienie
i lotnymi źrenicami
wypełniając oczy rzeźb
aż patrzące się stały marmury
i krew się w nich zwierzęca
tak spieniła
że armie które stąd wyszły
przed wiekami
wróciły z chrzęstem skór
łopotem, biciem w tarcze
między nas
którzy wciąż uparcie ci sami
bo czas nie mija i nie trwa


Rzym, kwiecień 2010

                                                                       ©  Bogusława Latawiec



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...