poniedziałek, 15 października 2012

Chcę tworzyć niebanalne postaci. Z Tomaszem Białkowskim rozmawia Marcin Włodarski


Do ukazania się „Drzewa morwowego” postrzegałem Twoje pisarstwo jako próbę utrwalenia wartości będących w odwrocie. Zajmowałeś się rodziną, autorytetem ojca. Jak Ty widzisz 10 lat swojej pracy literackiej?

W Twoim pytaniu czai się podstęp. Pomiędzy „utrwalaniem wartości” a moralizatorstwem jest bardzo cienka granica. Moralizowanie w literaturze ma długie tradycje i jeszcze dłuższą listę pisarzy, którzy dali się w nie wciągnąć i ponieśli na tym polu klęskę. To pułapka. Debiutowaliśmy obaj w tej samej serii wydawniczej „Portretu”. Nie sądzę, abyś pisząc „Sommy”, myślał o utrwalaniu wartości. Chodziło o opowiedzenie historii, sportretowanie ludzkiego losu. Zwykle jest tak, że autor-debiutant opisuje świat mu najbliższy. Jego horyzonty, widnokrąg są mocno ograniczone. Czy to z racji wieku, świadomości literackiej, czy wyobraźni, a nawet odwagi w podejmowaniu większych tematów. Podobnie było i ze mną. Opisywałem to, co wtedy widziałem. Nie było tego wiele. Nieduże miasteczko, zamknięta społeczność, czasy PRL-u. Pojawiło się zatem podpatrywanie najbliższych ludzi z otoczenia. Siłą rzeczy do takich osób należał ojciec. Lecz ten ojciec z „Chłodu” jest już kimś zupełnie innym w „Dłużyznach”. Inny jest też język narratora. Ten język zmieniał się w każdej z dotychczasowych książek. Za sukces tych 10 lat uważam to, że nie zostałem wepchnięty w szufladę z napisem: „pisarz zaangażowany”, czy przywołany na wstępie „utrwalacz wartości”. Powtarzam, każda z moich książek jest inna.



Co najbardziej wiodło cię ku opisywaniu świata, jakie motywy, intencje?

Niezmiennie zaznaczam w wywiadach, że w pisaniu interesuje mnie ruch. Od pierwszego opowiadania, w którym chłopiec o imieniu Leze wyrusza przez rodzinne warmińskie miasteczko i podczas tego marszu opowiada historię swojego krótkiego życia, snuje historie związane z towarzyszącymi mu w drodze kolegami i ich rodzinami. Ci bohaterowie są w ciągłym ruchu. Czysto fizycznemu przemieszczaniu się towarzyszy ruch do źródeł pamięci, motywacji. Mówiąc inaczej – do rodzinnych mitów. U mnie podróż ta polega na ich uczłowieczaniu. Chyba najmocniej te mity zostały zdemaskowane w „Pogrzebach”, historii opowiedzianej z perspektywy trzech pokoleń kobiet. Zresztą motyw powieści drogi ma w pisarstwie długą tradycję. Z chyba najsłynniejszą „Boską komedią” Dantego. Tyle że Dante napisał tekst moralistyczno-religijny „ku opamiętaniu się ludzkości”. Tu znowu pojawia się te niefortunne „utrwalanie wartości”, które mnie nie interesuje. Może dlatego chłopiec z przywołanego „Leze” na końcu odkrywa, że jego matka trafiła do szpitala dla obłąkanych, w którym on z kolegami podglądali chorą umysłowo dziewczynę. Zatem odwrotnie niż u włoskiego mistrza, bohater „Leze” trafia z raju do piekła. Happy endu nie będzie. Podobnie jest i w innych moich książkach. W „Zmarzlinie” młody chłopak idąc przez zaśnieżony Olsztyn opowiada w krótkich odsłonach historię swojego życia, które zmierza ku katastrofie. Właśnie zabił matkę. Pytasz mnie o intencje. Cóż, autor ma zwykle dobre intencje. Moje są proste. Chcę tworzyć wiarygodne, niebanalne postaci. Chcę aby czytelnik uwierzył w wykreowany przeze mnie świat.

„Drzewo morwowe” to kryminał, właściwie pierwsza część. Szykujesz już kolejną pozycję z losami Pawła Werensa. Dlaczego kryminał? Czy to efekt zwiększającej się popularności tego gatunku?

Po „Teorii ruchów Vorbla” stanąłem pod ścianą. To książka zwariowana. Ludzie w niej są cząsteczkami, które zderzają się ze sobą, odbijają, wykonują kalekie ruchy. Energia, która w wyniku tego powstaje, jest znikoma. Rozrzuciłem ich po świecie i zmusiłem, żeby pewnego dnia, wbrew własnej woli, wyruszyli na spotkanie. Zastanawiałem się, co mają sobie do powiedzenia. I wyszło, że zupełnie nic. To mnie przygnębiło. Czytałem przed chwilą wywiad z Agatą Tuszyńską, która mówi, że: „przeżywanie po raz kolejny tragicznego losu opisywanej postaci, przymierzanie go w nieskończonych odsłonach, bywa rujnujące psychicznie”. Tak też i się porobiło ze mną. Zapragnąłem czegoś zupełnie innego. Postanowiłem się ratować. W tym czasie moja żona pisała książkę o kryminałach. W naszym mieszkaniu pojawiły się setki takich pozycji. Kilka z nich mi poleciła. To było niesamowite uczucie. Jakbym cofnął się do lat młodzieńczych, kiedy zaczytywałem się w książkach Forsythe’a, Chandlera i innych autorów tego gatunku. Wtedy postanowiłem stworzyć taką fabułę. Od razu wiedziałem, że będzie kilka części. Zresztą są już napisane trzy. W tych kolejnych książkach odkrywam mroczne sekrety, i tu być może zaskoczę czytelników, zarówno rodziny głównego bohatera Werensa, jak i jego przeciwnika. Nie zgadzam się zaś co do tezy, że kryminały mają teraz lepszy czas. One miały go od dawna, ale były to pozycje autorów zagranicznych. Być może wydawcy wreszcie postawili na naszych, chociaż mam inne doświadczenia w tym temacie.

Literatura, książka może być towarem. Bywa też tworem ryzykownym dla samego autora, dla jego popularności, której wcale nie musi zdobyć po opublikowaniu książki. Piszesz teraz towary czy ryzykujesz? Może jest coś pośrodku, jak to widzisz?
Literatura zawsze była towarem. Kto nie wierzy niechaj prześledzi losy chociażby takich autorów jak Franz Kafka. Za życia prawie nic nie wydał. Gdyby nie Max Brod i moda na egzystencjalizm, świat nie wiedziałby, że istnieje coś takiego jak „Proces”. Mówiąc inaczej, towar, jaki Kafka proponował, nie interesował wówczas nabywców. „Teorię ruchów Vorbla” proponowałem kilkunastu wydawcom. Pomimo fragmentów drukowanych chociażby w „Twórczości”, „Opcjach” czy „Czasie Kultury” nikt z możnych rynku książki nie chciał. Mój ówczesny wydawca w odpowiedzi na propozycję druku (Prószyński i s-ka) ograniczył się do krótkiego maila, który mógłbym uznać nawet za obraźliwy. Wreszcie książkę wziął redaktor, który przez lata w tym wydawnictwie pracował i postanowił założyć własny interes. Po roku książka się ukazała. Kiedy przechodzisz takie rzeczy, wówczas mówisz sobie: Nikt nie będzie mi mówił, co i jak mam pisać. Tak też robię. A „romans”, bo w tych kategoriach należy to rozpatrywać, z kulturą popularną jest kolejnym doświadczeniem. Flirtowali z nim najwięksi, z Gombrowiczem na czele. Kryminały napisali Świetlicki, Tokarczuk i Klejnocki. Nie widzę, aby się z nich tłumaczyli. Dlaczego miałbym to robić ja?

Do tej pory zdarzało ci się otrzymać nagrody za swoje książki, np. Wawrzyn. Liczysz na jurorów wszelkiej maści po „Drzewie morwowym”?

Kto liczy na nagrody i jurorów, może się srogo rozczarować. Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Wiesławem Myśliwskim i on mi mówi: „Proszę pana, literatura ma niewiele wspólnego z nagrodami”. Niby racja, lecz powiedział te słowa wielki pisarz, który wszelkie możliwe nagrody w tym kraju otrzymał. Nike nawet dwukrotnie. On, ze swoją niekwestionowaną pozycją, może sobie pozwolić na takie oceny. Rynek książki jest bardzo agresywny, coraz częściej głos decydujący mają wszelkiej maści marketingowcy, ludzie z działów sprzedaży. Ich nie interesuje książka, ale wyłącznie słupki zysku. Nagroda te wyniki podnosi. Nagroda czasami nie oddaje wartości utworu, lecz bardzo może pisarzowi pomóc w karierze medialnej, czego dowodem błyskawiczny wzrost pozycji marnych twórców, którzy z dnia na dzień stają się „ekspertami” od wszystkiego. Tu przychodzi mi na myśl pewna działaczka społeczna, której debiut miał miejsce w „Portrecie”. Często werdykty jurorów są kontrowersyjne. Może też i o to w tym wszystkim chodzi? Na pytanie o nagrody dla „Drzewa morwowego” odpowiadam: Bardzo, ale to bardzo, bym się zdziwił, gdyby ta książka otrzymała cokolwiek. Jeśli już to prędzej zagranicą. Tu bardzo ważne są umiejętności i talent tłumacza.

Kryminał już się ukazał, już przeczytałeś ileś tam recenzji na jego temat. Chciałbyś coś zmienić, zrobiłbyś coś inaczej? Czy może ufasz sobie jak doświadczonemu pisarzowi, który w każdej chwili może napisać kryminał, horror lub romans?

Książka, jak już to zostało powiedziane, jest na rynku. Nic w niej poprawić się nie da. Co najwyżej pewne wątki można lepiej, płynniej poprowadzić w części kolejnej. W opiniach o powieści najbardziej uderza mnie pojawiająca się uwaga o stylu tej książki. Zdania są w niej krótkie, zwarte. Podobno to źle. Tu posłużę się niewielkim cytatem: „Mel, zbadaj ubranie Colfax. Amelio, możesz mu pomóc? Grzecznie skinęła głową, jak dobrze wychowana panienka. Rhyme uprzytomnił sobie, że jest na nią zły”. To próbka stylu z „Kolekcjonera kości”. Jak widać nie jest to język przesadnie rozbuchany. Tyle tylko, że napisał to Deaver, a zatem jest świetnie. Tego się nauczyłem przy pisaniu tej trylogii. To co u pisarza amerykańskiego jest zaletą, u polskiego jest oznaką słabości. W rewanżu uczciwie przyznam, że nie mam zbyt dobrego zdania o części naszych czytelników. Ale tu sobie strzelam w stopę.

Powrócę do recenzji. Ufasz im?

W „Nowych Książkach” Jagoda Wierzejska napisała o „Zmarzlinie”, że: „Utwór Białkowskiego ma szansę stać się nie tylko oryginalną propozycją na tle polskiej prozy współczesnej, ale również lekturą obowiązkową dla bardziej wymagających czytelników”. Piorun jednak nie uderzył. Biblioteki nie wykupiły nakładu, dodruku też nie było. Z kolei Marta Mizuro przywoływaną „Teorię ruchów Vorbla” w „Culture.pl” uznała za: „najbardziej ekstrawagancką i stanowiącą popis wyobraźni książkę 2011 roku, której nie można jednak odmówić psychologicznej wiarygodności”. Czy kogoś to poza mną i garstką specjalistów obchodzi? Czy po tej opinii najwięksi wydawcy walczą o mój numer telefonu? Jak zatem widać, recenzje coraz mniej znaczą albo inaczej, znaczą tylko dla tych, którzy i tak mają zasiedziane stołki na naszym krajowym firmamencie. Recenzja to teraz bardziej informacja prasowa niż rzeczywiste tworzenie kanonu, wartościowanie. Owszem, są znakomici recenzenci, lecz opiniotwórczego miejsca do publikacji ich tekstów jest coraz mniej.

Co zrobisz, jeśli okaże się, że Ridley Scott chce przenieść „Drzewo morwowe” na ekran. Marzysz czasem o takich rzeczach?

Kilku moich kolegów po piórze, z którymi czasem na temat ekranizacji filmów rozmawiam, od lat toczy nierówną walkę z krajową kinematografią. Podpisali jakieś umowy, z których i tak niewiele wynika, bo polski film cierpi na brak pieniędzy. Moja „Zmarzlina” otrzymała znakomitą rekomendację samej Ilony Łepkowskiej w Krajowej Izbie Producentów Audiowizualnych. I cóż z tego? Gdyby nawet ktoś zgłosił się po tę książkę, to pisanie scenariusza mnie nie interesuje. Szkoda mi czasu na projekty, które niczym kultowy „Miś” są tworzone dla samego tworzenia. Nigdy nie powstaną. Ale gdyby przywołany tutaj reżyser amerykański się pojawił i coś by z tego wyszło, wówczas dowiesz się o tym jako pierwszy!

Dziękuję za rozmowę.



MARCIN WŁODARSKI – autor książek z wierszami pt. Sommy i Po własnych śladach. Publikował w prasie literackiej. Współpracował z pismem Portret. Recytował ogólnopolsko z sukcesami i udzielał się teatralnie (Towarzystwo teatralne Scena 2 w Kwidzynie, założyciel teatru Szatnia w Suszu). To jednak już przeszłość. Teraz sprawdza klasówki i prowadzi blog http://czytaniewpiwnicy.blogspot.com/





TOMASZ BIAŁKOWSKI Prozaik. Przez wiele lat redaktor działu prozy pisma Portret. Autor siedmiu książek. Dwukrotny stypendysta Ministra Kultury w dziedzinie literatury oraz stypendysta Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego. Zdobył Nagrodę Prezydenta Miasta Olsztyn w dziedzinie literatury. Za działalność w piśmie Portret otrzymał zbiorową Nagrodę Ministra Kultury. Za powieśćTeoria ruchów Vorbla Literacką Nagrodę Warmii i Mazur „Wawrzyn”. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Olsztynie.


http://szafa.kwartalnik.eu/44/htm/wywiad/wlodarski.html


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...