środa, 19 września 2012

3 ulubione wiersze - Paweł Sarna


poeta, literaturoznawca, dziennikarz. Opublikował tomiki Ten i Tamten (wraz z Pawłem Lekszyckim, Bydgoszcz 2000), Biały OjczeNasz (Kraków 2002), Czerwony żagiel (Kraków 2006), a także dwie monografie Śląska awangarda. Poeci grupy Kontekst (Katowice 2004), Przypisy do nicości. Poezja Zbigniewa Bieńkowskiego (posłowie Michał Głowiński, Mikołów 2010). Jego wiersze tłumaczono na język hiszpański, czeski, serbski, słowacki i chorwacki. Był redaktorem działu krytyki w magazynie literackim „Kursywa”. Jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym WSH Humanitas w Sosnowcu. Mieszka w Katowicach. W przygotowaniu tomik Pokój na widoku – ukaże się jesienią tego roku w Instytucie Wydawniczym im. Rafała Wojaczka w Mikołowie.

- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?



Trzy po trzy


Wybrałem trzy wiesze, w których przemycone zostały elementy biograficzne – nie jestem pewien, czy jakieś szczególnie istotne, ale postanowiłem zaufać intuicji i skupiłem się na tych skojarzeniach, które pojawiły się w moje głowie na samym początku. Jak  traktować te  komentarze i czy w ogóle brać pod uwagę? – to już zostawiam Czytelnikowi. Staram się nie przekraczać tej – czasami trudno uchwytnej – granicy pomiędzy interpretacją a takim komentarzem, który rzuca światło na kontekst sytuacyjny powstania wiersza albo też elementy biograficzne, które w inny sposób może nie zostałyby rozszyfrowane. Tak w ogóle to interpretowanie własnych wierszy zawsze kojarzy mi się z narzucaniem jakiejś autorskiej wykładni Czytelnikowi, jakby ta miała być z jakiegoś powodu lepsza. Niestety… nie zawsze jestem aż tak konsekwentny, by nie dać się ponieść.
Pierwszy tekst pochodzi z książki, która ma się ukazać w tym roku nakładem Instytutu Wydawniczego im. Rafała Wojaczka w Mikołowie. Tomik ma tytuł „Pokój na widoku”. Drugi znalazł się w książce „Czerwony żagiel”, a trzeci z debiutanckiej, samodzielnej książki (wcześniej był jeszcze tomik wspólny, który  przygotowałem wraz z Pawłem Lekszyckim – „Ten i Tamten”) „Biały OjczeNasz”.
Wiersz pierwszy:
   

Jesteśmy ludźmi mrozu


nasze dnie są chłodne
a nocami grzeją nas psy
dużo psów
mamy w bardzo małym mieszkaniu

zostawimy mieszkanie wynajęte
zabierzemy do lasu psy
największe na świecie
wyprowadzimy się do lasu
w każdym mieście czujemy się jak w lesie

jesteśmy ludźmi mrozu
nasze dnie są chłodne
lecz nocami okrywamy się chwałą

zbieramy się jak do wędrówki
z której właśnie udało nam się powrócić

tymczasem
być może chodzi
o zwyczajny spacer.


Wiersz ten znalazł się końcu wspomnianej książeczki. Świadczy ona o dosyć mocnym rozedrganiu emocjonalnym autora – tak powiedział jeden z jej pierwszych czytelników, czyli tych, którym udostępniłem maszynopis. Wydaje mi się, że wiersz nadaje nieco inną perspektywę, ostatnie wersy są przeciwwagą dla hiperboli, którą stosuję raczej często. Aha, miałem nie interpretować, tylko poszerzać kontekst. A zatem, sytuacja wręcz domaga się pewnego sprostowania. Mieszkanie bardzo małe i klaustrofobiczne –  to akurat fakt. Na tyle niewielkie, że nawet jeden pies staje się w nim wszechobecny. Chodzi nie o byle jakiego, niekonkretnego psa, ale o Bostona, olbrzymiego teriera rosyjskiego, pieska ważącego około 80 kilogramów. Kiedy się pojawił i rozpłaszczył na podłodze,  zajął połowę największego pokoju. Od razu spieszę z informacją, że rasie tej nie przeszkadzają małe pomieszczenia. Lubi także mrozy, dlatego w zimie na spacerze zwiedzaliśmy każdą zaspę. Niestety Boston nie polubił naszego synka i nic nie dało się z tym zrobić, musieliśmy znaleźć Bostonowi inny dom. Jego nową panią została Ania, z którą znamy się długo. Czasem odwiedza nas z Bostonem. To dla Ciebie, Bostonie, ten wiersz. A tutaj i sam Boston (u samej góry, a zdjęcie robiła Ania) ze znajomymi podczas zimowego spaceru:


  

Wiersz drugi:


Bezrobotny Lucyfer

dlatego się burzą morze i giełda
jesteś za morzem jesteś
po drugiej stronie
i tamto słońce inaczej cię zmienia
i giełda największa z rzek
wylewa dla ciebie jasny prąd i powiew
dla ciebie żyzne są ziemie
pod twoją obronę uciekają się
dzieci tego świata moja mała au pair
pracuję nocą

i pada plaga jakbym pluł ogniem
i płonie zboże i sypie się
sól na podłogę i rtęć
płynie drogą pracuję nocą
(dlatego znikają hałdy) i dym się roznosi
i piekło
wychodzi z objęć

spróchniałe są granice i burzą się
morze i giełda
przeze mnie
grad i zaćmienie

urzędy płoną
od podań i nocą piszę
i nocą roznoszę ulotki życiorysy swoje rozlepiam
i zdjęcia ale nie jestem poszukiwany
i wszyscy mnie znają i zdjęcia
i mój życiorys
podają sobie chociaż nie jestem
poszukiwany

chciałbym zbudować dom
albo przepłynąć morze

wyjdę nocą z pochodnią
pracował będę nauczał o tobie
pod twoją obronę uciekamy się
racz nie gardzić

chciałbym zbudować dom
nad samym morzem
zbuduję stos.

Wierszyk wydaje mi się aktualny… jeśli chodzi o komentarz do rynku pracy. Naprawdę przeżywałem w tym czasie traumę bycia bezrobotnym, poza tym rzuciła mnie wtedy dziewczyna. Pojechała do Francji, na dobre. Składałem wtedy CV prawie wszędzie, nawet w bankach. Myślałem też o tym, żeby zacząć karierę agenta ubezpieczeniowego, ale stwierdziłem, że z powodu niedoboru entuzjazmu chyba się nie nadaję. „Bezrobotny Lucyfer” do tego Watowskiego nawiązuje tylko tytułem. Jeśli już szukać bezpośrednich odwołań do innych wierszy, to chyba zabawnie będzie wspomnieć taki wiersz Sławomira Matusza „Złodziej twarzy”, w którym pojawiłem się jako jeden z bohaterów. To szło mniej więcej tak: „Sarna bez pracy na hałdzie w Jaworznie zbiera węgiel i pisze doktorat”. Ta fraza zapadła mi w pamięć. Dodam na wszelki wypadek, że jednak węgla na hałdzie nie zbierałem.
Na koniec jeszcze ten wiersz i komentarz do niego:

To wzgórze nazywa się Moria

Zawsze ma wzgórza nad sobą ( ...poniedziałkowe ma jasną
cerę, wtorkowe ma dużo wdzięku...)
, płonące wzgórza,
przeczuwa ich zapach (...środowe jest pełne niedoli,
niedoli, czwartkowe zajdzie daleko, daleko...)
, a usta ma pełne
siarki wyssanej z piersi (...piątkowe kochać nie umie,
nie umie, sobotnie będzie pracować, ach, ciężko...)
, za sobą
ma wzgórza i ostry smak kobiet, i śmiech, co dźwięczy
i zlewa się w jeden dzwon (...ale dziecię
zrodzone w Dzień Ojca jest urodziwe, pogodne,
szczęśliwe, ach, śpij spokojnie, mój synu) 
, i byłby gotów,
wspiąć się - wraz z Ojcem na Wzgórze - by ujrzeć ostrze,
które się wznosi.

Widzi ulicę o świcie i światło neonów na nocnej warcie,
i są po części: światło, które ogarnia, i światło, które uderza.

Jakiś czas temu Roman Honet przeprowadził ze mną wywiad, który ukazał się na stronie Biura Literackiego, było  to tuż przed wydaniem antologii Poeci na nowy wiek. Romek spytał mnie m.in., czy kiedykolwiek napisałem wiersz w tak zwanym stanie upojenia alkoholowego.  Jako że akurat taki wiersz się znalazł, i na dodatek nadal go lubię –  nie zamierzam niczego propagować, ot po prostu mam jakiś sentyment do czasów studenckich plus przeświadczenie, że mimo upływu czasu wiersz jakoś się nie obstrzał – pozwolę sobie go zaprezentować wraz z fragmentem tamtego wywiadu („Jak na intruza patrzyłem raczej na siebie”): „Pamiętam dokładnie jedną sytuację, gdy wszyscy, z którymi siedziałem w knajpie już poszli, knajpę zamknęli, a mnie zostało parę godzin do przyjazdu nocnego autobusu do Jaworzna. Może nie powinienem się zwierzać, że swego czasu takie historie zdarzały mi się dość często. Ostatni autobus z Katowic odjeżdżał o 22.36, a potem był już tylko nocny o 2.06. Przechadzka to jedyne dwadzieścia parę kilometrów, przy czym część drogi trzeba iść po nieoświetlonej szosie. To też raz czy dwa się zdarzyło, a że było to dawno, więc mniej wstyd o tym mówić. Tym razem nie miałem ochoty na wielką wędrówkę, udałem się więc w stronę katowickiego dworca, żeby nie marznąć, napić się herbaty i popatrzeć na ludzi, pogadać trochę z nieznajomymi. Pamiętam, który wiersz wtedy powstał, jak również frazę, która objaśnia sytuację. Oto i ona: "Widzi ulicę o świcie i światło neonów na nocnej warcie, i są po części: światło, które ogarnia, i światło, które, uderza". Wiersz spisałem jeszcze na dworcu, znalazł się potem w tomiku Biały OjczeNasz. To chyba jedyny raz, kiedy napisałem cały w takim stanie, a na drugi dzień byłem zdziwiony, że nie jest to wcale takie kiepskie […]”.


                                                                                    © Paweł Sarna


3 komentarze:

  1. Piękne wiersze. Czasami odnoszę wrażenie, ze tylko ja jeszcze czytam poezję! Dobrze przekonać się, ze jednak nie jestem sama :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...