poniedziałek, 13 sierpnia 2012

3 ulubione wiersze - Leszek Żuliński



Leszek Żuliński urodził się w 1949 roku w Strzelcach Opolskich. W Warszawie od 1967 roku, gdzie w 1973 roku ukończył studia polonistyczne. Debiutował na łamach prasy jako poeta w 1971 roku, a jako krytyk – w rok później. Książkowe debiuty to: tomik wierszy „Z gwiazdą w oku” (1975) i zbiór szkiców „Sztuka wyboru” (1979). Wydał dotychczas siedem tomików poetyckich oraz piętnaście innych książek, głównie krytycznoliterackich. Ta ostatnia dziedzina zdominowała jego aktywność pisarską; uprawia także publicystykę kulturalną i felietonistykę. Ponadto ma na koncie setki wystąpień radiowych, dziesiątki – telewizyjnych, wstępy lub posłowia do ponad 120 książek innych pisarzy, antologie, przekłady i prace edytorskie. Pracę zawodową rozpoczął w roku 1973 w ruchu edytorskim (Krajowa Agencja Wydawnicza oraz Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza). Potem prowadził działy literackie w tygodnikach o zasięgu ogólnopolskim: „Tu i teraz” (1982-1985), „Kultura” (1986-1987) i „Wiadomości Kulturalne”(1994-1998); był sekretarzem redakcji miesięcznika „Literatura” (1987-1994), a od 2000 roku pracował w Telewizji Polskiej. Od marca 2010 – emeryt. Miewa wykłady w Uniwersytecie Trzeciego Wieku i prowadzi warsztaty dziennikarskie na Wydziale Komunikacji Społecznej Wszechnicy Polskiej. Juroruje w wielu konkursach literackich, prowadzi warsztaty poetyckie dla młodych; przez wiele lat był bliskim współpracownikiem warszawskiego Staromiejskiego Domu Kultury; w latach 1985-2009 zasiadał w kapitule Warszawskiej Premiery Literackiej. Od 1980 roku jest członkiem Związku Literatów Polskich, a w latach 2003-2010 w ZG ZLP pełni funkcję skarbnika oraz wiceprzewodniczącego Komisji Kwalifikacyjnej. Z ważniejszych nagród literackich: Nagroda Pióra Czerwonej Róży (1985), Nagroda Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu (1989), Nagroda im. Emila Granata (1993), Nagroda im. Klemensa Janickiego (1995) oraz dwukrotnie przyznany Wielki Laur Międzynarodowej Jesieni Literackiej Pogórza w Dziedzinie Krytyki (2002 i 2010). W roku 2008 jego tom wierszy pt. „Ja, Faust” został uhonorowany tytułem „poetyckiej książki roku” na poznańskim Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim.




- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Czy ja lubię swoje wiersze?

         Dziwne pytanie: czy lubię? Chyba w tych kategoriach nigdy o własnej poezji nie myślałem. Do roku 1988 wydałem trzy tomiki wierszy i dziś wolę do nich nie wracać. Owszem, niektóre teksty z tamtego okresu odważyłbym się dzisiaj opublikować, jednak tylko niektóre. Potem przez dwadzieścia lat nie napisałem ani jednego wiersza – krytyka mnie pochłonęła, a wena poetycka gdzieś się zahibernowała. Wszystko powróciło jak grom z jasnego nieba w 2006 roku...
         W tomiku „Chandra” (2007) jest wiersz pt. „Napisz mi, Droga”:

                   Dzień 14 marca 2007 roku był jednym z tych pięknych
                   tegorocznej, wczesnej wiosny;
                   niebo zaścielał blady błękit,
                   drzewa prostowały plecy po zimie,
                   zieleń, jeszcze niewidoczna, już drażniła źrenice;
                   jechaliśmy drogą przez Wyszków, Ostrołękę, Łomżę
                   do Piszu, a może powinno się mówić do Pisza
                   albo drogą na Pisz?
                   napisz mi, Droga, jak to powinno brzmieć poprawnie...

                   Zapytałem przechodnia, jak daleko do Ostrołęki,
                   a on mi, że to jest właśnie Ostrołęka,
                   poczułem się tak, jakbym jadąc z tobą, Droga,
                   stał w miejscu,
                   a na Pisz, mówi przechodzień, to w lewo i na Łomżę...

                   Myślałem, że Łomża już za nami,
                   a ona przed nami dopiero.

                   Potem był szpaler brzóz, piękny, przydrożny,
                   stojący jak sztywny szyfon spódniczek w jeziorze łabędzim
                   i zarazem płynący wzdłuż tafli asfaltu obok naszego auta;

                   to tam powinienem był się zatrzymać, objąć cię w tych brzozach
                   i wypić sok z naciętej rany twego wzruszenia;
                   napisz mi, Droga, czy myślałaś o tym samym,

                   bo czasami jest tak, że chcemy być w Ostrołęce
                   i nie wiemy, że właśnie w niej jesteśmy,
                   żegnamy Łomżę, a ona dopiero przed nami,
                   a na Pisz droga skręca w lewo, potem już prosto...

                   Napisz mi, Droga, dokąd jedziemy
                   i jak się w tym wszystkim połapać?

         Tak, ten wiersz lubię, choć lepiej byłoby powiedzieć: często wracam do niego. On się „nie napisał”, on się „zdarzył”. Jechaliśmy autem do Piszu – ja za kierownicą, a Ona obok mnie. I wszystko było tak, jak napisałem – ta droga, która mi się myliła, ten koloryt dnia i natury, to zamyślenie w Nią i w jej bliską obecność, to pomylenie czasów, miejsc, sytuacji... Wiersz „się napisał” nazajutrz, nie musiałem go „wymyślać”, on sam wysłowił nie tylko urodę tamtej chwili, ale i jej „treść egzystencjalną”, on został „wyzwolony” przez autentyczność tamtego przeżycia... Do dzisiaj siedzi mi w głowie tamta podróż, jest dla mnie czymś sentymentalnym, ale i bolesnym. Tak, ten wiersz mnie nadal obchodzi i we mnie się dzieje.
         Innym, bardzo ważnym dla mnie wierszem jest tekst z tomiku „Ja, Faust” (2008). Rzekłbym, że fundamentalnym. Jego tytuł: „Faust pisze do Piotra Kuncewicza”:

                   Pytasz mnie o braterstwo krwi, wspólny rytm serca,
                   lęk w oczach, źródło i powód pragnienia, skowyt
                   wyrywający się każdej nocy w rozmowach z sufitem,
                   pytasz, dlaczego na widok gładkiej skóry i rześkiego powabu
                   Małgorzaty mdlejemy w środku siebie
                   z zachwytu i wściekłej niemocy,
                   nagle wyrasta w nas dwudziestoletni chłopiec
                   biegnie ku niej i uderza głową w mur
                   głuchego ciała.

                   Odpowiedź, Piotrze, jest prosta:
                   od kiedy staliśmy się wyznawcami prawdy i piękna,
                   pozyskaliśmy zdolność wzruszenia się zachodem słońca
                   nad winnicami Badenii,
                   zdolność zapłakania nad butwiejącym jeżem
                   znalezionym w zakątku jesiennego ogrodu,
                   zdolność niemego zachwytu kształtną głową flaminga,
                   która nagle okazuje się dłonią tancerki sięgającej po rąbek                                                                                          szyfonowej kryzy,
                   od kiedy zrozumieliśmy, że zrywając jabłko z jabłoni
                   niszczymy wszechświat jabłka, a zjadając je
                   trawimy rajski owoc i wkraczamy
                   w zastygłą rzekę Mitu,
                   nie mogliśmy już potem
                   od tych wszystkich wielkich i małych zdarzeń
                   powrócić do siebie, cieszyć się sobą, sycić
                   w lustrze; nasza skóra była jak zdjęta z nosorożca,
                   elephantiasis cielska raził nieociosaną bryłą,
                   wszystko w nas krzyczało odrażającym uwiądem
                   zapomnianej młodości.

                   Ale byliśmy przecież już wtedy władcami królestw,
                   opasłe księgi meblowały nasze wnętrza,
                   ich safjan gładził bunt i obyczaj, jakie zbieraliśmy latami
                   w borach żywota, świat rozsupływał przed nami swoje rozdroża,
                   dorzecza wielkich mitów znajdowały ujście w deltach słów,
                   legenda Europy kładła się przed nami brzuchem do góry jak                                                                                               potulna lwica
                   i tylko jedno okazało się nieosiągalne:
                   pępek Małgorzaty,
                   to magiczne epicentrum świata,
                   w którym chcieliśmy jak w studni Artemidy
                   znaleźć cudowne orzeźwienie,
                   nie wiedząc, że bierze nas w swoje ręce
                   zimna dawczyni nagłej śmierci, syrena faustów,
                   frigida zenitu wzywająca w sam środek kipieli
                   i pożerająca nas kawałek po kawałku jak harpia,
                   która wyrywa rybki życia z wód płodowych
                   nadziei.

                   Łączy nas, Piotrze, to samo,
                   to samo aż do znudzenia dzieje się bez zmian,
                   od praczasów, epok, pokoleń budujemy gmachy wiedzy,
                   ustawiamy słowo na słowie,
                   warga nam drży z przejęcia, gdy natrafiamy na samorodek
                   metafory, stukaratowy symbol, kryształowe przesłanie,
                   ale żaden poryw sztuki, żaden wysiłek dnia nie jest nic warty,
                   jeśli pod wieczór nie możemy wrócić do łona niewiasty,
                   zwinąć się w embrion, zasnąć chłopięcym snem,
                   by rano obudzić się do nowego czynu.

                   Dlatego starzejemy się, wiotczejemy,
                   ręce nam opadają,
                   świat z nas odpływa,
                   Małgorzaty za naszymi plecami
                   kreślą sobie palcem kółka na czole
                   i puszczają się z efebami,
                   z którymi płodzą nowych faustów,
                   a zamroczony los zatacza się od ściany do ściany
                   da capo al fine.

         W tym tomie dokonała się we mnie rzecz istotna: olśniło mnie, że się starzeję, że pora podsumowywać pewne sprawy i pakować powoli manatki. I wtedy zaczął skrzeczeć faustyzm, czyli ta ułuda, że można zatrzymać czas, uwierzyć w wieczną młodość. Konflikt tych możliwości zawsze jest bolesny; jego korzyść w tym, że pozwala on definiować naszą moc i niemoc, terytoria spełnienia i niespełnienia, pozwala podsumować drogę – jej początek i koniec.
         Zawsze moją ambicją było zostawienie po sobie „przesłania”. Wiem, brzmi to pretensjonalnie, jednak to jest ważne, to jest celowe. W kolejnym tomiku pt. „Mefisto” mam wiersz pt. „Brama”, który uważam za wiersz-przesłanie:

                   prędzej czy później napotkasz ją na drodze,
                   nie zatrzymuj się, przejdź

                   wcześniej jednak opróżnij kieszenie,
                   wyzbądź się wszystkiego, co zbędnie gromadziłeś przez lata
                   stań przed samym sobą nagi i drżący,
                   ufaj w jasność przestrzeni i w świat,
                   który będzie po tobie;
                   zatrzymaj tylko książki, te, które wzbudzały
                   wicher twojej duszy, wywoływały drżenie serca
                   i zaciskały gardło grudą poruszenia,
                   możesz także wziąć mały kamyk, opal
                   twojej nadziei, która wiecznie gasła

                   przejdź!

                   po drugiej stronie Bramy zostanie hałas świata;
                   w zasięgu ręki ideały młodości, słowa,
                   których nie udało ci się wymówić, czyny,
                   których lekkomyślnie nie uczyniłeś, wierność,
                   której zadawałeś rany, zaniechania i występki,
                   które były dżumą twojego Sumienia

                   przejdź jak inni
                   i jak inni wstań.

         Ten wiersz ma jedną wadę: jest chyba zanadto „herbertowski”. Nie starczyło mi talentu, żeby ubrać go w inny język. Niemniej to kolejny wiersz, jaki uważam za najważniejszy w swoim tzw. dorobku.
         Kategorię „ważności” przekazu traktuję jako najistotniejszą. Wiem dobrze, że wiersz o „listkach i chmurkach” może być wybitny dzięki temu, że jest niepowtarzalnie piękny lub oryginalny; ja jednak staram się być „poetą treści”. Lubię te swoje wiersze, o których sądzę, że „coś mi się udało w nich powiedzieć”. Dbam – jak sądzę – o to, by nie były to kwestie wydumane. Z tym na szczęście nie mam problemów – opisuję swoje życie, nawet w poetyce traktatowej byłbym bardzo osobisty. Czy tak jestem odbierany? To już inna kwestia... Nie mamy wpływu na lubienie naszych ulubionych wierszy, mamy tylko nadzieję, mam y tylko swój żar i talent – lub nie...

1 komentarz:

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...