środa, 22 sierpnia 2012

3 ulubione wiersze - Joanna Mueller


Joanna Mueller – urodziła się w Pile w 1979 roku, teraz osiadła na warszawskim Grochowie. Jest poetką, krytyczką, redaktorką i korektorką; miała zostać naukowczynią, ale już jej się nie chce. Wydała na świat trzy książki poetyckie (Somnambóle fantomowe, Kraków 2003; Zagniazdowniki/Gniazdowniki, Kraków 2007; Wylinki, Wrocław 2010) i troje dzieci, które coraz bezczelniej sadowią się w wierszach. Opublikowała też książkę eseistyczną Stratygrafie (Wrocław 2010). Obecnie głównie matkuje, a w nielicznych wolnych chwilach pracuje nad książką poetycką oraz zbiorem esejów o literaturze i macierzyństwie. 



- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Trzy lajki

„Bóg trójcę lubi” – mówi stare przysłowie, ale jak się człowiek chce wcielić w rolę stwórcy i sędziego (a raczej stwórczyni i sędziny) własnych „dzieł” (jejku! bardzo to brzmi patetycznie, ledwo mi przez klawisze przechodzi), to się robi całkiem niełatwo. Mam przecież swoje ulubione eseje (i te – bardziej krytycznoliterackie – ze „Stratygrafii”, i te raczej „życiocentryczne” z książki o macierzyństwie, nad którą teraz pracuję), mam też całkiem sporo szczególnie bliskich mi wierszy. Pomyślałam więc, że skoro książek z wierszami wydałam na razie trzy, to wybiorę z każdej po jednym – i po kłopocie.

Z debiutanckich „Somnambóli fantomowych” wybór padł na wiersz o szczególnie długim tytule, który zawiera nazwiska poetów i motyw pisania do siebie listu (taka moda była wtedy, pod koniec zeszłego wieku, gdy powstawał):

C. K. Norwid rysuje okładkę do „Lirenki”
T. Lenartowicza, co nieuchronnie przechodzi
w traktat o przyjaźni, a nieopłacony list
dochodzi lub nie dochodzi do adresata

Złotniczeńku zrób mi kubek ale proszę zrób mi ład
nie ładu nie ma Piękno wskrusza dopiero po jęku
ugodzonej pęknięciem lirenki Jak strup kory
umyka od drzewa tak kruszec opuszcza sioło
przymkniętych rąk Bo były niegodne szczerego
złotego pola W poranioną ciszą porę
głuchnie uchwyt
                            zgrzyta przetrącony
win dojrzałością okalecza
niepokalane: chatkę baranka
                            dziecko
z dna chybionego formatu
za ucho którego nie ma
do rozchylonych ptasio ust
podnosi wybrakowane spełnia
dolę uzdalnia dalą
kołysze jaźń przy jaźni
łkanie w oczu kącikach przełknie
                          między nami
milcząc W łopocących sieroco
listach zrodzona idylla
                          z ran ona



Daję mu lajka dlatego, że to pierwszy mój tekst, który mogę świadomie nazwać wierszem. Powstał jakoś na samym początku studiów polonistycznych (co zresztą widać po intertekstach wziętych z lektur romantyków). Jeszcze wtedy nie śniło mi się o byciu poetką lingwistyczną (a tym bardziej neolingwistyczną), pisałam raczej typowo młodzieńcze miłosne wiersze w naiwnym i sentymentalnym stylu kicz & retro. Miłostki były ciut zmyślone, za to życie książkowe zaczęło mi się wydawać coraz ciekawsze i realniejsze, stąd inspiracja wiersza jest taka właśnie – nie życiowa, lecz lekturowa. Historia zgrzytu w przyjaźni Norwida i Lenartowicza jest autentyczna, gdzieś ją tam wyczytałam, bo mnie wtedy ów „ciemny poeta” bardzo pasjonował. Norwid, z tego, co mgliście pamiętam, podjął się stworzenia okładki do tomu „Lirenka” swego kumpla Lenartowicza, zrobił ją (efekt widoczny obok), ale krótko potem pokłócili się na śmierć i życie, bo biedak Cyprian Kamil nie miał pieniędzy na opłacenie listu do Teofila i chyba liczył na to, że tamten weźmie opłatę na siebie, list jednak nie doszedł, Teofil zatem na niego nie odpisał, co przewrażliwiony Norwid odebrał jako zdradę i zerwanie przyjaźni – no, coś w tym stylu. Ten motyw listu wydał mi się bardzo na czasie, bo wtedy powstawało mnóstwo postbrulionowych wierszy w stylu „poeta X pisze list do poety Y i dzieje się Z, Ź i Ż”. Początkowo chciałam chyba napisać taki sobie tekścik o przyjaźni, ale wtedy właśnie z moją kartką, piórem (owszem, piszę wiersze na kartce piórem, tak wtedy, jak i teraz), ręką, myślą i słowami zaczęło się dziać coś niesamowitego. Wtedy po raz pierwszy poczułam, jak działa sam język, jak wykrzywia, zniekształca aprioryczne założenia myślowe, jak hula, wymyka się, robi, co chce, i świetnie się przy tym bawi. I ja, zupełnie zdumiona, po raz pierwszy się świetnie bawiłam przy pisaniu – pisząc zupełnie nie to, co sobie założyłam, w jakimś zupełnie mi nieznanym stylu, z neologizmami, grami brzmieniowymi, których wcześniej nigdy nie stosowałam, i ze skojarzeniami, które jakby podrzucał mi ktoś z zewnątrz, z boku, dołu, a może z góry? To się kiedyś chyba nazywało natchnienie czy jakoś tak? W efekcie tej gry, w którą dałam się wciągnąć językowi, powstał on – pierwszy mój wiersz lingwistyczny i pierwszy wiersz konkretny. Lingwistyczny w stylu i poetyce, ale też w wyrażonej mimochodem ideologii (bo przecież ten tekst opowiada się wprost po stronie poezji „trudnego porozumienia” i „przetrąconej formy”, tej spod znaku Norwida, a nie naiwnej, sentymentalnej i bezpośredniej, której patronem byłby tu Lenartowicz). Ale jest to też w jakiś sposób wiersz konkretny, który swoją stroną wizualną próbuje stać się odbiciem narysowanej przez Norwida okładki. I jeszcze jest to jedna z niewielu ekfraz, które udało mi się kiedykolwiek napisać – to gatunek, który uwielbiam, ale wiem, jak sakramencko trudno jest stworzyć coś takiego – a tu mi się chyba udało. I za to wszystko – pierwszy lajk.

Z drugiej książki – „Zagniazdowników/Gniazdowników” – wybieram „kodry i leluje. vr”:


۞۞۞ podana fraza nie istnieje
                                   nie masz dostępnych znajomych  ۞۞۞

z ogółu w szczegół idę przez myszkomiśku
przez podniesienie głosu nie od wielkiego dzwonu
to nie sieć tak oplata to matrix mnie umie rozegrać
do karcianej bielizny

                                   więc tracisz grawitację
małostki wzrastające trefne terminologie
i nietrafne terminy zapieklają w bieżączkach
jak ruchy robaczkowe

                                   sunące w bramce ekranu
gdy od gonienia w puentkę pękają nam wiązadła
więc zamiast sobie schlebiać w kruszynach
powszedniejemy

                                   bo ty się szybko rozgrzewasz
a ja się nigdy nie włączam w synekurce chudoby
plotę sielskie robótki okiem cenzorskim przemieniam
snuje i jękoły

                                   w memorabilia miracle
na parasomnie osobne zażywasz afreudyzjaki
a jeśli chruśniak mailowy pooblepiają pajęczo
umyczki i zdawki-zdławki

                                   to się je przecież wytnie
z obrąbka wyklejanki i wrzuci w lamus werków
życie jesteś tu wreszcie niejedno w tej gierce dostałeś
więc zbudź mnie z jawnego płaczu

۞۞۞ pobierz pakiet nowych programów
opcji życie poszukaj gdzie indziej ۞۞۞

To tekst o miłości, ale nie o tej rozbuchanej skandalami i romansami, potrzebującej wciąż nowych łechtań i podbechtań, tylko tej domowej, która jest zwyczajnością, powszedniością, codziennością. Zastanawiałam się, czy w ogóle da się taki wiersz napisać. „Zagniazdowniki/Gniazdowniki” to tomik „dwustronny” (co widać choćby w podwojonym tytule i w tym, że na okładce widnieją dwie autorki), rozdarty pomiędzy domem a tułaczką, swojskością a obcością, zakorzenieniem a niestałością. Wiersz (i książka, z której pochodzi, też) powstał w czasie, gdy mniej mnie już inspirowały abstrakcyjne lektury, a bardziej samo życie – stąd wzięło się to zdziwione i nieco zniecierpliwione powitanie: „życie jesteś tu wreszcie”. Starałam się znaleźć język, który opisałby miłość do tego samego – dzień po dniu, rok po roku – człowieka, miłość rozwieszoną jak pranie między codziennymi obowiązkami („synekurka chudoby”), drażniącymi bieżączkami, żmudną, odmóżdżającą pracą i wszystkimi tymi rutyniarskimi rytualiami. To taki trochę przekorny erotyk, trochę mrugnięcie okiem z zasiedziałego matrixu. Lubię zwyczajność tego wiersza (mimo wszystkich językowych wymysłów i udziwnień), dlatego lajkuję z „Zagniazdowników/Gniazdowników” właśnie jego.

No i wreszcie mój ostatni, jak dotąd, tomik – „Wylinki”, z których wybieram „Kardioakordy”.


czasem to jest jak tętent kopyt, wściekle oślepła galopada
i ogłuszenie takim zgiełkiem, jakby ktoś nagle zwęził światło

czasem – podskórne echo morza, cicha ucieczka odpływnej fali
albo podstępny, choć wylewny, postęp przesiąkających wałów

są dni, gdy jest jak dialog świetlny, przeciągłe wycie buczków mgłowych
bezpieczny powrót z ciemnych głębin w rytm zatokowy, do portu aorty

niekiedy – niemy trzepot szprotek w splotach węzłowych, naczyniach chłonnych
i pulsowanie współczulne stada, kiedy umyka przed pogonią

odzywa się jak kanonada, wdziera wybuchem w śpiące miasto
bądź jest skradaniem się partyzanta, nerwem strzaskanej leśnej gałązki

oto prowadzi jak przewodnik – nocnych uchodźców przez grzebień graniczny
lub zdradza: błędną drogą przewodzeń zwodzi ich prosto w zastawek wnyki

czasem podniośle: jak łopot flagi, jak wahadełko w tętnie bliźniaczym
albo dobitnie – jak odgłos wieńca porzucanego w dół owalny

jest i rozruchem, skandalem skandowań, wrzaskliwą tłumów preekscytacją
krzykiem komórek w zły poranek, szumem agresji agregatu

może zarażać: śmiechem tubalnym, kordialnym ściskiem przywodziciela
a kiedy indziej to jest przewlekły, nieuleczalny bezmiar załamka

bywa też głośnym do drzwi kołataniem, wtargnięciem ciosów, włamem ścichapęk
albo odwrotnie – to gość serdeczny, który nieśmiało staje w przedsionku

jest wreszcie pewnym ruchem rysika – kreśli oś serca, stożek tętniczy
jest pierwszym tonem, błogosławionym – i miłosierdzia strugą z wnętrzności


Właściwie kategoria „lubię to” nie bardzo do tego wiersza pasuje. Zamiast „ulubionym” nazwałabym go raczej „najdroższym” – w tym sensie, że kosztował mnie więcej, niż zwykle kosztują wiersze. Powstawał przez kilka długich i dosyć strasznych tygodni podczas moich wizyt w poradni kardiologii perinatalnej, gdzie co tydzień wykonywano echo serca dziecku, które sama wtedy nosiłam pod sercem. Mój syn – wtedy jeszcze wielka niewiadoma, dzisiaj dziarski dwulatek – miał stwierdzony częstoskurcz komorowy, którego (mimo podawania przezłożyskowo coraz silniejszych leków) wciąż nie dawało się unormować. Co tydzień czekałam, niekiedy godzinami, na swoją kolej, często wyprzedzana w kolejce przez ciężarne, w których przypadku „nic lub prawie nic nie dawało się już zrobić”, i w gruncie cieszyłam się, że mogę je przepuszczać, bo skoro tak – myślałam – to ze mną i z małym nie jest jeszcze tak źle. W tej poczekalni, a także na kozetce do robienia USG, gdzie spędzałam kolejne koszmarne godziny lęku i niepewności (to wtedy poznałam chyba wszystkie fachowe terminy dotyczące ludzkiego serca), przychodziły mi do głowy słowa, które pozwalały mi nie zwariować. Te słowa potem, kiedy bicie serca dziecka powróciło do rytmu zatokowego i już bez lęku mogłam je zapisać, ułożyły się w wiersz. Ale właściwie czy to wiersz? Może raczej mantra, modlitwa, szarpany między ziemią a niebem zapis ultrasonograficzny? A może – o czym świadczą ostatnie słowa – poetyckie świadectwo cudu, który się wtedy dokonał? W „Wylinkach” znalazło się jeszcze kilka innych wierszy z czasu tej trudnej ciąży, w tym jeden („Ochronka”), który napisałam dokładnie w dzień narodzin mojego syna, chwilę przedtem, zanim wyszłam z domu na porodówkę (co ciekawe, słowa te piszę kilka minut przed północą, a jutro Jasiek obchodzi swoje drugie urodziny) – ale żaden nie znaczy dla mnie tyle co „Kardioakordy”. I kiedy czasem wątpię w to, czy poezja w ogóle ma sens, kiedy myślę sobie, patrząc na dużą część „literackiej konfekcji współczesnej”, że może jest tylko zabawką, błyskotką i blagą, przypominam sobie tamte chwile w poczekalni – i myślę sobie, że jednak nie, że jednak bywa czymś więcej. I za te chwile przypominania o najważniejszym – daję „wierszowi spod serca” trzeciego lajka.

Joanna Mueller 

1 komentarz:

  1. Zakochałam się od pierwszego czytania w tych wierszach,w tym cudownie "zaszyfrowanym" i zabawnym (w najszlachetniejszej formie) języku ,gdzie prawda życia jest tuż tuż,a jednak jest dalej tajemnicą.I dalej trwam w tym zachwyceniu i odnajduję nowe obrazy,myśli,wzruszenia po kolejnych odczytaniach.
    Piękne jest to omówienie czy opowiedzenie o sobie i poezjowaniu,o mocy słów ,które SĄ ważne jak powietrze do życia.
    Ciągle mam ochotę na czytanie tych neolingwistycznych NOTATEK z życia.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...