środa, 11 lipca 2012

3 ulubione wiersze - Aldona Borowicz











ALDONA BOROWICZ - poetka. Krytyk literacki. Eseistka. Debiutowała na łamach Tygodnika Kulturalnego. Wydała trzy tomiki wierszy: "Monolog przed północą" (1978 r.,Wydawnictwo „Pojezierze”, Olsztyn), "A ta radość pierwsza" (1990 r., MAW, Warszawa), "Ogniem otworzę drzwi" (2006 r., Wyd. Arwil, Warszawa). Laureatka wielu konkursów literackich. Drukowała swoje wiersze m.in. w "Poezji”, „Regionach", „Akcencie”, „Akancie”, „Autografie”, „Okolicy poetów”, „Nowym Wyrazie”, „Notatniku Satyrycznym”, „Miesięczniku”, "Gazecie Kulturalnej” oraz wielu antologiach poetyckich. Wiersze były wielokrotnie prezentowane na antenie radiowej oraz tłumaczone na j. słowacki, rosyjski, litewski i białoruski.

Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Trudno mówić o swoich wierszach, że się je lubi. Nie mam takiego. Wiersz to chwila, która mija i pędzisz za następną z nadzieją, że będzie inna od poprzedniej, bardziej zjawiskowa i bardziej znacząca. Bogatsza w przeżycia. A gdy już jesteś z nią sam na sam – odczuwasz rozczarowanie, że to jeszcze nie ten Czas.  Ostatnio piszę rzadko. Wybrałam trzy wiersze z różnych swoich okresów życia, różnią się formą zapisu, co jest może najbardziej znaczące i świadczy o czymś, czego w pełni nie rozumiem. I może w tym tkwi największa tajemnica nieodwracalnie przeżytej CHWILI.

A dookoła góry przełęcze szczyty


Naraz świat się stał inny
już nie ścigam się z chmurami nie udaję jaskółki
i tak opadną gdzieś na doliny pomiędzy płowe trawy jak konający w żywej
                                                                                              kropli deszczu
więc usiądź przy mnie Weź dłonie jak dawniej gdy była pogoda w sercu

Nie odchodź
Samotniejemy przecież razem tu przy stole
rozmawiamy o europie jej nagłym upadku o kraju do którego tęskniliśmy
                                                                                      jeszcze w łonie matki
że coraz bardziej odległy i chłodny niczym błyskawice mijające w jednym
                                                                                                 mgnieniu oka
może nad nami klątwa może księżyc maleje szybciej niż wschodził
nostradamus też się bał świętej inkwizycji kodując przepowiednie
słyszysz tam za ścianą to nie świerszcza cykanie
ale szept wyciszony do ostatnich granic lęku tak kwitnie po nocy
czuję jak spływa w tobie zmęczenie trwa bezsenność i ćma przy oknie
jak nawiedza ciebie wiersz później ułan i faszysta z kamieniem
kogut pieje o brzasku żaląc się przed ścięciem toporem
i wiją się myśli Taki chaos w mózgu

ach te nasze ścieżki ciemne chociaż nie prowadzą z żadnej ciemności

ktoś zaciska mi pętlę na szyi
a ja wciąż myślę o głodzie
lecz czy głodny zawsze myśli o pustym żołądku O kieszeni Poeta o wierszu
Polityk o nowym świństwie i jakubowej drabinie
Świat się naraz zmienił
oszroniał
a dookoła góry przełęcze szczyty
przed którymi klękami w pokorze tacy bezradni ale nie syzyfowie
i jakże nieufni w słowa w siłę innych

to przecież tylko maleńka chwila
ułamek sekundy
Czas


Zaduma

w cieniu oglądasz przełamany kształt lampy

wewnątrz ciemnej materii
uwięziona ćma wciąż kruszy światło

a ty mówisz idź idź do lasu biegnij
zatrzymaj słowiki i zięby bo połyka je megaptak

oriolus oriolus luscinia luscinia fingilla coelebs
wiją gniazda w googlach

dżżi dżżi dżżi trzy trzy trzy dżżi dżżi dżżi trzy

jesteś drzewem wyrosłym z głębi pergaminowych cylindrów
jak emily dickinson z dzikich metafor i języka samotności

to drzewo jest pamięcią wiklinowym kuferkiem staffa
albo czarnoleską mową i odwiecznym koniem trojańskim

w którym pinus aristata tilia cordata acacia fagus
mają jeden korzeń

jeszcze widzę starą kobietę pod zielonym rusztowaniem
gdy modli się do drzewa do ptaka karmiąc sójki na śniegu

jest noc we mnie a ty za nas odbywasz wędrówki megaptaku
wszechświecie z jednym drzewem jedną gwiazdą i pytaniem
gdzie zaczyna się początek a gdzie zagłada ciemnej materii
języka i fletu

Według Poussina i Guercina

Dzieje się zima: z ciągłym umieraniem i wieczną żałobą,
w rozproszonej codzienności zamarzam, a kiedy ścichnie puls
zostanę lodowcem jakiejś nierozpoznanej krainy i ciemności.

Wtedy przyjdzie jutro a po nim inne, w nieskończoność.
Dziś to słony ślad po śniegu, jakże nieistotny epizod.  

Pośród dźwięków falujących dzwoneczków szklanych,
jeszcze  wyśpiewam pieśń od dawna niepotrzebną,
bo tam pod horyzontem zdarzeń czas płynie inaczej.

Tu ze splecionych skrzydeł nietoperzy noc opada
z błogosławieństwem, gdy klepsydra walczy z rzeką.

Nadal się dzieje zima: pasterze przenikają kobietę,
wpatrując się w jej czaszkę i wejście do groty czytają:

i ja kiedyś żyłem a teraz jestem nawet w arkadii.

Oto zasypiam nad obrazem, w upiornym widziadle
dostrzegam głębię okna i złote oko w przestrzeni.

Czuję oddech
, dotykam ciepłej ręki.
Dzieje się noc.

                                                                      © Aldona Borowicz

4 komentarze:

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...