niedziela, 6 maja 2012

„Wszystkie chwyty dozwolone” – z Tomaszem Pietrzakiem rozmawia Magda Gałkowska


MG: Tomasz, jesteś poetą, tłumaczem, fotografem, ale mnie najbardziej zafrapowało stwierdzenie "członek Postgeneracji". Sprawdziłam, że jest to określenie generacji osób urodzonych w latach 80-tych, których łączy cyt.:"Chęć robienia czegoś, tworzenia. Dwutorowość w działalności: z jednej strony pielęgnowanie kultury, a z drugiej zaś jej kontestacja." na czym to polega u Ciebie?

TP: Generalnie mam taką zasadę, że do niczego nie należę. Jeśli już mi się w tzw. „młodości” to zdarzyło, to była to przynależność degustacyjna. Nie lubię grup, paczek, klik, zamykania się w sosiku jakiegoś przynależenia do czegoś, jakiegoś nurtu, prądu czy programu, partii, związku, mniejszości, większości. Postgeneracja to była krótka przygoda, chęć spróbowania czegoś nowego, no i ciekawi ludzie, którzy jak mówisz wyrażali „chęć robienia czegoś, tworzenia”. Był to jednak żywot krótki, ale pouczający. Nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na moją twórczość, działo się raczej obok.
Potrafię jednak, przynajmniej częściowo, odnieść się do tej definicji, cytatu. W tym co piszę kultura odgrywa bardzo ważną rolę, zwłaszcza sztuki plastyczne, fotografia, dziedzictwo literackie, dziedzictwo słów, języka. Ostatnio fascynuje mnie gwara śląska, to jak miksuje się z językiem polskim. To coś co obserwowałem we własnym domu. Korzystam więc z tego obfitego jarmarku. Na tym buduję wiersze. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że dziś siadam i piszę w jakimś całkowitym oderwaniu. Może to przyjdzie z czasem, z jakimś zblazowaniem.
Tak jednak mam nie tylko z kulturą. Sporo w moich wierszach jest przecież chemii, fizyki, biologii, paleontologii czy geologii. Te wszystkie pulsary, amonity, choroby, pszczoły nie wylazły z obrazów czy spektakli teatralnych. Pod tym względem odbiegam od cytatu definiującego Postgenerację, bo wtrącam nie kulturę, a nauki ścisłe, National Geographic, Wikipedię czy Richarda Dawkinsa. Ten naukowy jarmark, stojący naprzeciw kulturalnego to również dla mnie miejsce, gdzie lubię „robić zakupy”.
Całkowicie nie po drodze jest mi natomiast z kontestacją, czy raczej kontrkulturą, bo o to chyba chodziło w tym przypadku. Ja się przeciwko niczemu nie buntuję, to nie moja natura i bajka. Raczej dążę do zrozumienia, poznania, tworzenia czegoś równoległego, własnego, współegzystującego z innymi nurtami, zjawiskami, prądami. Powód? Dla mnie kontrkultura wiąże się znów z przynależeniem do jakieś paczki, ludzi ekscytujących się wspólną kontestacją, a jak już wspomniałem, paczek nie lubię.

MG: Trochę mnie zbiłeś z pantałyku, bo odpowiedziałeś na nie zadane pytania (śmiech), ale skoro wspomniałeś o językowych poszukiwaniach, to powiedz mi czy tłumaczenie cudzej poezji rozwinęło Twój warsztat? Czy w ogóle ten proces odczytywania sensów, znaczeń no i oczywiście cała techniczna strona miały wpływ na Twój własny język?

TP: Myślę, że odpowiedziałem (śmiech). Po prostu nie chcę się odnosić do czegoś, z czym się nie utożsamiam, a co, jeszcze przyczepiłoby się jak rzep. Do mnie z tej definicji pasuje tylko to, że urodziłem się w latach 80-tych, a dokładnie w 1982, i że wyrażam chęć robienia czegoś, ale kto jej nie wyraża? Natomiast dwutorowość to nie moja bajka, pielęgnowanie kultury – owszem. Jeśli natomiast chodzi o tłumaczenia. Potrzeba przekładu pojawiła się z pewnego niezadowolenia, ale też poszukiwania ciekawych form. Tłumaczyłem m.in. Sylvię Plath, Marka Bibbinsa czy Jane Hirshfield, moich osobistych „mistrzów”. Najczęściej na swój własny użytek i w momentach, kiedy sam nie miałem nic ciekawego do powiedzenia. Poza tym ich poezja w Polsce praktycznie nie istnieje, a jeśli istnieje, nie zawsze tłumaczenia są dobre. Nie uważam też, że te wyprodukowane przeze mnie powalają. Są za to częścią mojego warsztatu, zabaw literackich, które obok pisania praktykuję. Tłumaczenie zawsze rozwija warsztat, bo to nie patrzenie na fasadę budynku, a zaglądanie w strukturę cegły, spoiwo i konstrukcję dachu – jeśli już miałbym przyrównywać. Uczy to także pokory wobec twórczości innych, nakłada cugle. Pozwala dać się zaskoczyć. Tak było z Jane Hirshfield, której wiersze często niesłusznie określa się, jako proste, wręcz ascetyczne. Dla mnie to poezja niezwykle urozmaicona, zmieniająca się nieustannie z każdym tomem, soczysta i barwna, którą dopiero odkrywamy wgryzając się w takie wiersze jak „One life is spent, the other spends us” czy „The Bell Zygmunt”, jeden z najpiękniejszych wierszy o śmierci żony Czesława Miłosza. Zupełnie bezpretensjonalny, niewymagający klękania przed marmurem. Ale konkretnie – tłumaczenia Plath nauczyły mnie budowania rozległej metaforyki, sięgania do pokładów wykraczających poza kulturę i konfesyjności, ale nie ekshibicjonizmu. Hirshfield z kolei pokazała mi, że wiersz o czynnościach prozaicznych, banalnych i codziennych może dotykać filozofii i porządku wszechświata. Z kolei tłumacząc Bibbinsa nauczyłem się pewnego rytmu języka. 

MG: Wiem już jaki sposób pisania jest Tobie bliski, czego Ty, jako autor szukasz . Jak w takim razie postrzegasz język współczesnej poezji? W którą stronę (jeśli w ogóle) ewoluuje?

TP: Jestem na etapie poszukiwania formy pojemniejszej niż wiersz, zwięźlejszej niż proza. Czegoś pośredniego, w co można by wtrącić dialog, narrację, z zachowaniem jednocześnie istoty wiersza. W tym zakresie już coś tam testuję. Nieustannie także poszukuje słów, które zamknięte w wierszu mogą zadziwić. To jest jakaś moja obsesja. Prowadzę nawet specjalny notes, w którym zapisuje jakieś dziwne, zasłyszane słowa, wyjęte z kontekstu fragmenty artykułów, cytaty, leady z gazet, rzeczy wychwycone w autobusie i wyczytane np. w magazynie AS z 1936 roku. Poza tym, jak każdy zmagam się z poszukiwaniem tematów. Lubię, kiedy to, co piszę ma temat, jest o czymś, opowiada pewną historię. Tak na przykład jest z cyklem „Pogłosy” w tomie „Rekordy”. Gdzie 11 wierszy to poetycki zapis z rozmów z osobami, które przeżyły II wojnę światową, członkami mojej rodziny. Początkowo miały to być wywiady, suche i reporterskie, powstały wiersze. Część z nich nawet autoryzowałem u bohaterów.
Jeśli natomiast chodzi o język współczesnej poezji, to cieszę się, że przywołujesz tutaj ewolucję. Tak jak w ewolucji, tej biologicznej, dotyka ona różne gatunki, które ulegają z biegiem lat, wieków, eonów zmianom, mutacjom czy krzyżują się, tak też jest z poezją. Dziś w polskiej poezji mamy wiele dziko żyjących gatunków, które całkiem nieźle się rozwijają. Ciekawie wygląda badanie lingwizmu, wciąż zaskakuje, przynajmniej mnie, poezja klasycyzująca, poezja cybernetyczna czy neo-dada mają także dziś wiele ciekawego do powiedzenia, czy raczej pokazania. Mamy także ciekawe głosy nurtu poezji konfesyjnej np. Lucynę Rams. Nie chcę prorokować o kierunkach ewolucji, bo nie czuję się do tego uprawniony, poza tym ewolucja widoczna jest dopiero z perspektywy.
Myślę jednak, że tak jak ewolucja wielu gatunków zwierząt odbywa się równolegle, tak też może to samo dziać się w poezji, urozmaicając ekosystem. W tym moim, prywatnym ekosystemie spokojnie na półce stoją obok siebie Jacek Dehnel, Joanna Mueller, Agnieszka Kuciak i Mirka Szychowiak.

MG: A tak zwana „poezja zaangażowana” ? Ten nurt jakoś Cię dotyka, jest dla Ciebie ważne mówienie w ten sposób o kwestiach społecznych?

TP: Może nie dotyka, ale czasami zdarzy mi się wyhodować jakiś wiersz poruszający pewien problem społeczny, który obserwuje lub który wydaje mi się godny zaangażowania, bo jest zgodny z moimi przekonaniami. W 2010 roku zaangażowałem się w akcję „Poeci dla Tybetu” organizowaną przez Radosława Wiśniewskiego i Stowarzyszenie Żywych Poetów z Brzegu. Projekt poetycki, który skupił wiele ciekawych nazwisk i wierszy miał na celu ukazanie sytuacji panującej w Tybecie, a jednocześnie przypomnieć, zwykłym konsumentom poezji, często zafascynowanych kulturą tybetańską o tym, jak wiele dziś ta kultura traci z powodu chińskiej polityki. Niby nic wielkiego, jednak był to pierwszy tego typu głos poetycki w sprawie. Dość głośny, usłyszany, komentowany.
Kiedyś usłyszałem, że piszę wiersze feministyczne. Faktycznie jeśli już w mojej poezji pojawiają się kobiety, to tylko te silne, mocne osobowości, które porządnie kopnęły w dupę męski świat. Wystarczy tutaj wspomnieć Virginię Woolf, Sylvię Plath czy Diane Arbus. Bardzo silnie i dosadnie mówiące w tomie „Stany skupienia”. Bywa też, że w wierszach mówię głosem kobiety, nakładając swoistą maskę np. Fridy Kahlo albo innej, anonimowej Hani. Dla mnie to żaden problem, żeby w ten poetycki sposób wskoczyć w spódnicę. Więcej się wtedy widzi, bywa ciekawie. Zresztą temat płciowości to osobny wątek, gdzieś tam funkcjonujący w tym co piszę. Wiele z moich wierszy może być odbierane jak głos kobiety, głos mężczyzny, głos trans. Staram się tutaj nie rozdzielać wyraźnie płci, pozwolić na pewną płynność. Swego czasu fascynował mnie transpłciowość, jako postrzeganie świata poprzez dwa pierwiastki męski i żeński, taki wielogłos w jednej powłoce. Efektem tego był wiersz „Candy Darling on her deathbed” ze Stanów Skupienia, w którym opisuję ostatnie dni muzy Andy Warhola, Candy Darling. Fascynującej, silnej, ale i tragicznej postaci.
W swoich wierszach także niejednokrotnie poruszałem motyw wojny, a raczej tego co po niej, bo o wojnie z pierwszej ręki nie ośmieliłbym się pisać. Wolę pozwolić dojść do głosu świadkom, zdać ich relację poprzez wiersz, tak jak we wspomnianym cyklu „Pogłosy”. Nie powstałby on nigdy, gdyby nie przyzwolenie bohaterów tych wierszy. W ten sposób, tworzę pewien poetycki obraz lub relację z trzeciego pokolenia, które zapomina, a drugiej strony mówi, że modnie jest być znów Żydem.
Natomiast obrzydzeniem napawa mnie poezja o zabarwieniu politycznym, zwłaszcza wędrująca na prawo, grzebiąca we wrakach samolotów, snująca teorie spiskowe. To się leczy, w zamknięciu, a nie podaje czytelnikowi. No chyba, że jedynym źródłem poezji pozostaje Nasz Dziennik. Ale to inna bajka, nie moja. 
I chyba nawet nie zaangażowana, a szukająca poklasku.

MG: To z innej beczki i przewrotnie a propos szukania poklasku: lubisz czytać na spotkaniach autorskich? Masz potrzebę tej formy kontaktu z czytelnikami?

TP: A to zabawne, bo spotkania poetyckie powodują we mnie wręcz ból fizyczny. Dziwnie się czuję czytając wiersze. W ogóle często oprawa wieczorków poetyckich jest dość dla mnie pokraczna. Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się wiersz Szymborskiej, w którym wyśmiewała wieczorki przy świecach, z kotarami i wierszami sypanymi z rękawa. Może to mojej stronienie od publicznej prezentacji wierszy w wersji live to jakiś antyekshibicjonizm. Chociaż stoi to w sprzeczności z tym co robię na co dzień, zawodowo. Prowadzę agencję PR i gadanie, występowanie przez dzikimi tłumami, radzenie sobie ze stresem, improwizacja, to moja codzienność. Niestety nie przekłada się ona na pole poetyckie. A może to i dobrze, bo to jedyna dziś dziedzina w moim życiu, w którym nie gości przesadna promocja, kreacja i budowanie wizerunku. Lubię za to słuchać innych poetów. Taką Jane Hirshfield to mógłbym słuchać godzinami. Mimo iż to bardzo nieśmiała osóbka. Co do samej potrzeby, to nie odczuwam takiej, aczkolwiek lubię konfrontować wiersze z czytelnikiem. Świetnie się sprawdza w tym celu wirtualna przestrzeń. Wiem, to nie to samo, co czytanie na żywo, ale zawsze to jakaś namiastka.

MG: Tak mi się właśnie wydawało, że w jakiej rozmowie określiłeś siebie mianem introwertyka, dlatego o to pytam. Cóż, wywołałeś wobec tego nieuchronne pytanie o publikację w wirtualnej przestrzeni. Portale poetyckie, blogi, autorskie strony – jesteś za, neutralny, czy przeciw? I dlaczego? I czy Twoim zdaniem takie miejsca jak internetowe portale poetyckie nie szkodzą poezji?

TP: To może tym razem od końca. We wszystkim musi być umiar, także w netowym bytowaniu. Portale poetyckie, blogi, autorskie strony to świetna sprawa, pozwalają odkrywać ciekawych, dziwnych i wkurzających autorów przez 24 godziny na dobę, bez konieczności wydawania pieniędzy na książki, czy spaceru do biblioteki. Osobiście jednak traktuję publikacje w Internecie, na portalach takich jak Liternet.pl czy Nieszuflada.pl, a wcześniej Poezja.org jako pewną formę testowania wierszy na ludziach. To co wrzucam na taki portal jest często wierszem w warsztacie. Fascynuje mnie, co ludzie mają do powiedzenia o mojej propozycji, mixy, które powstają, nadinterpretacje i wycieczki osobiste pod wierszem. Swego czasu na Nieszufladzie.pl rewelacyjne mixy robiła Ewa Brzoza Birk. Dla wersji finalnej wiersza rezerwuję papier, czyli publikację w magazynie czy książce. Do tego momentu wiersz pozostaje u mnie żywym tworem, poddawanym zmianom. Prawdę powiedziawszy, czuję się troszkę wychowany poetycko przez literacką społeczność on-line. Zaczynałem publikacje od skromnego forum Wiersze.bej.pl, gdzie poznałem masę fantastycznych ludzi, z którymi do dziś utrzymuje kontakt, także poza netem. Później była Nieszuflada i boksy, za mój pierwszy wiersz, który zawisł w słupku. Szczerze, to krytyka, często surowa na takich portalach uczy autorów pokory. Wiele osób wrzucając wiersz w sieć przekonanych jest o własnym geniuszu, bo co to za problem zrobić kopiuj, wklej i zatwierdź. Publikacja gotowa! Można się pochwalić dziewczynie, chłopakowi, mamie. Aż tu człowiek zderza się z falą krytyki, jak Grycanki na Pudelku. I albo odpuszcza sobie pisanie, albo bierze się do roboty i coś zmienia. Bo faktycznie, jeśli 25 osób mówi, że wiersz jest do niczego, lub jak pisał jeden użytkownik „ad kosz”, to coś jest nie tak. Moim zdaniem publikacja w sieci jest dla fighterów i taki dobry test dla osób, które poważnie myślą o pisaniu.
Jeśli ktoś przetrwa komentarze userów na portalu poetyckim, to jest szansa, ze zacznie pisać całkiem ciekawie. Zresztą patrząc na to, kto publikował na takiej np. Nieszufladzie, a były to przecież Mirka i Julia Szychowiak, Radek Wiśniewski, Ewa Brzoza Birk czy Dariusz Adamowski, dowodzi to tego, że poezja w sieci i poezja z sieci ma się całkiem ciekawie i absolutne nie szkodzi samej poezji. Wręcz przeciwnie, napędza zainteresowanie nią i ułatwia dostęp do nowych nazwisk.

MG: No dobrze, a poziom wierszy na portalach? Grzmi się przecież od dawna o tym, że poezja w sieci to po prostu grafomania? I jak sądzisz, dlaczego poeci – min. ci, o których wspomniałeś – kiedy już mają na koncie papierową publikację znikają z sieci?

TP: Publikacja w sieci jest dla wielu autorów pierwszym krokiem, swoistym pierwszym razem, który nie zawsze jest przyjemny, dla obu stron. Fakt, 90 proc. tego, co znajdujemy na portalach zwyczajnie się nie czyta, jest wtórne, płaskie, romantyczne do bólu, ckliwe albo wręcz przeciwnie - ociekające krwią i spermą, chce szokować. Sporo też kalek, królują imitacje Bukowskiego, Plath, Wojaczka, Stachurę. Ale tutaj też OK.,
każdy jakoś zaczyna . Na szczęście często w tym zalewie niezbyt ciekawych tworów, pojawia się ktoś kto nagle zaczyna wyrastać z „pierwszych prób twórczych”. Wtedy możemy być świadkami niesamowitego rozwoju twórczego. Tak ostatnio jest z Łukaszem Kuźniarem. Pamiętam jego wiersze sprzed roku, coś w nich zaczynało się dziać. Dziś to już coraz mocniejszy głos, za parę lat - strach się bać (śmiech). Pojawienie się własnego głosu, oznacza często także opuszczenie sfery netowej. Na wielu portalach autorzy odczuwają wtedy presję innych użytkowników, którą wywołuje albo zazdrość o to, że ktoś zaczyna popełniać dobre wiersze, albo nieustanna chęć ingerencji w wiersze autora, już dojrzałego. Słynne „a ja bym to widział tak…”, po którym następuje sekcja zwłok wiersza, sprawdza się do pewnego etapu rozwoju.
Przychodzi jednak moment, kiedy trzeba bronić swojej niezależności i zostawić sieć. Spróbować swoich sił w druku – magazynach, gazetach, arkuszach, książkach, bo to zupełnie inny odbiór. Tutaj autora odbiera się nie poprzez pryzmat wiersza, w który każdy może wepchnąć swój paluch, ale przez pryzmat dzieła skończonego, które albo się przyjmuje, albo nie.
Osobiście po publikacji książkowej odpuściłem sobie Internet na dobre dwa lata. Wyprowadziłem się z Nieszuflady z trzech powodów. Pierwszy to stagnacja portalu, który od prawie 10 lat jest taki sam, drugi to odpływ nazwisk, z którymi można było podyskutować, od których można było się nauczyć czegoś, nie tylko o poezji, ale i literaturze. Trzeci to zalew dziwnych wierszy, w towarzystwie których nie koniecznie chciałoby się pływać. Dziś racjonuje sobie sieć. Ostatnio bywając na Liternet.pl, który daje możliwość zaprezentowania także swojego dorobku autorom po debiucie. To sprytny chwyt, a fakt, że na portalu publikuje m.in. Mariusz Appel czy Dariusz Pado udowadnia, że ci „książkowi” tak do końca nie odpuszczają sieci.

MG: Nastąpił dobry moment, by zapytać w jaki sposób piszesz? Jak zapisujesz myśli? Klawiatura, kartki, jakieś inne sposoby? Jak powstaje wiersz Tomasza Pietrzaka?

TP: Wszystkie chwyty dozwolone. Z tym zapisywaniem to jest różnie. Często jest tak, że w najmniej niespodziewanym momencie coś układa mi się w głowie i nagle zaczyna żyć własnym życiem, dopisywać się i rozgadywać. Wyłączam się wtedy na amen, mam tak nawet podczas rozmowy z kimś. Więc notuję na czym popadnie, na fragmencie gazety, rachunku za prąd, na książkach, w telefonie, serwetce. Ludzie patrzą, a ja wpadam w jakiś trans histerycznego notowania. Dopiero potem wracam do żywych. Nie praktykuję jakiś żółtych dziwnych karteczek. Po pierwsze są nieestetyczne i zaśmiecają przestrzeń, poza tym je gubię. A takiej Polityki czy Przekroju ze szkicem wiersza raczej nie zgubię. To jedna sytuacja, kiedy jestem napadnięty przez wiersz. Inna to ta kiedy siadam do wiersza, wysiaduję go jak jajo, gapiąc się w jeden punkt. Najczęściej tracę tak ze 3-4 godziny i kończy się to oglądaniem seriali, ale czasami pojawi się jakieś zdanie, albo słowo. Zresztą od jakiegoś słowa u mnie się wszystko często zaczyna. Prowadzę nawet specjalny notes, w którym notuję dziwne zasłyszane słowa, albo takie zwyczajne, które kiedyś się przydadzą. W tym samym notesie, z doklejonymi już kartkami, nosze także szkice wierszy, jakieś spostrzeżenia, zostawione na potem, cytaty z filmów, i książek. Z tego całego śmietnika wyciągam potem co ciekawsze elementy i rozpracowuję je, rozpisuję – najpierw prozą, potem wierszem. Już tak na modłę XXI wieku, czyli na komputerze. Wygodniej przestawia się wtedy frazy, wymazuje bzdury. No i jest opcja DELETE, bardzo przydatna przy pisaniu. Dla mnie najważniejsza. Generalnie bardzo długo wiersze we mnie dojrzewają, przechodząc często 6-8 miesięczny proces, od luźnych notatek, po rozbudowane zdania, skończywszy na wierszu właściwym, a w 90 proc. w koszu. Oprócz tego, każdy z wierszy, w którym pojawia się jakiś motyw zaczerpnięty z geologii, historii, biologii poprzedza research. Zbieranie artykułów, wyciąganie pojedynczych zdań, googlowanie. W przypadku „REKORDÓW” doszły także wywiady, rozmowy z ludźmi, potem transponowane w wiersz. Jednym słowy chaos, w którym tylko szaleniec jest w stanie się odnaleźć.

MG: Czyli w poezji szaleństwo, a w szaleństwie metoda, a w życiu? Prowadzisz firmę, jesteś poukładany? Zorganizowany?

Moja babcia zawsze mówiła, że ten Tomek, to taki grzeczny i poukładany i w ogóle, cud, miód. Takie ponoć sprawiam do dziś wrażenie. A prawda jest taka, że wokół mnie panuje nieustanny chaos i sam jestem jak jego uosobienie. Taki Siwa, który robi wiele rzeczy jednocześnie. I chyba w sumie bardziej lubię chaos niż porządek. Prowadzę firmę, ale to też opcja survivalowa. Nie wyobrażam sobie siebie idącego na 8 godzin do pracy, siedzącego w biurze dwa na dwa metry, z szefem nad głową i tykającym zegarem z IKEA na ścianie. Oszalałbym, albo pewnego dnia skończył jak Wiliam Foster lub Lester Burnham. Chcę panować nad swoim czasem, pracować w sobie wyznaczonych godzinach, móc robić to na co względnie mam ochotę. Lubię na przykład pracować nocą, generalnie jestem zwierzęciem nocnym i tryb myślenia włącza mi się po godzinie 18. Do 18 odbijam się od punktu A do punktu B i w sumie bez ładu i składu. Nie mam też jakiegoś wielkiego planu życiowego, checklisty, którą sobie odhaczam, nagradzając sukces gromkimi brawami przed lustrem. Nie wierzę w life coaching. Próbowałem się poddać tej szarlatanerii, ale to nic nie dało.
Najpierw musiałbym się nałykać Prozacu, żeby znieść gadanie coacha. I po co mi to? Będzie co ma być. Wierzę w porządek wszechświata i jeśli istnieje jakiś plan na mnie, prędzej czy później mnie dosięgnie. Cenię za fakt, że pomimo tego wszystkiego zawodowo jestem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. I dzięki szaleństwu i pasji udało mi się osiągnąć jakiś tam poziom zawodowego spełnienia. Widzisz, nawet to co mówię, jest chaotyczne (śmiech).

MG: W żadnym wypadku chaotyczne! Ale rzeczywiście w tym całym rozgardiaszu widać, że się świetnie odnajdujesz (śmiech). Teraz inspiracje. Muzyka, film, literatura? Lepiej się czujesz na wsi, czy w mieście? Wolisz ciszę, czy zgiełk?

TP: Trampki, czy półbuty ze skóry? (śmiech). No dobrze, a teraz na poważnie i od końca, według chaotycznego klucza. Za wsią nie przepadam, jest w niej coś drażniącego. Uwielbiam za to moje betony, hałas, który uzależnia, 10 piętro bloku z wielkiej płyty i PRL-owskie osiedla o koszmarnej architekturze. Miastem, które mnie fascynuje są Katowice. Tam się żyje w tak surowym otoczeniu między moderną, XIX wiekiem, Gierkiem i street artem, że trudno tym nie przesiąknąć i nie dać się wciągnąć. Brzydota miasta fascynuje, bardziej niż sielskość i anielskość. Sprawia, że jednego dnia masz ochotę uciekać z niego, a drugiego siedząc na jakieś wiosze masz dość ciszy, pszczółek i kaczuszek, bo tęsknisz za Superjednostką (budynek w Katowicach). No i ludzie, w mieście są bardziej wyraziści, bardziej kanciaści, cały czas się formują, są zmienni..Miasta coraz więcej widać w tym co ostatnio piszę, inaczej też patrzę na miasto. Nie tylko jak na miejsce, w którym wegetuję z dnia na dzień, ale jak na miejsce, w którego kształcie czynnie uczestniczę. Nie oznacza to jednak, że jestem nadętym mieszczuchem. Uwielbiam przyrodę, dzikość natury. Las i nic dookoła, dzikie morze, zwłaszcza jesienią. No ale to nie wieś. Wieś mnie drażni (śmiech). A inspiracje? To długa lista. Z literatury to zdecydowanie Virginia Woolf odcisnęła na mnie jakieś piętno i swego czasu pobierałem od niej nauki. Potem była Sylvia Plath, Anne Sexton, Robert Lowell, T.S. Elliot, Charles Reznikoff. Ostra faza na Jane Hirshfield, która nadal trwa. Z filmem u mnie różnie, ostatnio zachwycił mnie „Zupełnie inny weekend” Andrew Haigha, kameralna opowieść o odkrywaniu samego siebie, przed drugim człowiekiem, ale i samym sobą. Film oszczędny, duszny, ale naładowany taką dawką emocji, że oglądając go człowiek przestaje oddychać, a kiedy film się kończy to puszczasz go od nowa. Kuriozum totalne, ale czasami tak coś człowieka weźmie. No i akcja dzieje się na blokowisku. Niby brytyjskim, ale tak bardzo polskim. Poza tym od lat wierny jestem trzem nazwiskom – Pedro Almodovar, Ferzan Ozpetek i Fatih Akin. Każdy inny, każdy na swój sposób dobierający się do złożoności ludzkiej natury. W ich filmach masz przegląd ludzkich osobowości. Filmem, do którego zawsze wracam są „Godziny”. Mało oryginalnie, ale od nich nie można się opędzić. To jeden z nielicznych przykładów, kiedy osoba taka jak ja, uzależniona od kina europejskiego, przyznaje się do tego, że w Hollywood robi się dobre filmy, lepsze nawet niż w Południowej Ameryce. Co mnie osobiście wydaje się niemożliwe. Jeśli chodzi o muzykę, tutaj też panuje chaos. Rozpiętość od Philippe Jaroussky i muzyki barokowej, skończywszy na The Czars, Sigur Rós, Antony and The Johnsons i Billie Holliday, poprzez Abla Korzeniowskiego i Nino Rotę, aż po ranchery Chaveli Vargas. Zwłaszcza te ostatnie. Dla starej Vargas zacząłem uczyć się hiszpańskiego, żeby zrozumieć o czym śpiewa. Zresztą w jej przypadku rozumienie słów to rzecz drugorzędna. Wystarczy spojrzeć na nią jak ona śpiewa całą sobą i wsłuchać się w złość, miłość, troskę, żal, które ona wyśpiewuje.
Proszę więc nie pytaj mnie o muzyczne inspiracje, bo nie chce żadnego z dzieci faworyzować i każde kocham tak samo (śmiech). Muzyka jest dla mnie nieodłącznym elementem. Leci zawsze, zarówno z potrzeby zabicia ciszy, jak i potrzeby soundtracku i jakiś dodatkowych bodźców. Generalnie, mnie cały czas towarzyszy jakiś soundtrack. Ostatnio jest to Kapela ze Wsi Warszawa, Marianne Faithful, Mariza i John Grant.

MG: Z tego, co piszesz wynika, że bardziej trampki (śmiech). Piszesz z taką pasją o muzyce, że muszę zapytać, czy grywasz na jakimś instrumencie?

TP: Trampki, trampki i to zdecydowanie. Chociaż czasem trzeba się zasznurować mocniej. Niestety nie gram na żadnym instrumencie. Mówię niestety, bo miałem kilka podejść i do gitary i do pianina, ale brak mi było cierpliwości. No i nauka wymaga narzucenia sobie pewnej dyscypliny, systematyczności, a z tym u mnie trudno. Z drugiej strony nigdy nie czułem jakiegoś szczególnego pociągu, żeby się nauczyć. Wolę słuchać muzykę, niż ją tworzyć lub odtwarzać.

MG: Wróćmy więc do tego, co tworzysz. Powiedziałeś już sporo o swojej poezji na początku rozmowy, wiem, że powstała kolejna książka. Czy uchyliłbyś rąbka tajemnicy co w niej znajdziemy i kiedy będzie można ją nabyć?

TP: Książka pojawi się na przełomie maja i czerwca tego roku, więc już lada moment. Ukazuje się wydawnictwie Mamiko i nosi tytuł „REKORDY”. Wbrew pozorom, nie jest to książka sportowa (śmiech). Cały ten zbiór, na który składa się ponad 60 wierszy to swoiste wypisy z bazy danych, które informatycy nazywają właśnie „rekordami”. Tutaj tą bazą danych jest ludzka pamięć, mniej lub bardziej doskonała, świeża i ta starcza, w której wiele wydarzeń już się pozacierało, a które czasami wracają np. podczas spotkania urodzinowego.
Te wszystkie wiersze są o tym, co dzieje się ze wspomnieniami, tym co odnotowujemy i co z tym robimy po jakimś czasie. W jaki sposób do tego sięgamy i co wyjmujemy. Czasami jest to już całkowicie rozsypane, w kawałkach, niedoświetlone z jakimś dopiskiem, czasami wyraziste.
Sporo tutaj także różnych zapisów śmierci, niegodzeni się na nią i godzenia się z nią z upływem czasu. Rozważań na temat tego co „po” życiu, po nas, po czasie, po eonie. Ale też z tym, co zostaje po ludziach, a w zasadzie, co po nich nie zostaje. I tak jest w fotograficznym cyklu „Chłopcy malowani” o jednym zdjęciu niemieckiego żołnierza z okresu II wojny światowej, do którego, ktoś taki jak ja, siedzący w 2012 roku może dopisać niezliczoną liczbę historii o nim – pozytywnych, negatywnych, osądzających, wybielających, czułych, okrutnych. Podobnie zresztą dzieje się wierszu „Połów” z tym, że tam mamy zdjęcia licealistów z końca XIX wieku.
Do tego spojrzenie na wojnę i okres powojenny, ale z perspektywy trzeciego pokolenia, czyli tego do którego informacja dotarła o tym z drugiej i trzeciej ręki. To znów swoiste rozliczenie się z pamięcią o niej, bo przecież nie przeżyciem. I o tym właśnie jest cykl „Pogłosy”, który już kilka razy w rozmowie przywołałem. Pierwotnie miały to być reportaże, później powstało z tego ponad 50 wierszy, ostatecznie okroiłem to do 11.
Ale są też w książce narodziny i intymność, dla przeciwwagi i zachowania zdrowego balansu. Oczywiście, sporo też się rozpada w tych wierszach, co po części jest kontynuacją „Stanów skupienia”, poprzedniej książki. no i sztuki, zabieram czytelnika do Casa Azul w Meksyku, przechadzamy się po sypiących się Pompejach, siedzimy naprzeciw Magritte i opalamy się na działce Erwina Sówki. Pierwszy raz udało mi się także w moje wiersze wtrącić sporo Śląska. Dotąd miałem problem z tym. Najlepiej to o czym jest ta książka oddaje cytat z Lavoisiera „Rien ne se perd, rien ne se crée, tout se transformer”.

MG: Kiedy zadałam pytanie o inspiracje m.in. literackie nie wymieniłeś Jacka Dehnela. Pytam celowo właśnie o to nazwisko, ponieważ widzę pewne podobieństwa Waszych poetyk. Poza tym to właśnie Jacek Dehnel napisał (świetnego zresztą) blurba na Twoją ostatnią książkę "Stany skupienia". Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że poetycko bywasz kojarzony z Dehnelem i jak się z tym czujesz?

TP: Magda, ale nie wymieniłem też Agnieszki Kuciak, Macieja Woźniaka, Władysława Włocha, Edith Stiwell czy Langstona Hughesa. A ono odegrali wielką rolę w mojej edukacji poetyckiej i zapewne wprawny czytelnik ich wpływ też dostrzeże, zwłaszcza w moich wczesnych wierszach. Tych sprzed „Stanów skupienia”. Jeśli chodzi o podobieństwo to w dużej mierze na postrzeganie „Stanów” wpłynął właśnie ten blurb. Co nie oznacza, że jest to skrzywione postrzeganie. Kilku krytyków bardzo się nad tym rozwodziło, do tego stopnia, że w Lampie wyczytałem, zresztą w bardzo dobrej recenzji, że „Stany skupienia” dopełniają „Brzytwę okamgnienia”. Osobiście uważam, że to przesada, ale faktycznie, w kilku wierszach ze „Stanów skupienia” istnieje pewne pokrewieństwo poetyk, lub jak wyczytałem – uniżony hiperklasycyzm. Ale to raczej dalekie kuzynostwo. Widać to w cyklu „Ujęcia” gdzie do głosu dochodzą Sylvia Plath, Diane Arbus, Kandinsky, co może się kojarzyć z „Żywotami równoległymi”. Ale na skojarzeniu i zabawą postaciami się kończy, bo strategia stylizacyjna, język i figury zupełnie inne. Tematy też z goła odmienne. To kuzynostwo można także odnaleźć w fascynacji kulturą i czerpania z niej pełnymi garściami. No ale to znowu iście na łatwiznę i opieranie się na blurbie, bo takie fascynacje kulturą mamy też u Kuciak, Kawafisa, Różyckiego, Woźniaka, czy - o litości – u Miłosza, których czytam w równym stopniu co Dehnela. Ostatnio widziałem w jednej z recenzji na artPapierze jak Izabelę Fitkiewicz-Paszek zestawiono też z Jackiem Dehnelem i mną. Powód? Odwołania do kultury, sztuki, historii etc. I znów pytania, czy teraz, każdy kto będzie pisał o sztuce, starych fotografiach czy rzeźbie będzie odsyłany do Dehnela lub - o zgrozo – do mnie. Z 15 recenzji Stanów skupienia, które się pojawiły, tylko 2 zaznaczyły wyraźnie „jakieś pokrewieństwo”. Najczęściej odnosiło się ono właśnie do podobnego spojrzenia np. na kulturę, elementy klasycyzujące. Żeby była też jasność, ja absolutnie nie wypieram się fascynacji poetyką Dehnela, jest ona mi bliska i zrozumiała, stanowiła też ważny element w moim rozwoju, edukacji literacko-poetyckiej. Ale w równym stopniu, fascynująca swego czasu była dla mnie poetyka Sylvii Plath. Stany skupienia pod tym względem to była żonglerka różnymi stylami, językami, tematami. Taki był zamysł, aby każdy z wierszy, lub przynajmniej każdy z cykli mówił zupełnie innym, osobnym językiem, miał inny styl. Poza tym, myślę, że każdy zaczynając pisać chłonie różne style, część z nich przemyka potem we własnej twórczości.

MG: Jeśli nawet każdy, kto będzie pisał o sztuce, starych fotografiach czy rzeźbie będzie odsyłany do Dehnela czy do Ciebie, to dlatego, że "przetarliście szlaki", ujmując rzecz najprościej. W takim razie jeszcze a propos fotografii, czy ta Twoja pasja łączy się z pisaniem w takim sensie, że je na przykład dopełnia, czy jest zupełnie niezależna? Fotografujesz wszystko, czy masz ulubione tematy?

TP: Myślę, że to przecieranie szlaków to przesada, bo pisanie o sztuce, fotografii czy rzeźbie to żadne novum w poezji na całym świecie. Każdy jednak robi to na swój sposób, ktoś z powagą i na klęczkach, ktoś na luzie, klasycyzując lub bawiąc się językiem. Różnie. Różnie jest też u mnie z fotografią, to jest coś czym się zajmuję pokątnie i w czym, uważam się jeszcze za ucznia. Fascynują mnie ludzie, ale nie portrety, jakiś szerszy plan, który pozwala tworzyć historię. Pod tym względem podobnie piszą się moje wiersze. Niby skoncentrowane na jednym, a jednak wokół wiele się dzieje. Nie powiedziałbym jednak, że dopełnia. Raczej bywa inspirująca. Niejednokrotnie wracając do własnych zdjęć, pojawiał się pomysł na wiersz. Ale to samo mam patrząc na zdjęcia wielkich – Robert Mapplethorpe, Diane Arbus, Augusta Sandera czy Roberta Doisneau. Zbieram też zdjęcia, mam pokaźną, bo idącą już w tysiące kolekcję zdjęć kartonikowych z końca XIX i początku XX wieku. To prawdziwa kopalnia pomysłów, historii, brzydoty i piękna. Zbieram też zdjęcia z lat 20/30-tych i zdjęcia z okresu wojny. To chomikowanie dopełnia pisanie. Teraz piszę cykl 10 wierszy, wszystkie poświęcone wybranym zdjęciom. Jeszcze nie wiem jaki będzie efekt końcowy, ale fascynuje mnie to dopowiadanie do zdjęć, zabawa drugim dnem. W fotografii rzadko kiedy planuję także temat, chodzi raczej o momenty, coś przypadkowego. Nie tworzę pod tym względem cykli np. tatarak na jeziorze czy staruszkowie w parku. Pod tym względem fascynuje mnie np. fotoblog Quinford and Scout, gdzie codzienność urasta do sztuki, a przypadek do czegoś co zostało zaplanowane jak kompozycja.

MG: Wspominałeś, że publikujesz wiersze na portalu internetowym, czy zdarza się, że piszą do Ciebie początkujący poeci z prośbą o radę albo opinię na temat własnej twórczości? A jeśli tak jest, to pomagasz, poprawiasz itd, czy raczej wolisz się powstrzymywać od wydawania opinii?

TP: Kiedyś sporo przychodziło takich maili, a w każdym mailu paczuszka, czasem po 2-3 wiersze, czasem po 50-60 z prośbą o komentarz i korektę do każdego. Potem troszkę spauzowałem z bytnością na necie, to i frekwencja tych maili spadła. Na szczęście, bo nie potrafię nie odpisywać na korespondencję. Z tym pomaganiem to różnie bywa. Generalnie to trudna sprawa. Takie ingerowanie w czyjąś, autonomiczną twórczość - złą czy dobra, whatever, może być zgubne dla piszącego. Lepiej samemu próbować, dostawać kopy, dalej próbować. Metodą prób i błędów. Co nie oznacza, że sam nie korygowałem czegoś tam w wierszach, zwłaszcza jeśli autor miał potencjał. Najczęściej jednak były to takie generalne wskazówki, co do pisania, bo wiersze, które napływały były dość podobne, czyli przesadnie romantyczne, naszpikowane kliszami, łatwo też było wysnuć literackie fascynacje, niestety często licealne, nawet u 50-latków. Bywało, że polecałem komuś lekturę wierszy, konkretnego autora. Kiedyś nawet stworzyłem jednej osobie listę tematów, których ma się w fazie początkowej wystrzegać. Jeśli już natomiast udzielam rad, a nie lubię tego robić, bo nie czuję się do tego upoważniony ani dorobkiem literackim, ani jakąś niesamowicie rozległą wiedzą, to są to najczęściej rady, które kiedyś sam usłyszałem. A, które podziałały. Wiele takich cennych rad usłyszałem na Nieszufladzie od Jacka Dehnela, Elżbiety Lipińskiej, Ewy Brzozy Birk czy Lucyny Rams. Część z nich brałem jak leci, na część się oburzałem, ale z czasem przyznawałem rację. Kiedyś na jednym z for powstał „warsztat wierszy”, w którym z kilkoma osobami mieliśmy ambitny plan pomocy początkującym. Ale wymiękliśmy z bardzo prostego powodu. Oczekiwano od nas, że będziemy za kogoś pisać te wiersze, konstruować je od nowa, a to się mija z celem. Autor sam powinien, np. dzięki wskazówkom dojść do tego, że coś jest nie tak z jego wierszami. Jeśli się czyta 148 razy pod wierszami, „Szanowny Panie, Pana wiersz jest egzaltowany tak, że można skończyć z głową w piekarniku”, a godzinę później delikwent znów wypuszcza pierdziszewo o stokrotkach, polanach i leśnych dróżkach, pełne achów, pajęczyn i lilii to ręce opadają. Poza tym mam wrażenie, że wiele osób zaczynających pisać, chce sobie pójść w ten sposób na łatwiznę. Myśli – a wyślę mu, jakieś 45 potworów, niech zrobi z nie piękności, wrzucę na portal. Jeśli po tych 45 korektach, 46 wiersz tegoż autora będzie świetny, robota wykonana, ale jeśli 46 będzie tak samo daremny, jak te nadesłane, szkoda czasu.

MG: Dziękuję Ci bardzo za cierpliwość i niezwykle interesującą rozmowę. Czego można życzyć poecie Tomaszowi Pietrzakowi?

TP: No wywiad rzeka jak nic (śmiech). Czego życzyć, może tylko mnogości słów, bo tych poecie zawsze za mało, no i odwagi w eksperymentowaniu, żeby nie stać się monotonnym. Ostatnio polubiłem poetyckie ryzyko i może życz mi wytrwałości w tym lubieniu. Dziękuję za rozmowę.



Tomasz  Pietrzak (ur. 1982), autor tomu wierszy "Stany Skupienia" (KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, seria Pisma Literackiego RED, 2008). Publikował m.in. w Toposie, Gazecie Wyborczej, ARTeriach, Odrze, Kresach, Wyspie, Rita Baum, Red i Blizie. Jego wiersze znalazły sięm.in. w słoweńskiej antologii "Moral Bi Spet Priti" przygotowanej przez Brane Mozetica. Najnowszy tom wierszy  pt. „Rekordy” ukaże się latem 2012 w wydawnictwie Mamiko. Wiersze tłumaczone były na angielski, słoweński i czeski. Mieszka w Katowicach.




9 komentarzy:

  1. ja tam na poezji się ni znam, co świadczy fakt, że zawsze wierzyłam w wenę, w namaszczenie, pomazanie boże i w tę całą magię, że poeta siad pisze, a wiersz z niego wpływa jak potok słów po rozluźniającej dawce alkoholu - a tutaj notesy, zapisywanie, dojrzewanie miesiącami i wypuszczanie swojego dziecięcia z tytułem profesorskim..

    to tyle po pierwszym czytaniu.

    Dziękuję Magdo za wywiad i Panu Panie Tomaszu, również.

    OdpowiedzUsuń
  2. Joasiu - wena jet zdecydowanie przereklamowana :) wiersze wypływające jak potok słów kończą się totalną grafomanią albo bełkotem, do pisania owszem przydają się nazwijmy to pewne
    "predyspozycje" ale głównie to jednak pomysł i ciężka praca, czego m.in. Tomek jest właśnie przykładem, bo jest świetnym poetą.

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie, od tego powinienem zacząć wywiad - nie jestem poetą, a osobą piszącą wiersze :)/Tomek

    OdpowiedzUsuń
  4. Tomek - pozwolisz, że się nie zgodzę? :) poetą zdecydowanie

    OdpowiedzUsuń
  5. Interesujący wywiad! Magda - dziękuję! Ile to się można dowiedzieć, o poecie - zdecydowanie! Tomek, czy Ci się podoba, czy nie! Już się wciągnęłam w Twoją poezję!

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałbym się odnieść do fragmentu o bywaniu w sieci ..... Rzeczywiście jest taki moment, gdy następuje potrzeba zniknięcia z sieci i obrona swojej niezależności ...... ale obecnie to sieć jest głównym miejscem odbioru sztuki, więc dojrzały, ukształtowany twórca powinien w niej istnieć, bo gdy zniknie, to rzesze początkujących znowu zaczną uczyć się sami od siebie, czyli pisać o maczkach, pajęczynkach i rosie na trawie ;)

    Być może więc takie działanie jakie robimy w Artpubie jest odpowiednim kompromisem pomiędzy portalami a książkami ( czy wystawami w przypadku plastyków )..... czyli że twórca istnieje w sieci, ale nie musi być jednym z setek uzytkowników portali.

    Kiedyś powiedziałem, ze chciałbym żeby sztuka stała się modna, a wywiady są świetną formą przyblizenia widzowi autora i popularyzowania jego twórczości, bo wytwarzają chęć poznania tego co tworzy..... więc z bardzo dużą przyjemnością przeczytałem zapis tej rozmowy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Komentarze NIE NA TEMAT będą usuwane!

    OdpowiedzUsuń
  8. "obecnie to sieć jest głównym miejscem odbioru sztuki, więc dojrzały, ukształtowany twórca powinien w niej istnieć, bo gdy zniknie, to rzesze początkujących znowu zaczną uczyć się sami od siebie, czyli pisać o maczkach, pajęczynkach i rosie na trawie ;) "- Jacku bardzo trafnie to ująłeś i cieszę się, z sygnałów, które do mnie docierają, ze wywiad bardzo ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...