wtorek, 15 maja 2012

3 ulubione dzieła - Mariusz Partyka


Mariusz Partyka - ur.1976. Poeta, nauczyciel, początkujący fotograf. Laureat konkursów poetyckich, m.in.: im. Rafała Wojaczka, im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz nagrody specjalnej im. Jacka Bierezina. Publikował m.in. w „Opcjach”, „Studium”, „Portrecie”, „Kresach”, „Toposie”, „Gazecie Wyborczej” oraz antologiach, m.in.: Połów. Poetyckie debiuty 2010 (Wrocław 2010). W 2009 roku ukazał się jego arkusz poetycki Wieża myśliwych. Mieszka w Zabrzu.



Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Nie chciałbym tutaj pisać o „lubieniu”, bo tego za dużo ostatnio. Z wierszami, przynajmniej tymi mojego autorstwa, sprawa wygląda tak, że im więcej czasu upływa od ich napisania, tym bardziej wypływa na wierzch ich wartość. Może jest to spowodowane tym, że zapominam o kontekście w jakim były pisane i muszę nauczyć się czytać je na nowo, to jest prawdziwy sprawdzian. Niewiele jest tekstów, które cenię, za to dużo takich, do których mam sentyment. Szczególnie do tych, które pisane były na granicy, kiedy przechodziłem z jednego do drugiego etapu. Takie wiersze graniczne są nieporadne, pewnie mają w sobie więcej słabości, niż te które powstają później, ale przez to są ciekawe. Może właśnie w nich odnajduję się po latach najlepiej.
  

eskapady

ćwiczymy znikanie (ostatnio nas widzieli),
nic nowego. obecność tutaj powoduje
zmęczenie, migreny, trudności w zasypianiu.
paleta tabletek w kolorach tęczy. wydaje się,
że gorzej nie będzie. nie zjawiać się najlepiej;
pozostawić tę sztukę iluzjonistom.

pora na porachunki, wymazujemy z pamięci
stare bilingi. wyciszamy się, nocne
eskapady po kuchni i przygaszonym pokoju.
wojna podjazdowa. zapalamy kolejne światła

i komunikujemy się wystukując literki.
zagubieni w wymyślonym wymiarze. kończymy
w tym samym miejscu, w którym ktoś zaczął
za nas. nieważne, rozpad następuje zawsze w trakcie. 


spłoszona sarna

leżę zwinięty, z palcami jak przejrzałe morele. 
jutro nie nadejdzie, chyba, że w modlitwie. 

dotykam zimnych kafli pieca 
i przypominam sobie wizytę u fotografa.
głowa ułożona tak, żeby nie było wątpliwości,
że to naprawdę ja.

sny zostaną załadowane i odpalone trochę później,
gdy nikt nie będzie w stanie usłyszeć szeptu z góry.
przy stole czai się cień, w który przestano wierzyć. 

para ulatuje z ust, noc się skrapla. w kwietniu
temperatura przekroczyła trzydzieści stopni.

widziałem jak biegłaś, było w tobie ciepło gnijących liści,
coś z matki i ojca. później obserwowałaś jak spadają ptaki.


ślad

szukałem na kamieniach szczątków, które nie zostały
pogrzebane. wiele było później zwierząt, które umierały
obok moich nóg, w klatkach, pod kołami. dużo było sierści
i piór już niepotrzebnych.

nie znalazłem, chociaż poparzyłem ręce pokrzywami.

serce umęczonego zwierzęcia nie bije. ono syczy jak stygnący
kawałek rozżarzonego metalu. tak to próbuję pamiętać,
chociaż jest odwrotnie, rozpalony metal syczy jak stygnące serce.

szukałem zapisu na kamieniach, śladu drapieżnika,
który przyszedł pod osłoną wysokich sosen, wziął, co zostało,
i zniknął w gąszczu jeżyn,
żeby nikt się nie upomniał, żeby się zadrapał,
gdy będzie chciał szukać.
                                               © Mariusz Partyka



1 komentarz:

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...