wtorek, 29 maja 2012

3 ulubione dzieła - Maciej Froński


                Maciej Froński - poeta i tłumacz, głównie poezji angielskiej, rosyjskiej i włoskiej, a także piosenek folkowych, autor dwóch tomików poetyckich. W swoim dorobku ma również artykuły z zakresu prawa międzynarodowego, archeologii śródziemnomorskiej i turystyki. Z zawodu prawnik, pięć razy wylany z pracy. Żonaty, ma dwie córki, mieszka w Katowicach.



Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Będzie pewnie banałem (na pewno będzie, ale co mi tam), jeśli napiszę, że nie jest łatwo wybrać ze swego dorobku trzy ulubione wiersze. Bo co to znaczy „ulubione”? Te, które najbardziej lubię, bo mi się wydają najbardziej udane, z najbardziej błyskotliwymi rymami, czy te, które najbardziej lubię, bo mi się w nich udaje przekroczyć, przełamać konwencję, w której zwykle piszę, czy też te, może nie najlepsze, w których piszę o miejscach i sprawach, do których mam szczególny sentyment? Tak źle i tak niedobrze, albo raczej tak czy siak za mało, ale zacznijmy może od dość starego wiersza, który kiedyś uważałem za swój bezwzględnie najlepszy utwór:



Klitajmestry tolos
czyli rozmyślania młodego intelektualisty o moralnych aspektach sikania

Niech mi wybaczy śmiałość archeolog
(Sam zbytnio ganić siebie nie zamierzam),
Bo kiedym wstąpił w Klitajmestry tolos,
Ulżyłem męce swojego pęcherza;
Wokoło było spokojnie i cicho,
Dlatego pewnie uwiodło mnie licho.

A gdym tak sikał, słowem: gdy tak lałem,
Gdym zraszał grobu szacownego mury,
O wielu rzeczach przeróżnych myślałem,
Z kręgu wysokiej - o dziwo! - kultury.
O czym konkretnie - nie pamiętam, nie wiem,
Lecz że wysokiej - tego jestem pewien.

Co dzisiaj sądzę o tamtym wyskoku?
Czy mną prostacka kierował buta?
Czy mogłem wtedy tak stanąć w rozkroku,
Rozpiąć rozporek i wyciągnąć fiuta?
Wstyd mi? Żałuję? Oto jest pytanie,
Lecz jakże trudno odpowiedzieć na nie.

Bo przecież jednak o czymś rozmyślałem,
Czyn ten w refleksji wprowadził mnie tony,
Może więc jednak nie na darmo szczałem,
Może więc mógłbym zostać rozgrzeszony?
Wszak grób czcigodny nie ucierpiał wcale
I, bez uszczerbku, jak stał, stoi dalej.

Lecz - z drugiej strony - o czynie przeklęty!
O myśli grzeszna! O dniu naznaczony!
Sprofanowałem ten zabytek święty,
Przez tłumy ludzi bezprzykładnie czczony;
Starożytności był duszą i ciałem,
Świątkiem, relikwią - a ja go olałem!

I to nie wszystko - broń mnie Ręka Boża! -
Lałem też w Sardes, w Milecie i w Myrze,
W Irlandii z klifu sikałem do morza,
I w Syrakuzach szczałem, i w Paryżu,
Gdybym więc nieco wytężył fantazję,
Rzekłbym, żem olał Europę i Azję.

Cóż więc mi czynić? Jak odkupię winy?
Bo - żem jest winien - oczywista sprawa!
Przestępstwem były moje grzeszne czyny,
Nie miałem do nich moralnego prawa.
Nemezis, cięcie mi zadaj karzące
Mutylacyjne odzwierciedlające!

Znaczyłoby to rozstanie się z życiem,
Z życiem - bo jakież życie by to było,
Nie mogąc moczem skropić należycie
Miejsc, które olać tak by było miło:
Przeróżne zamki i katedry kruche
Na wieki wieków zostałyby suche.

Więc czy mi wolno cierpieć aż tak srodze?
Czy nie za wielka to odpowiedzialność?
Z kalectwem jeszcze jakoś się pogodzę,
Ale nie sikać? To wręcz niemoralne!
Miejsc pięknych tyle skazywać na suszę
To okrucieństwo! Nie chcę i nie muszę!

Tak więc żałuję tamtego wyskoku,
Nie, żebym miał go za szczególną zbrodnię,
Lecz utraciłem swój wewnętrzny spokój
I łatwość, z jaką rozpinałem spodnie.
Mam tylko prośbę: nie pytajcie, czemu
Nie mogłem innych rozważać problemów.

Mykeny 8 sierpnia 1997 roku - Kraków 8 listopada 1997 roku


Ten utwór jest często błędnie odbierany jako po prostu głupawy wiersz o sikaniu,  co bardziej oczytani rozpoznają w nim trawestację „Grobu Agamemnona” Słowackiego (polska poezja romantyczna od zawsze jakoś mnie tak dziwnie wkurza). W istocie jest to wielowymiarowa wewnętrzna dysputa filozoficzna, której celem jest przyznanie racji bądź to materialnej, bądź to formalnej koncepcji zła, połączona z subtelnym atakiem na będący ostoją tej drugiej katolicyzm, z którym byłem wtedy trochę na bakier, a także z podszczypywaniem polityków, z którymi nie było mi wówczas po drodze, i ich zwolenników, których było wokół mnie pełno. Staram się przy tym parodiować napuszony i upstrzony niezrozumiałymi wyrażeniami język dysput na te czy inne tematy, z których słynęła wówczas Gazeta Wyborcza. Próba wywołania komizmu za pomocą przesadnie podniosłego języka jest jedną z cech zwłaszcza mojej wczesnej twórczości.

Wiersz nie jest najlepszy od strony technicznej, znaczna część rymów jest mało ambitna, ale proszę zwrócić uwagę, że liczy sobie sześćdziesiąt linijek, a pisanie go dokończyłem po trzymiesięcznej przerwie. Podkreślam to z dumą, bo cierpię na kompleks krótkiego tekstu (osiem wersów to u mnie standard, dwanaście to już wydarzenie) i szybko uciekającego natchnienia, którego później nie da się już złapać. Przy okazji daję upust swojej archeologicznej pasji i przechwalam się licznie odbytymi podróżami, co w tamtych czasach bardzo imponowało, teraz już pewnie mniej, ale za to ile wspomnień zostało! Weźmy chociaż to: na Wschodzie często się zdarza, że ktoś na ulicy zachodzi nam drogę pytając o imię, o samopoczucie, o wrażenia z podróży, o to, skąd jesteśmy i tym podobne. Owszem, zdarza się, że wszystkie te zabiegi sprowadzają się w końcu do jednego pytania: „Czy chciałbyś kupić dywan?” Ale cóż z tego? Taka przygoda spotkała mnie w Selçuk, gdy właśnie miałem za sobą zwiedzanie Efezu i rozglądałem się za jakimś noclegiem. Drogę zastąpił mi młody Turek, mniej więcej w moim wieku, i po serii standardowych pytań padło kolejne:
- Where are you from?
- Poland – odpowiedziałem.
- Poland? – zdziwił się. – You look Japanese!
Wtedy z kolei ja się zdziwiłem – zgoda, jestem kurduplem i brunetem, wtedy już mocno opalonym po tygodniu podróżowania pod słońcem Anatolii, miałem na sobie okulary przeciwsłoneczne, a na piersi większy ode mnie japoński aparat fotograficzny, ale żeby od razu brać mnie za Japończyka? Była to dla mnie niewątpliwie nowość. Rozstaliśmy się mimo to w przyjaznych nastrojach i każdy wrócił do swoich zajęć, a przynajmniej ja wróciłem do poszukiwania noclegu. Dwieście metrów dalej spotkałem jednak kolejnego młodzieńca:
- Hello, Japan! – ryknął na całe gardło.
- I’m not from Japan! – odpowiedziałem trochę niegrzecznie, czując wzbierającą we mnie irytację.
- Ah, Hong-Kong…

Pamiętam też, jak raz nocowałem w Yaprahisar w Kapadocji i nazajutrz miałem zamiar zwiedzić słynną dolinę Ihlary. Jako że przejście całej doliny o pustym żołądku byłoby co najmniej niewskazane, przed wyruszeniem w drogę postanowiłem coś zjeść. A jedyną rzeczą, którą można było zjeść i na którą było mnie wtedy stać, był chleb. Ponieważ w tej okolicy jakikolwiek język obcy był zupełnie nieznany, zmuszony byłem posłużyć się rozmówkami tureckimi. Oczywiście, skonstruowanie zdania typu „Przepraszam, gdzie tu się znajduje jakiś sklep, w którym mógłbym kupić chleb?” lub choćby „Gdzie jest piekarnia?” przekraczało moje możliwości językowe, ale przynajmniej udało mi się zidentyfikować słowo „chleb”.
- Ekmek, ekmek… – chodziłem po wiosce i powtarzałem trochę bez sensu, aż w końcu ktoś wciągnął mnie do jakiejś chaty i dał obfite śniadanie.

Spałem zresztą przy tej czy innej okazji w wielu dziwnych miejscach: w Kalamacie na dworcu kolejowym, gdzie ostrzegano mnie przed bandami Albańczyków, które się jednak nie pojawiły, w Mykonos na pastwisku, w Wiedniu u przygodnie poznanej miejscowej wariatki, no i oczywiście bardzo często w pociągu, autobusie czy na promie. Rok po Turcji objechałem autostopem Irlandię. Pamiętam, jak za Kilkenny nocowałem na dziko z niejakim Radkiem z Łodzi na cudzej łące. Jako że leżała ona dość blisko wylotowej drogi na zachód, a więc, jak to się mówi, była na widoku, musieliśmy poczekać z rozbiciem namiotów prawie aż do zmierzchu. Gdy jednak nastąpił odpowiedni moment, szybko uwinęliśmy się i zaczęliśmy się szykować do snu. Wtedy go właśnie ujrzeliśmy: zbliżał się ku nam typowy irlandzki wieśniak w podeszłym wieku, w gumiakach, jakiejś kamizelce i na nieszczęście ze strzelbą w ręku. Po grzecznym powitaniu spytaliśmy go, czy aby przypadkiem nie jest właścicielem gruntu.
- I shouldn’t be – odpowiedział. Tylko tędy przechodził. I chwała Bogu!

Będąc w Paryżu nie mogłem nie zobaczyć Sainte Chapelle. Kaplica stoi na terenie wojskowym i chcąc się do niej dostać, należy poddać się kontroli.
- Po co panu ten nóż, który ma pan w plecaku? Czy mógłbym go zobaczyć? – zapytał mnie uprzejmie żandarm.
Rzeczywiście, miałem przy sobie suchy prowiant – pęto kiełbasy, którą na Święta Wielkanocne przywiozła mi mama, a także duży kuchenny nóż. Wyjaśniłem sprawę i wpuszczono mnie do środka, oczywiście z nożem. Później zwiedziłem z nim także Muzeum d’Orsay, tym razem nie niepokojony przez nikogo.

Raz z Myken do Epidauros zabrało mnie włoskie małżeństwo z Umbrii. Szybko zgodziliśmy się co do panującej w Grecji drożyzny, która przeszła tak moje jak i ich oczekiwania.
- My przynajmniej – zauważył jednak swoją przewagę mężczyzna – mamy tu blisko i nie musieliśmy lecieć samolotem.
Wyjaśniłem mu grzecznie, że i ja nie przybyłem do Grecji drogą powietrzną, lecz lądową – autokarem.
- Ależ taka podróż musi trwać całą wieczność! – był wyraźnie zdziwiony podobną ekstrawagancją.
- Tak – powiedziałem – pięćdziesiąt godzin.
- To straszne! – nie dawał za wygraną.
- Nie tak bardzo – odpowiedziałem – po dwudziestu czterech i tak się już nic nie czuje.

Z Grecją związany jest inny wiersz, może nie najlepszy, ale właśnie przez to, że wiąże się z moim pierwszym w życiu pobytem za granicą w czasach beztroskiego dzieciństwa, szczególnie przeze mnie ulubiony:

1981

Leżę sobie na kamykach,
Czuję słońce, słyszę morze,
Zamknę oczy – błękit znika,
Wraca – ledwo je otworzę.
Biel rozsiadła się po skałach,
Za nią blada zieleń kołem,
Opalone wszędzie ciała,
Pierwsze cycki widzę gołe.
Góra Atos za zatoką
Robi do mnie perskie oko.

Nieświadomy jestem tego,
Że w pobliżu, w cieniu pinii,
Kamufluje się z kolegą
Nastoletni kwiat w bikini.
Spod Trewiru jest kolega,
Zaś dziewczyna z Wuppertalu,
Ona w końcu mu ulega,
Bez większego nawet żalu.
Góra Atos za zatoką
Również do nich robi oko.

Mikołów, 27 lutego 2006 roku

Wiersz jest tak plastikowy, jak tylko wiersz może być plastikowy, ale to właśnie jest jego główną zaletą, bo przecież doskonale wiem, z czym w Polsce kojarzy się data 1981, a mimo to moje osobiste skojarzenia biegną w zupełnie innym kierunku i jeśli się to komuś nie podoba, to jego problem. Również, co być może rzadkie w naszym kraju, Niemcy nie kojarzą mi się z wojną, a z dość swobodnym podejściem do erotyki, z opalaniem się nago na śródziemnomorskich plażach czy z pierwszymi doświadczeniami seksualnymi niemieckich nastolatków, opisywanymi później w listach do „Bravo”. Wybór Trewiru i Wuppertalu jako miejsc, z których pochodzą bohaterowie przedstawionej w wierszu historyjki, też nie jest oczywiście, przypadkowy, ale co łączy te dwa miasta i jaki to ma wpływ na wymowę utworu, to niech już sobie czytelnik sam wykombinuje.

No tak, jestem przekorny, a zwłaszcza lubię zaczepiać silniejszych od siebie (pół biedy, gdy ktoś mnie potem broni), ale to, do kogo podskakuję w tym wierszu, niech będzie kończącą ten cykl zagadką:

Mietek

Siedzę po latach z Mieczysławem
(Piję herbatę, a on – kawę)
I tak mnie korci spytać Mietka,
Czy go podnieca operetka,

Bo mnie, pamięcią odkąd sięgam
(A pamięć u mnie to potęga),
Stawał na „Zemście Nietoperza”
(Choć na „Ptaszniku” już mi leżał).

Katowice, 6 stycznia 2010 roku

Podpowiem (o ile to jakakolwiek podpowiedź), że „Ptasznik z Tyrolu” stanowił przez lata żelazny punkt repertuaru Gliwickiego Teatru Muzycznego. Jakoś nie było mi na ten spektakl po drodze, gdy mieszkałem w Mieście nad Kłodnicą, a teraz trochę żałuję.

©  Maciek Froński

1 komentarz:

  1. Bardzo fajnie napisane - zgrabnie, z niewymuszonym humorem. Przyprowadziło mnie tu dobre tłumaczenie 'I Wandered Lonely as a Cloud'

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...