poniedziałek, 16 kwietnia 2012

3 ulubione dzieła - Grzegorz Giedrys


Grzegorz Giedrys - ur. 1979 roku w Olsztynie. Współtwórca pisma „Undergrunt’. Mieszka w Toruniu, gdzie pracuje jako dziennikarz w lokalnej redakcji „Gazety Wyborczej”. Wydał dwie książki poetyckie.    

Strona: grzegorzgiedrys.blogspot.com




Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Podejrzewam, że w Polsce trzeba się urodzić Gombrowiczem, aby w przystępny sposób mówić o swoim pisaniu. Nie potrafię pisać o swojej poezji. Do tekstów staram się nie przywiązywać, bo spotkania z nimi po latach raczej nie należą do zbyt udanych. Wiele rzeczy by się w nich pozmieniało, wiele wierszy od razu wylądowałoby w koszu. Oczywiście, kilka ma jakąś wartość sentymentalną - pamięta się, skąd wyniosło się poszczególne frazy. Mówienie o swoim warsztacie nie jest odkrywaniem Wielkiej Tajemnicy Tworzenia, ale raczej przyznawaniem się do małych porażek, zaniechań i zaniedbań. W świecie, w którym możesz sobie kupić krem do rozjaśniania odbytu, poezja jest obciachem.
Wybrałem trzy teksty, o których najprościej mi się mówi.


-36,6°C

Opowiadałaś mi, że gdy wzdłuż kręgosłupa przebiega dreszcz, to dusza zmarłego przechodzi przez ciało. Aniu, płynie przeze mnie rzeka śmierci.
O tej porze roku bezdomni bawią się w ciepło-zimno. Jest trzecia w nocy i wszystko mi podpowiada: „Połóż się na tym szkliwie. Jest gotowe na przyjęcie twojego ciepła. A kiedy rzeczy wokół ciebie staną się doskonałe, przyjdzie sen tak delikatny, że będziesz bał się oddychać, byleby tylko go nie spłoszyć. I przez sen przejdą mężczyźni z zajęczymi wargami i dzieci, które swoje wodogłowie noszą w rozstępach na piersiach matek. Stare kobiety usiądą ci na kolanach, włożą do gardła język i urodzą trochę czerwonych i żółtych liści”.
Budzą mnie przegryzione wargi. Są gliną, którą mróz spaja w spękane naczynie. Za ogrodzeniem sąsiadów tworzy się jednia psa i chodnika. -36,6°C krąży we mnie jak pęcherzyk powietrza. Spocone palce przymarzają do klucza.



Czasami zdarza się, że ludzie piją. Najczęściej zdarza się to w okolicach weekendu. W weekendy generalnie pije się najlepiej. Najlepiej pije się w piątki, bo można spisać na straty soboty i przeżyć niedziele jako ssak naczelny, kiedy ciało się nie rozszczelnia, kiedy światło lampki nie przypomina cytryny wyciśniętej prosto w oczy.
To był piątek i Olsztyn. W Olsztynie piątki spędza się w oczywisty sposób. Spotkanie było długie i bardzo zimowe, a taksówka zamieniła się beztrosko w trzy szybkie wściekłe psy przy barze. Olsztynianie to naród piątkowych ryzykantów.
Było miło, dopóki nie nadeszła pora wymiany numerów telefonów. Było miło, dopóki nie okazało się, że polski to jednak twój drugi język. I trzeba było wyjść, zostawić wszystkie niegościnne miejsca za sobą, wyjść na mróz, który ścinał wszystkie myśli. I gdy tak szedłeś, rozśmieszając swoimi kolejnymi potknięciami operatorów miejskiego monitoringu, myślałeś, że bezdomni o tej porze roku bawią się w ciepło-zimno, że ciała przymarzają do przedmiotów, a stare kobiety są stare. I rzeczywiście, na chodniku wszystko ci mówiło: „Zbierz siły, ustaw komórkę na pięciominutową drzemkę, będzie ci lepiej, szybciej wrócisz do domu”. Jeszcze pięć minut, mamo.


Z kronik kryminalnych

Utonie i żadna wodoodporna maskara jej nie pomoże.
List w koszuli lekko uwiera w pierś. Pisała piórem.
Specjalnie. Tylko jedno zdanie długopisem.
Nie daliście mi ani jednego powodu, bym została.

Teraz na moście widzi wszystko dokładniej. Ma dziesięć lat.
Nożem wymierza odległość między żebrami. Albo później.
Żyletki ojca leżą nieco wyżej niż sięga jej wzrok.
Winą za pierwsze sprucie skóry obarczy kota.

Wiatr strąca z niej ostatnie słowa, ubiera w szelesty,
fałduje rzekę. Długie, przetłuszczone włosy splotą się
w locie w warkocz. Spopieleją w pamięci surowe
twarze bliskich. Dziecko w niej pokryje zamsz.


Media są bezlitosne dla ofiar. Gdy pechowego montera porazi prąd, portale podadzą w tytule, że „zamknął obwód”. Gdy pechowy kierowca zabił się o 19.25, napiszą, że nie doczekał >Wiadomości<”. Samobójca nie ma na ogół szans, aby dostać się na dobry czas antenowy, main topic na popularnym portalu, papierową jedynkę, bo to niewychowawcze pisać o samobójcach.
Statystycznie 10 dni po każdej głośnej śmierci samobójczej po kraju – w niektórych wypadkach nawet po całym świecie - rozlewa się fala samobójstw. Dlatego na ten temat lepiej codziennie się nie wypowiadać. Służby prasowe policji informują o znalezieniu zwłok i wstępnie wykluczają udział osób trzecich. A prasa musi działać zgodnie z kodeksem. Nie wolno kojarzyć miejsc takich jak np. mosty, wiadukty, przejścia kolejowe, lasy z samobójstwami. Nie wolno zamieszczać fotografii ofiary i jej listu pożegnalnego, podawać metody samobójstwa, mówić: „To była udana próba samobójcza”. Gloryfikowanie próby samobójczej jest niedopuszczalne np. sugerowanie, że prokurator wojskowy chciał ocalić honor munduru, strzelając sobie w głowę.
Ale akurat o tej śmierci milczały kroniki kryminalne. Nawet gdyby przedostała się do prasy, wszystko w niej wyglądałoby inaczej. To nie był most, ale wiadukt kolejowy przed stacją Toruń Miasto. Nie było skoczka, była przerażona dwudziestolatka, która rzuciła się pod leniwie sunący po torach pociąg relacji Malbork – Toruń Główny. Nie ma gorszej śmierci od tej na torach. Przy niej inne samobójstwa przypominają półśrodki. Jest rozczłonkowane i zmiażdżone ciało, nikt nie odetnie pętli, nie rzuci się do wody, nie zatamuje krwotoku, nie wywoła wymiotów. Dlatego musiałem sobie tę dwudziestolatkę wyobrazić w innym miejscu – gdy z triumfem i zażenowaniem z barierki mostu im. Piłsudskiego w Toruniu patrzy na miasto, które ją zawiodło.


Szkic do snu sentymentalnego

W tym obrazku jeszcze nic nie jest wyraźne.
(Nawet ślina przeszkadza: budzi, gorzka
jak zalana wrzątkiem popielniczka). Widzę ją
wreszcie. Zbliża się do mnie. Ma ciemniejszą
skórę na kolanach i wiecznie brudne łokcie.
(W jej spojówkach zalęgły się mrówki. Biegają
pod przezroczystymi powiekami). I wskazuje
mnie palcem szczupłym od nikotyny. „Chodź tu”,
mówi i odsłania piersi. Lekko zamszowe z wierzchu,
wewnątrz pełne pepsi. (Od tego mleka wypadają zęby.
W sennikach oznacza to śmierć). „I zgaś światło
- szepcze. - A wtedy się nie zarazisz”. Podchodzę.
„Ty i ja się nie rymuje”, mówi. (Od jej ciepła
sen się wydłuża). „Nie jesteś do rymu”, powtarza.
I tylko to jedno jak refren: „To moja wina, tylko
moja, jesteś czysty, zaczynasz od nowa”.


W opisywaniu snów jest zawsze coś pretensjonalnego. Sen przypomina źle napisaną książkę – fabuła wydaje się niespójna, narrację do przodu popychają kolejne przypadki, wątki rwą się bez wyraźnej przyczyny, postacie zamieniają się rolami, jakby ktoś nieustannie mylił się w obsadzie. Są repetycje, tautologie i obsesje tematyczne. W moich koszmarach pojawiają się windy, pociągi i ciemne piwnice. Sceny z rodzinnego Olsztyna odbywają się w Toruniu, sceny toruńskie odbywają się w olsztyńskiej dekoracjach. Sny erotyczne są miłe, chociaż z drugiej strony mogą przerażać – w tych historiach wcielasz się w każdą rolę, jesteś panem i panią Bovary.
Sen to higiena mózgu. Jadę samochodem, ale przypomina mi się, że nie umiem; samochód okręca się wokół latarni, słychać ciągły klakson i CC Catch w głośnikach, umieram przygnieciony prześcieradłem. Prezydent, jest spotkanie z dziennikarzami, podaję mu rękę, mijają długie sekundy, choćbym nie wiem, jak bym się starał, nie mogę się oswobodzić. Rzeczniczka prasowa chodzi boso po dywanie. Jak śmie chodzić boso po moim mózgu? Jak śmie beztrosko przechadzać się z jednego jego końca na drugi? Nagie są tylko te kobiety, których nie znam. Krótkowłosa wysoka blondynka, kocham się z nią do nieprzytomności w szybie wentylacyjnym więziennego levela Unreal Tournment. Przemawiam na podwyższeniu w Auli UMK, ktoś, aby mnie wytrącić z równowagi, wysypuje na schody całą torbę piłeczek pingpongowych, biegam po sali i łapię te piłeczki.
Sen, w którym powoli rozwijam skórę z palca. Wewnątrz jest mały nadpalony patyczek. Albo ten sen, w którym wchodzę do klubu, siadam w ulubionym krześle niedaleko baru, zdejmuję ulubioną bluzę i z przerażeniem zauważam, że ręce są pełne ran. Wszystko się wydłuża, wszystko trwa wieczność i nie daję sobie rady z grawitacją, która w ręce trzyma bluzę. Nie daję sobie rady z gęstym powietrzem, które więzi moje ręce. A wszyscy się na mnie patrzą, cały klub, a ja cały w ranach, cały skrwawiony, pokryty rybim cellulitem. I wszyscy patrzą się na mnie, a patrzą wściekle.

                                                            © Grzegorz Giedrys

4 komentarze:

  1. Ja również obserwuję, czekają z niecierpliwością na kolejne posty.
    A co do tekstu, to styl pana Giedrysa bardzo mi się podoba.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już jutro przedstawię 3 ulubione wiersze...a kogo? To już jutro!

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...