sobota, 24 marca 2012

3 ulubione wiersze - Jacek Dehnel

(ur. 1980 w Gdańsku), poeta, prozaik, tłumacz, malarz. Wydał sześć książek poetyckich, dwie translatorskie, sześć prozatorskich (dwa tomy opowiadań, tom krótkich próz o zdjęciach, zbiór minipowieści i dwie powieści). Laureat m.in. Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu Polityki (2006), dwukrotnie nominowany do nagrody Nike. Mieszka w Warszawie.





- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Trudno dokonać wyboru „trzech ulubieńców”; nie tylko dlatego, że zbyt wiele zależy tu od danego dnia czy miesiąca, od chwilowych sympatii, ale i dlatego, że za większością swoich tekstów nie przepadam. Rzadko kiedy zdarzają mi się wiersze, które uważam za nieodzowne – a i to, oczywiście, nie w skali świata, ale w mojej własnej, niewielkiej skali.
            Między nimi z pewnością jest „Szczęście”. Jeśli w czasie spotkania autorskiego czytam wiersze, to przeważnie zaczynam właśnie od niego, z paru względów. Po pierwsze ma znaczenie osobiste: powstał w ważnym dla mnie okresie, osiem lat temu, kiedy mój obecny związek zaczynał krzepnąć i umacniać się, i powoli okazywało się, że tym razem akurat trafiłem, czy raczej trafiliśmy, właściwie. Opowiada zatem o szczęściu, które nie płynie z zakochania, prostej erotycznej chemii, zachłyśnięcia się, ale z miłości – głębszej, wyrozumiałej, dojrzalszej. Po drugie to jeden z pierwszych moich wierszy, być może pierwszy w ogóle, który uważam za „dorosły”, podówczas już odstający od reszty mojego pisania. Stąd też otwierał debiutancki tomik. Po trzecie wreszcie jeśli spytam publiczność, czy ktoś chciałby żebym przeczytał coś konkretnego, to niemal zawsze pada ta sama odpowiedź: To może „Szczęście”?


                        Szczęście

                                               dla P. T.

                                               W przyszłym tygodniu masz urodziny
                                               za rok pewnie
                                               już cię nie będzie.
                                                              
                                                               M. Roberts, Lacrimae rerum

Być tą brzydką Angielką - chudą, podstarzałą,
niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek -
przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
(wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
i siebie. Pisać: "W przyszłym
                                               tygodniu - bzyk muchy -
- masz urodziny - znowu - za rok pewnie - krzyczy
z bólu - już cię nie będzie".  Iść do niego. Głaskać.
Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć, teatralnie
ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku,
mając w pamięci tyle miejsc, razów, sposobów:
w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym
z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy,
w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty
przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
Nie móc udawać dalej i dalej udawać.

Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej - to właśnie jest szczęście.

Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli
skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro,
ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.

                                   Warszawa, 7. III. 2004



            Po drugie „Hotel Rzeszów” – tekst podobnie jak „Szczęście” ważny z powodów sentymentalnych czy, tak może lepiej, emocjonalnych (bo nie o banalne sentymenty chodzi, a o stanięcie naprzeciwko samego siebie nastoletniego), ale i z zupełnie innej przyczyny. Otóż często jakieś teksty mają dla nas znaczenie nie dlatego, że dotykają spraw szczególnie ważnych, albo że kojarzą się z jakimś istotnym momentem w życiu, ale dlatego, że ważnymi zrobili je czytelnicy.
            W miesiąc po wydaniu „Ekranu kontrolnego” odebrałem telefon w głupim i zawstydzającym jak na taką rozmowę miejscu: w sklepie, nad warzywami, gdzie wybierałem ze stosu jakieś selery czy bakłażany. A w słuchawce czytelnik – poeta, słabo mi znany, starszy ode mnie o dwie generacje. I on mi nagle, nad tymi selerami, cebulami, ziemniakami, zaczyna mówić o „Hotelu Rzeszów”, że ten wiersz go niesłychanie poruszył, bo i on, kiedy miał lat kilkanaście, przeżył podobną historię, która w nim siedzi przez całe życie. Głos mu się łamie, mówi dalej, w końcu zaczyna mi płakać do słuchawki. Ja dalej w warzywach, nie wiem, co powiedzieć, bo i skąd brać na to słowa – podziękowałem, wysłuchałem, nic więcej zrobić nie mogłem.
            Zdarzają się takie spotkania – kiedyś jedna pani pokazała mi, że po rozstaniu z mężem nosi w portfelu mój wiersz „Symetria”, który jest dla niej symbolem tego rozejścia i w ogóle rozejścia definitywnego. A ja powiedziałem jej na to, że to wiersz napisany po przejściowej kłótni, dawno już zapomnianej, która rozejściem wcale się nie skończyła. Dlatego „Hotel Rzeszów”.



            Hotel Rzeszów


Oto temat dla sztuki (niech się Tukidydes
przed nim schowa, wraz z flotą, w skalistej zatoczce) –
płacz kochanków w hotelu. Brudnym, choć nie małym:
dziesięć pięter betonu, kubiki zaduchu,
które stały przez lata nad tą dziurą w ziemi.
Będzie tam centrum czegoś. Nowe i błyszczące.

Ale tych dwóch się nie da wymienić na innych,
skreślić, potem nadpisać, zbudować od podstaw.
I odtąd będą nieśli, osobno, przez życia,
niezwiązane ze sobą, tamtych dwóch z hotelu:
zasmarkanych, spuchniętych od łez nastolatków
objętych w kwadratowym, niedomytym oknie,
których starcy (jak z farsy weneckiej) tak długo
rozdzielali aż w końcu rozdzielili. Będą
szli, jechali, płynęli, lecieli przez lata
z tym zburzonym budynkiem jak z odłamkiem w mięśniu,
bezpowrotni, straceni. Czy przynajmniej jeden
z nich.

                                               Warszawa, 2. IV. 2009

            Wreszcie wiersz trzeci. I ostatni. W obu słowa tego znaczeniach – ostatni z trzech, ale i ostatnio napisany. Świeże wiersze są coraz rzadsze, przez ostatnie trzy lata pisałem średnio może jeden tekst na miesiąc – bo też mało kiedy zdarza mi się pomyśleć: „O, dobrze, to jest coś wartego zapisania.” Kiedyś zapisywałem nawet jeśli nie byłem pewien, bo a nuż wyjdzie. Teraz lepiej znam i siebie, i pisanie, częściej rezygnuję.
            Taki nowy wiersz jest nieoczywisty. Nie czytał go nikt czy prawie nikt, nie jest testowany na ludziach, nie wiadomo, jak zostanie przyjęty. Czy trafia, czy nie trafia. Ten akurat jest o tyle specyficzny, że narracyjnie niewiele w nim się dzieje, co dla mnie nietypowe, bo lubię w wierszach opowiedzieć historię. A tu większość dziania dzieje się między słowami, w dwuznacznościach. Cały smutek wybebeszania gratów z mieszkania przed jego „zdaniem” starałem się tu zawrzeć właśnie w czymś „przed zdaniem”, odszukać w głębi języka, w sekretnych powinowactwach między słowami, które odczuwamy zanim zaczniemy się zastanawiać nad syntaksą, nad całością.


Przed zdaniem


Opróżniliśmy dwa pokoje, kuchnię, przedpokój i łazienkę,
nie mają końca rzeczy umarłych.

Drąc ich pocztówki, czytamy urwane słowa i są tam nagle na nowo,
młodsi i żywsi, zaprzątnięci światem.

trzęsie się ziemia – mówi Boa Sr,
ostatnia Andamanka, która władała językiem
liczącym sobie sześćdziesiąt pięć tysięcy lat –
gdy pada drzewo z wielkim hukiem

                                   Warszawa, 29 I 2012

                                                           © Jacek Dehnel 



Autorem fotografii jest Piotr Sunderland




7 komentarzy:

  1. jest jeszcze jeden ważny dla mnie wiersz Pana Jacka - "Niewdzięczność"....
    może poprzez ten smutek, albo nostalgię...
    bardzo gada!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiersze interesujące, jak zwykle. Wypowiedź autora skłania do refleksji, że mając nawet rzesze czytelników, najważniejszym z nich jest ten z którym autor ma kontakt bezpośredni. Miłe i przyjazne są te opowiedziane relacje z czytelnikiem. Bywają gorsze. Zdarzyło mi się dowiedzieć, że ktoś dokonał próby samobójczej z moim wierszem w dłoni i chyba nie dlatego, że był bardzo kiepski, raczej poruszył jakąś nieodgadnioną strunę. Nie zawsze reakcja czytelnika wprawia w zakłopotanie, czasami obciąża. Jak sobie z tym radzić?

    OdpowiedzUsuń
  3. Może to nie miejsce na osobiste refleksje ale od pierwszego można rzec, czytania, lubię wiersze pana Jacka Dehnela. Do powyższych dodałabym "Wizjer" oraz "Bażanta". No i niezapomniany jak dla mnie przekład z Szirtesa "Martwe dzieci". Wiersze dla mnie są jak ludzie, z niektórymi zaprzyjaźniam się na amen.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam pierwszy wiersz, to mój najulubieńszy z najulubieńszych w ogóle. Gratuluję.

    OdpowiedzUsuń
  5. wierze że mówisz prawdę o ile taka istnieje........gdy czytam poezje.......albo wierzę albo nie wierzę ......Tobie akuratwierzę
    kłaaniam się i pozdrawiam

    Rafał - Rdza

    OdpowiedzUsuń
  6. Miło przeczytać. "Szczęscie" - bardzo prawdziwe....

    OdpowiedzUsuń
  7. za cykl "Ekran kontrolny" chylę czoła:)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...