wtorek, 27 grudnia 2011

Slam, czyli poezja opuszcza salony



Tego typu tekst powinno się pewnie zaczynać krótką, wikipedyczną notką, wyjaśniającą gdzie i jak. Daruję sobie jednak, ponieważ dużo istotniejsze jest inne pytanie – dlaczego. Żeby to sobie w prosty sposób wyjaśnić wystarczy zastanowić się, czym jest wiersz. Jest komunikatem językowym, wittgensteinowską grą na określonych zasadach, w ramach ustalonych znaczeń. Nadawca i odbiorca. Dlatego właśnie nigdy nie ufałem ludziom piszącym do szuflady, dla siebie, co jest zaprzeczeniem samej istoty poezji czy też, szerzej, literatury. Pisze się i szuka czytelnika, otwiera się usta i nie chce mówić do ściany. To naturalna potrzeba, z której wypływają kolejne pomysły na komunikację.

Niewielki, klimatyczny lokal na Grabiszyńskiej. Na jeden ze slamów we Wrocławiu przyszły tłumy. Tłumy w wypadku takiego wydarzenia to ponad 50 osób. Krzeseł zabrakło, więc ludzie siedzą na podłodze. Panuje półmrok, jest nieco duszno, półfinały. Do mikrofonu podchodzi ulubieniec publiczności, który w pierwszym wejściu kupił ją bez wyjątku. Obrazoburca walący z ciężkiego kalibru. Chwila namysłu, chrząknięcie i zaczyna. Tym razem jednak coś jest inaczej, kompletną ciszę przeszywają jedynie szmery zniechęcenia. Nagle ktoś ostentacyjnie buczy. Ochłodzenie klimatu, ten sam dowcip opowiadany drugi raz już nie śmieszy. Publika wyniosła go na podium i z tego podium go strąciła. Publika decyduje. Jest bogiem i jedyną instancją.

Czy układanie sprośnych rymowanek o papieżu bądź Jezusie to poezja? Czy jest nią krzyczenie gniewnych, grafomańskich haseł? Wyznaczenie granic i elitaryzm środowisk literackich sprowokował powstanie ruchu, który przywróciłby ten sposób wyrazu z powrotem masom. Z dala od poprawnych politycznie, ugrzecznionych salonów, gdzie wstęp mają jedynie znawcy, a dezaprobata nie jest dobrze odbierana. Wypada klaskać. Slam obdziera tę formę ze skóry, wyperfumowaną wrzuca w błoto. Wyrozumiałość zastępują szczere, emocjonalne reakcje. Jury zastępują przypadkowe osoby, które zdecydowały się wpaść i od ich humoru, czasem niczym nieuzasadnionego kaprysu zależą dalsze losy uczestnika. Wielka wolność pozbawiona hamulców i norm. Ograniczeniem jest limit czasu i własne struny głosowe.

Oczywiście, że werdykty są niesprawiedliwe. Podpici, znudzeni ludzie głosują czasem dla żartu, czasem przypadkowo. Głupia, nierozważna publiczność. To jednak właśnie sama esencja, dusza idei, która zrodziła się w głowie Marka Kelly Smitha prawie 30 lat temu i skłoniła go do zmienienia baru dla robotników w miejsce artystycznej wypowiedzi. Ktoś staje pod sceną, ktoś na nią wchodzi. Ktoś do kogoś mówi i usiłują nawiązać nić porozumienia. Przebywają ze sobą, widzą swoje twarze, gesty, czują zapach przeciskając się przez tłum w celu wdrapania się na ten magiczny schodek, który oddziela dwie strony konwersacji. Potem wrócą do swoich spraw i w zapomnienie pójdzie fakt, że miało tu miejsce odkrywanie czyjegoś wnętrza. Dla jednych to autoterapia, dla innych spowiedź. Możesz wyznać miłość. Przepraszać, prosić, kłamać i żartować. Masz 3 minuty, spraw, żeby Cię zrozumieli. Tak, to jest aż tak proste


Marcin Baran
Rocznik 1988, pochodzący ze Studnisk Dolnych k. Zgorzelca. Lubi kulturę iberyjską, melancholię i imię Joanna. Powoli uczy się pisania, starając się unikać popadnięcia w naśladownictwo i schematy. Wciąż nie potrafi odróżnić autora od podmiotu lirycznego. Nieśmiały. 


Opublikowano za zgodą http://szafa.kwartalnik.eu/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...