poniedziałek, 10 października 2011

Interesująca twórczość - Leon Zdanowicz



leon zdanowicz opowiastki opowiadające
Właśnie tak, z małych liter zapisany autor i tytuł, to zwyczajna rzecz u leona, który nie tylko gramatykom się nie kłaniał. Człowiek osobny, osobowość, osoba warta poznania, osobista w tym, co pisała (i mówiła – bo mówienie było jego największą pasją; zapisywał tak, jak mówił).
LEON ZDANOWICZ (ur. 31.07.1938 w Juraciszkach, obecnie Białoruś – zm. 13.06.2009 w Łobezie woj. zachodniopomorskie). Debiutował w 1969 r. w „Głosie Szczecińskim” wierszami i (nagrodzonym w konkursie) opowiadaniem „Coś okrągłego”. Publikował w kilku almanachach. Od roku 1992 wydawał w Łobezie przez 16 lat kwartalnik „Łabuź” (prywatna Żebracza Inicjatywa Wydawnicza); więcej na http://free.art.pl/labuz/. Opublikował dwa zbiorki wierszy. W czerwcu 2010 r. ukazał się „Łabuź leona – ostatni” będący próbą zapisania postaci i dorobku jego Redaktora.
Zbiór opowiadań Opowiastki opowiadające (podobnie jak i Klub kibica) powstały na początku lub połowie lat siedemdziesiątych (ubiegłego wieku). Były składane przez autora w wydawnictwach; jakich i kiedy – dokładnie nie wiadomo. Wiadomo, że nie spotkały się z akceptacją. Dołączyłem tu również zapis jednoaktówki Podorywka na głównej ulicy, która mieści się w klimacie Opowiastek i powstała w tamtych latach (prawdopodobnie była to praca zaliczeniowa lub podsumowująca udział Leona w Studium Instruktorów Teatralnych).

Wydawca: Bogdan Zdanowicz 

(dużo młodszy brat Leona) – Kraków. 
Kontakt dla zainteresowanych książką: bezet@op.pl.




Bogdan TWARDOCHLEB
Dzisiejszy głos sprzed lat 
(O opowiadaniach Leona Zdanowicza) (fragmenty posłowia)

Opowiadania drukowane w tej książce powstały w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (dodajmy z nieochotą – ubiegłego wieku). Gdyby wówczas je opublikowano, nie pozostałyby bez echa. Zwolennicy nowej literatury i literackiego eksperymentu (oraz Bursy, Wojaczka, Stachury, Gombrowicza, Mrożka) przyjęliby je co najmniej życzliwie, chociaż inni, „praktycznie i teoretycznie poprawni”, mogliby pisać, że to nihilizm.
Jak na tamte lata jego proza była chyba zbyt nowatorska, by jakiekolwiek prowincjonalne wydawnictwo zdecydowało się na druk. Może mógłby liczyć na to, gdyby mieszkał bliżej jakichś literackich centrów, albo gdyby chciał publikować trochę później, gdy pojawiały się „nowe roczniki” i prozaicy ze „stajni Henryka Berezy”.
Dobrze się stało, że te opowiadania ukazują się drukiem. Do literatury polskiej lat siedemdziesiątych dopisują w pełni oryginalne, samoswoje zjawisko. Dziś też znajdą się tacy, którzy będą zbulwersowani ich bujnym erotyzmem i dziwnym językiem, ale też tacy – i trzeba wierzyć, że będzie ich więcej – którzy przyjmą je z żywym zainteresowaniem i gorzką jednocześnie refleksją nad marnością kultury, która skazała je na tak długie nieistnienie.
Leon Zdanowicz dobrze wiedział, że literatura, która nie ma odbiorców, opowiadanie, które nie ma słuchaczy, tekst nie drukowany i nie rozpowszechniany, nie istnieje. Sam tego nieistnienia długo doświadczał.
* * *
Zdanowicz opisuje świat małego miasta z tzw. ziem odzyskanych, nacechowany powojennym powstawaniem nowego społeczeństwa i rugowaniem śladów kultury niemieckiej, zanurzony w rzeczywistości stalinizmu i małej stabilizacji lat gomułkowskich. Głównymi bohaterami są ludzie młodzi: uczniowie, kumple, dziewczyny, robotnicy; mają pseudonimy – Pasyjka, Pędrak, Osesek, Skarbuń, Filip Eneref... W tym świecie są też jacyś anonimowi mężczyźni, kobiety, inaczej mówiąc – społeczność miasta, o której narrator napomyka czasem, lecz która zawsze jest w tle.
/…/
* * *
Co prawda w miasteczku po wojnie uprzątano gruzy (likwidowano tym samym także tajne miejsca zabaw młodzieży) i coś się w nim budowało. Było oficjalne życie kulturalne, lecz przede wszystkim trwał proces rozpadu, dekonstrukcji – o czym mówią opowiadania Zdanowicza. Zglajszaltowano różnice regionalne, przywiezione przez osadników, demontowano i rozwalano oryginalne pozostałości niemieckie, reglamentowano smaki życia./…/
* * *
Zdanowicz opisuje małomiasteczkową rzeczywistość gomułkowskiego PRL-u jako świat rozpadu, ba! – gnicia (to całe nasze życie tak jakoś czuć jak samo mięso w lipcu-sierpniu) i udawania, nazywanego „po cwaniacku kulturą”. Narrator-emisariusz mówi słuchaczom, że są zanurzeni w tej cwaniackiej rzeczywistości, ubrani w nią. Czy go rozumieją? On – przybysz, reprezentant innych wartości – jest dla nich śmieszny rozebrany. Na początku odpowiadają mu więc tym swoim kulturalnym językiem: odpierdol się ty od nas, zboczeńcu jeden.
/…/
Klub (knajpa), gdzie wszystko się dzieje, jest małomiasteczkową, peerelowską wersją salonu à rebours, jest miejscem prawdziwego wolnego tworzenia i życia. W masce literackiego sztafażu można przy tym dostrzec jakąś birbancko-chłopacką wersję DekameronaDon Kichota, powiastkę filozoficzną à la Kubuś Fatalista, są też Villon i Rabelais, commedia del’arte, Witkacy, Gałczyński, wspomniany już Gombrowicz.
/…/
Opowiadacze u Zdanowicza są retorami i aktorami, potrafią stopniować napięcie i utrzymać je, zatrzymać w takim miejscu akcję, żeby emocje wśród słuchaczy rosły. Zdanowicz ufa językowi, a jego bohaterowie wiedzą, że słowo może zmieniać świat. Niczym Białoszewski zgrabnie wykorzystuje walory słów i głosek, z ich wieloznaczności buduje językowy dowcip, bawi się brzmieniem i współbrzmieniami, a zauroczony jak dziecko daje się ponieść strumieniowi słów, ich melodii, muzyczności i rymowi – to jest jego największe osiągnięcie i największa rewelacja tych opowiadań.
/…/
* * *
Spotkania, opowiadanie i mówienie to dla bohaterów Zdanowicza (i dla niego samego) możliwy sposób na wolność. Nie chcą zanurzyć się w rzeczywistości rozpadu i czekają na to, że coś się zmieni /…/.
Bogdan TWARDOCHLEB

specjalnie dla czytelników artpubu - fragment opowiadania

"
Przygoda druga
Innym znów razem, kiedy już skończyła się robota, a już potem to całe mycie się pod studnią i opryskiwanie się wzajemne, aby już i wtedy tam było z czego się pośmiać, bo tak już z siebie samych nawzajem to już i dosyć było sporo tego śmiechu na polu i przy robocie, no a już potem to zjedli tam, co każdy miał do zjedzenia, i wypalili papierosa, i to już po całym jak stare chłopy, bo to już i pracował człowiek, to i mógł sobie pozwolić na kupienie całej paczki papierosów, posiedzieli sobie trochę, kawały poopowiadali, i już wtedy dawaj spać na górę po drabinie, a tam już dobrze jest ciemno i prawie że i nic nie widać, no i jeden z jednych, co to miał taką tam latarkę na te baterie i zabrał ją ze sobą w teren, to teraz on poszedł naprzód i już ją zaświecił, żebyśmy mogli się sobie rozejrzeć, gdzie się każdy z nas położy i jak. I my się już patrzymy i rozglądamy, patrzymy, a tu na sianie ktoś sobie jeszcze pachnie, bo to i niedawno zwiezione, leży sobie ktoś i  śpi tam sobie ktoś. No, to my się zatrzymali już w tym swoim poszukiwaniu i się patrzymy, i patrzymy – nareszcie ktoś tam jeden mówi:
– Ej, wy, to jest baba i śpi ona sobie.
– Baba? – odzywa się głos inny – A skąd to wiedzieć nam, kiedy nie widać nic?
– Ano stąd widać – tamten pierwszy dopełnia – że jednak coś tam babskiego widać.
I już wtedy rzeczywiście była widać, jak się kiedy już dobrze popatrzyło, i widać było, że to tam, co leży, to i nic innego, jak tylko baba leżąca na boku z głową wtuloną w swoje ramiona, ale już z nogami tak sprytnie rozłożonymi, że i szło już to wszystko zobaczyć, bo ta tam cała spódnica jej to też się akurat tak jakoś dobrze podwinęła, że już to tam wszystko było widać wyraźnie. No i wtedy już stali my podwójnie w swojej ilości, bo już tym tam naszym też się stało i dobrze, ale i co robić, co robić, i co, i co ta baba, co widać wyraźnie, jak się kiedy uważnie popatrzyć, a my już i na pewno patrzymy się i ślinimy się, i łykamy się, i trącamy się, bo to i jakoś tak dziwnie jest w człowieku urządzone z tą śliną, że jak już on sobie stanie na jakiś taki widok, to ona już wtedy sama cieknie i łykać ją trzeba! I już my tak w sobie w tym łykaniu stoimy i one nam stają, i strach z nami, nie strach, ale i taka tam jakaś bojaźń i wstyd, niby i gorączka, i nerwy nas opadają, oczy z orbit wychodzą, a my stoimy i one nam stoją, ona sobie leży, my patrzymy, ona leży, nam stoi, jej widać, my stoimy i łykamy, i koła my, i łydki się trzęsą, ręce się pocą, oczom w kroczom, i co, i co, i co, co robić, jak się sposobić, i czy już robić, czy nie robić, i jak, i kiedy, i kto wo wo wo.
Ale i już cicho i bez hałasu, i czasu, i nerwy, i zapatrzeni, i spoceni, i zaślinieni, i podrażnieni aż do korzeni, i już tam niektórzy wyjmują, prostują, brandzlują, plują, kują, dołują, drodzą, podchodzą i niewiadomo co i kto, i jak, bo może tak, a może rak, a może wznak, a może z boku, a może w kroku, w oku, w ręku, w pęku, w po ciemku, duża róża w krzaku jak w maku się świeci i kusi, usi, usi, chodź kocusi, a tu jak i jak, i kiedy już trzeba jak nieba potrzeba, bo trzeba, ale stoją, ale się boją, ale zwodzą, ale modzą, ale godzą i ustalają, zamawiają i słuchają, dychają, trzymają, machają i już się pchają i inni nie dają. No, bo jak, no bo jak, ale tak i tak, i po kolei, po kolei, ale i wszyscy, i przyszli, i wyszli, i stoją, i już stanęło, że po kolei ją będą mieli, ale i czy ona chce? E tam, e tam, pewnie że chce, że che, che eee. Wtedy już pierwszy podchodzi i wzwodzi, i spodnie i opuszcza, i już ją w ramiona i pomiędzy nogami, a a a pcha, i pcha a a a, i wlazł, i raz, i dwa, i dwadzieścia dwa, i trzy, i sześćdziesiąt trzy, y, y, y, y, to już wtedy ona jego w ramiona i bierze go, i śpi, nie śpi, ale y, y, y, y, więc śpi, nie śpi, i y, y, y, i tak tam jest, a nic nie widać, bo światło przecież zgaszone, ale już znów słychać, jak wpychać, i y, y, y, kto ty, bo my, to on, to ja, i ona do niego, gego, dawaj, kawaj, cawaj, ławaj, bawaj, nawaj, i tak już tam rozmowa od głowy do głowy, od ucha do ucha, po cyckach, po brzuchach, i deszcze, i jeszcze, i jeszcze, i czekaj, nie zwlekaj, nas więcej, kto prędzej, ten mędrzej, i kto, i co, i ile, i chwile, i rada parada i ona się nada, a sama nie zdzierżę, za dużo was, kurza, jak już do jednej, to dziesięć i za dużo, a nas właśnie tyle, ile ona, i dziesięci dziesięć, bo mam też stoją, to i liczyć potrzeba, a ona poczekaj, ja zaraz siostrulę kozulę na pomoc, bo niemoc i będzie w połowie na zdrowie, i przyjemność, a co ma tak odłogiem leżeć, niech tam i ona ma i raz, i dwa, i trzy, i krzy, krzy, krzy, siano się skrzypi, szeleści, podeści szczelina drabina, ona w szczelinie zakwitła i znikła po drabinie, a my już stoimy i nam stoją, i co to, i ci, i niech powie ten pierwszy, niech opowie, jak było, kiedy jemu się z nią żyło, i co się mówiło, jak się kopciło, gdzie się chodziło i po co, i wróci i nie wróci, i już się ktoś kłóci, i cuci, i smuci, i bucik, i spodnie, i koszula, i już są nago chłopaki od paki i do parady, na zawady i się stają, i się bielą, i się cielą, i śmieją, i cieszą, i smucą, się kłócą, kto gdzie i kiedy, a kiedy nie z kim i czym i kim, i rada, i parada, i zawady, i co trzeba, i jak trzeba, i co robić, żeby być, a tu w szparze być, człap, łap, się wchodzi, się ciemni, się bieli w pościeli, i weszli, i wzięli, i mówią, i głosem, no gdzie są, no gdzie są, no tu, no tam, to tak, to rak, to kładź, to wsadź, to bladź, to bep, to jeb, to ruchaj, to dmuchaj, to nie pluj, to lepszy, to gorszy, i tak już jest na rak, na wznak, na bok, na krok i mrok, i rok nie rok, ale i dziesięć minut jest naraz.
I już jest wszystko w koło, dwa wozy w kołowej robocie, robią tę kołową robotę pod potem, bo to niektórzy aż się pocą z emocji i z docji, bo im też się szpili do chwili, kiedy już będą przy Mili i Lili, po chwili się wpili, i pili, i mili mili na żarnach, na parnach, i rach, i ciach, i dupa chach, ach, ach, ach, ych, uch, och, och, ach, y, y, y, ją tu da, do wyjma, sa da sa, ra i sa, sa, sa, i tam takie różne inne samo i spółgłoski lecą aż pod niebieski skłon, jako znaki, że już ptaki złotopióre weszły w dziurę murem, wtórem, i poczwórnie, i sześciorgiem, i podwójnie, jak to jest w dwanaście osób, wiadomo, że znienacka zapada, jak kolanka klamka i różnie inaczej, i klap, klap, klap, po brzuchu, uchu, uchu, uchu, klap, klap, klap, człap, łap, nie łap, sap, nie sap, ta, tap tap, dąb dawaj, dąb rąb, ąb, bąb, i tak dalej w końce alej.
A w oddali światło się pali, a tutaj się wali i w cali, i w centymetrach, ale i nikt nie liczy, nikt nie mierzy, bo kto zliczy, ile słodyczy, ile tego tamtego, jak tu ruch i buch jebuch, i tu noga jak stonoga, a na brzuchu buchu, buchu, i po ruchu uchu, uchu, uchu, jak po brzuchu, to pa brzuchu, ale tak, ale jak, ale zmiana na kolana i tak do rana, aż kopa siana się spłaszczyła, ale i nic się nie dziwiła, no bo i skąd niby bąd, jak już kiedy ona i niezdziwiona, bo tylko koszona. A my też nie i nie, bo i nie, co to, to i nie, więc tak do rana i niewyspana, i nogi, i kolana, brzucho, rucho, mucha, dmucho, ą, ą, ą, ą, ą, on ją, czy już, bo ja nie, ale też chcę, i e, e, e, e, one we dwie, a my raz i raz, i raz, i raz, i każdy po raz, i podwójnie, i potrójnie, ale i może już dosyć, bo i cyc, i pic, i boli od tej swawoli do woli po woli, i lekko, więc już jest do woli, a teraz już koniec tej doli, a kto się przysoli, to wtedy się mu przypierdoli, i ać, i spać, cześć, i tylko pieść, i tylko tyle, ile tak przez chwilę, ale ile i Lile, Lile, bo on może, ona też na dworze może, może, ale zdrowie, ja pierdolę, no i który jeszcze ma dreszcze, to go popieszczę, no, to kto tam, no i kto tam pod płotem, co tam, dawaj, kawaj, sawaj, jawaj, nawaj, i klap, i klap, i up, i pap, i ciup, i chłap, chłap, chłap, i już, i cóż, jak nie, to nie, no nie, gdzie dwie, to dwie, i sama rama, bym nie dała wała, ale bym już spała, albo i może jeszcze bym chciała, ale i nie, już i nie, i cyc, i śpią, i czasem on ją, ona jego, i czego, czego, śpij lebiego w kochanego, jeszcze czego, ale i nie tego, i tak już śpią, ą, ą, ą, śpią do rana.
A już z rana jak dolana na kolana i do dzbana, i do wody, i do krowy, i do mleka się zwleka, i już zaspały, ały, ały, i cały, i wesz, i gnida, i ohyda, brzyda, wstyda, ale idą w koku, oku, oko w oko i pod oko, ale krok cały, chociaż Małe, ale całe, nasze Małe załupione, bo bez kondoma to i załupione, ale i też co innego, bo i pierwszy raz, i jeszcze niby, i nie czas, dwa, raz, i trochę piecze, i trochę boli, ale i to od swawoli, ale się posoli, to i tylko poboli, a już później oko w kroko, moko w kroko i dokąd, do pola, tam rola i tam nam spać, jeszcze raz i gaz, nie gaz, ale spać, bo to i zmęczony, i załupiony, i bez kondomy.
– A jak coś będzie chłopaki w rzędzie z tego, co była?
– A co tam będzie z rzędu w rzędzie, nic nie będzie.
– A może jakiś syf, a może ryf, a może sperma, a może werma, a może to, a może tamto.
– No to i co, i co, ani my tak, ani my na wznak, i nie znają nas, to raz, a dwa, to jutro trzy i trzy, i pojechali my. A jak już kiedy syf, to pyt i pyt, i się pójdzie i zaleczy jak mieczy, ale i to na trzeci dzień dopiero, więc się patrzeć potrzeba jak chleba, i dziś, i jutro, i pojutrze, i nie utrze, nie utrze, ale się zobaczy, a jak się zatabaczy, to się wtedy pójdzie jak ujdzie, i na leczenie korzenie, i do penicyliny, i do wazeliny.
Ale się i już i już jest, są tą granicą-spódnicą, i czy chcą, czy też nie chcą, to już dziewczyny mają prawa nas całować po rękach i wołać, i zdrowaś, i prowadź, nawać, całować i krować, i prowadź, i szybować."



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...