czwartek, 13 października 2011

3 ulubione wiersze - Piotr Gajda


(1966) – poeta, autor książek poetyckich "Hostel" (SPP o. w Łodzi, Łódź 2008)     i "Zwłoka" (SPP o. w Łodzi, Łódź 2010). Stały współpracownik łódzkiego kwartalnika "Arterie". Wiersze publikował m.in. w "Tyglu Kultury", "Cegle", "Arteriach", "Opcjach", "Toposie", "Frazie", "Nowym Zagłębiu", "Miesięczniku Prowincjonalnym", "Red-zie", "Gazecie Wyborczej", w antologii łódzkich debiutantów „Na grani” (SPP o. w Łodzi, Łódź 2008) oraz antologii wierszy współczesnych z motywem podróży "Pociąg do poezji. Intercity" (KDK, Kutno 2011).

- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Od pewnego czasu moim ulubionym zajęciem stało się stawianie samemu sobie rozmaitych pytań. Sporo znaków zapytania zawarłem w kilku nowych wierszach, bo już samo ich formułowanie interesuje mnie w tej chwili bardziej, niż zastanawianie się nad nowymi frazami. Żyję w tej chwili prozą, choć prozy nie piszę, ale myślę, że pytajnik postawiony  na końcu złożonego zdania przynajmniej w jakiejś części usprawiedliwia moją obecną liryczną niemoc i niepewność.

W kontekście formuły pn. „3 ulubione dzieła” nasuwają mi się następujące pytania: czy poeta rzeczywiście musi mieć własne „ulubione dzieło”? A co wtedy, jeśli nader chętnie powtarza za Cocteau: „Poeta – ktoś, kto pragnie w jasny dzień pokazać światło księżyca”? Czy wyrwany ząb, który uparcie i długotrwale dokuczał zarówno w dzień, jak i w nocy, może być po ekstrakcji „ulubionym trzonowym”? Oczywiście to porównanie znacznie przejaskrawione, lecz czy skończony wiersz, który na pewnym etapie jest samodzielnym „bytem”, należy obarczać dodatkowo czymś takim, jak „emocjonalny stosunek autora”? Czy nie wystarczy już samo to, że zmierzy się z interakcją estetyczną, bądź interpretacyjną, która znajdzie się po stronie przyszłego czytelnika, a w dodatku na drodze każdego tekstu pojawi się wymaganie absolutnie podstawowe; w obu przypadkach powinien przecież zdołać się obronić?

Ze względu na wspomniane pytania, poniższych wierszy nie nazwę „ulubionymi”. Mój stosunek do nich opiera się wyłącznie na subiektywnym poczuciu, że to wiersze n a p i s a n e.
Najwyższa pora zacząć martwić się o te, do których jak dotąd nie ułożyłem ani wersu. Znaleźć dobry czas, żeby pomyśleć nad odpowiedziami…

Wolne pokoje

Wynajmuję hotel, dopóki płacą za niego
płuca i mogę patrzeć, jak światła wyjeżdżają
beze mnie z miasta, lecz do ostatniej chwili
ślizgają się po skórze. Przyglądam się narzucie,
która przykrywa łóżko i wiem, że ktoś szył ją
z miłością, chociaż dzisiaj jest zimna.

Teraz wszyscy będą wiedzieli, jak dawno temu
umarłem, czemu wyszedłem i złamałem
klucz. Pająku, skąd jesteś? Przewijałeś się
przez wszystkie złe bajki, dni, kiedy pajęczynę
w oknie brałem za mgłę, i dlatego wciąż
muszę od ciebie wypożyczać oddech.


Oparzelina

Nie pamiętasz? W środku mroźnej nocy zamarzło wycie
policyjnych syren. Wyobrażałem sobie jego trupią barwę.
Błysk bardziej siny, niż powierzchnia żyletki wyjętej z maszynki,
zachrypnięty głos zmuszający do lotu półżywe ptaki.
Słyszałem łopot ich skrzydeł, głośny upadek odrywających się
od dachu sopli. W ciemnościach szkliły się moje oczy,

w których lód uwięził ptasie łajno i piasek. Nie pamiętasz?
Odbijałem się w szybie, w jeziorze bez dna,
a woda sięgała mi do ust. Kiedy łudziłem się,
że stoję na palcach, zimna toń ucinała mi stopy.

Pragnąłem, żeby światło pulsowało i zmieniło kolor.
Żeby palił mnie żywy ogień, Bóg, płonący stóg, albo żrący ług.


Zgroza, zgroza!

Wybrałeś się na usg i odkryłeś wzgórze. Technik
zmrużył oczy i zaciągnął bambusowe żaluzje.
Milczał jak jeniec z Vietkongu. Karp koli płynął
w górę strumienia. Tyle lat rósł w tobie,

i nie zdążyłeś go złowić, złożyć w ofierze.
Tymczasem ukąsił cię ptasznik. Twoim życiem
obracało śmigło. Jak to jest mieć w sobie wielki
pęcherz wypełniony powietrzem, dwie kropelki

krwi? Piersi porośnięte łuską nieśmiertelników
i miseczkę ryżu? Za plecami dudniącą muzykę
helikopterów i kameleonów? Naładowaną broń
skierowaną w stronę motyla? Przyjrzyj się światu

pogrążonemu w erozji. Zauważyłeś, że jego
pozorny bezruch tak długo rzeźbił w dżungli
głowę bożka, aż ta nabrała znajomych rysów?
Pułkowniku Kurtz, to pan? Wezwij na świadka
kulturę, durny talk show przeciwko kopcom

termitów. Swoje robacze życie w fabryce
przyjemności. Taka jest misja – ocaleć.
Prowadzić śmierć w tańcu. Polonezie trucku.
                                       
                                                     © Piotr Gajda




1 komentarz:

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...