środa, 28 września 2011

3 ulubione wiersze - Mariusz Grzebalski


(ur. w 1969 r.), poeta, redaktor, wydawca. Autor ośmiu zbiorów wierszy oraz tomu opowiadań. W ostatnich latach opublikował: Słynne i świetne (2004), Pocałunek na wstecznym (2007), Niepiosenki (2009), Kronika zakłóceń. Wiersze zebrane 1994-2010 (2010). Mieszka w Dąbrówce koło Poznania.





- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Kłopoty z wyborem

To jednak dość dziwaczne, wypowiadać się na własny temat albo o swoich książkach. Tak jakby można było zrobić coś więcej niż je napisać. Opowiedzieć, streścić? Po co w takim razie czytelnik, na czym polega jego rola? I dlaczego trzeba go we wszystkim wyręczać? I tak jest leniwy, jak pokazują badania czytelnictwa w Polsce. Dlatego niech lepiej sam czyta, wyciąga wnioski, jeśli chce i potrafi, albo nie, jeśli nie ma na to ochoty albo nie umie. Jeśli jednak woli inaczej, z pewnością sam na swój prywatny użytek ułoży sobie listę tego, co w przeczytanych przez niego książkach najlepsze, a także listę najlepszych z nich. Ja o swoich książkach myślę niewiele, praktycznie wcale. Interesują mnie, kiedy je piszę albo kiedy je publicznie czytam, ale poza tym leżą sobie spokojnie na półkach i w ogóle nie absorbują mojej uwagi. Nawet przez myśl mi nie przeszło wybierać ulubionej albo najważniejszej z nich. Wszystkie są ważne, bo wszystkie są jak dzieci. Jak nie mieć serca do własnych dzieci? No, można, jak się okazuje... Jak się na spokojnie zastanowiłem, pomyślałem, że jednak najmniej lubię debiutancki Negatyw. Kiedy Biuro Literackie wznawiało go dwa albo trzy (?) lata temu, miałem kłopot z przygotowaniem do druku poprawionej wersji. Czytałem te wiersze nie jak własne, tylko jakby je napisał ktoś obcy. I oczywiście chciałem je poprawiać. Tak, jakby można było ulepszyć człowieka, którym się kiedyś było... Koniec końców dałem sobie z tym spokój i tylko napisałem na skrzydełko, że czuję się tak, jakby Negatyw napisał mój młodszy brat. I że lubię tego brata. I na tym sprawę zamknąłem, w niczym nie kłamiąc. Cóż, od pierwszego wydania tej książeczki minęło prawie dwadzieścia lat – może w tym rzecz. Czterdziestoparolatkowi trudno się wczuć w emocje chłopaka o dwie dekady młodszego. Tym bardziej, kiedy widzi niedoskonałości własnej roboty sprzed lat. Po Negatywie wydałem Ulicę gnostycką, książkę zdecydowanie inną niż debiut. Nie ma w niej tak charakterystycznego dla Negatywu awangardowego dąsu, no i szczęśliwie zrezygnowałem w niej ze stosowania metafor dopełniaczowych, które w nadmiarze w debiucie poupychałem. Dla recenzentów przez krótki czas stanowiły one (jakim cudem?) mój znak rozpoznawczy. W Gnostyckiej daje się wyczuć normalnienie tonu i melodię, która brzmi w kolejnych moich tomikach. Droga, którą przeszedłem, pisząc kolejno Drugie dotknięcie, Słynne i świetne oraz Niepiosenki przypomina nieco sinusoidę. Najpierw skupienie, minimalizm, potem fascynacja językiem, badanie jego możliwości, chęć wygadania się na różne sposoby – i znów wyciszenie. Może warto wspomnieć też o tym, że Drugie dotknięcie to książka bardziej o innych, niż o mnie – wychylona na zewnątrz, mało zajmująca się podmiotem, choć w oczywisty i nieunikniony sposób w z historii będących udziałem podmiotu wywiedziona. Niepiosenki odwrotnie ­– tu punktem wyjścia jest prywatne doświadczenie (cokolwiek to znaczy) i chęć zmierzenia się z nim, jakkolwiek było nieprzyjemne i w gruncie rzeczy niewarte zapamiętania. Już sam tytuł uprzedza, że nie będzie przyjemnie i do ucha, ani bezpiecznie i miło. Tyle w telegraficznym skrócie, który paradoksalnie i tak jest niepotrzebnym naddatkiem. Nic dziwniejszego od poety dopisującego legendę do własnych wierszy, próbującego je dopowiadać albo w tłumaczyć. Niech się tłumaczą same lub wcale. Dlatego na koniec, po całym tym gadaniu, niepublikowany wiersz z nowej książki, która ukaże się w przyszłym roku nakładem Biura Literackiego. Niech idzie między ludzi i się broni. Albo nie.



Sen prawego obrońcy

                                               dla P.L.

Jesteś tak zalany, że zasnąłeś na trawniku.
Kiedyś byłeś dla mnie bogiem –
ta lewa noga i stałe fragmenty!
Karne bite bez rozbiegu, jak przez Socratesa.
Niezauważalny ruch stopy i piłka lądowała w siatce.
Nikt nie wiedział, dokąd ją poślesz –
zwykle leciała tam, gdzie nie patrzyłeś.
Któregoś razu pękła
po twoim uderzeniu poprzeczka.
To była tylko zbita z desek bramka
na wojskowym osiedlu,
a jednak wciąż to pamiętam.
Daleko odlecieliśmy, kapitanie.
Nosiło mnie tu i ówdzie, ty tutaj zostałeś,
jak wielu, których teraz rozpoznaję,
z niedowierzaniem, po latach niewidzenia.
Jesteś tak ciężki i bezwładny,
tak trudno podnieść cię z trawy.
A przecież tak mocno trzymałeś się na nogach.
Mało kto potrafił cię wyciąć –
wiem, na treningach ustawiali nas w parze.
To teraz, to betka w porównaniu
z krosami przez całe boisko,
które słałeś z zamkniętymi oczami.
Po prostu podnieś się, oprzyj o mnie i idź. 

                                 © Mariusz Grzebalski

3 komentarze:

  1. A to się Mariusz wymigał!
    Wiersz się broni, końcu dysponuje dobrym, prawym obrońcą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ano, wymigał się :-) Ale wiersz się podoba.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...