środa, 21 września 2011

3 ulubione wiersze - Marcin Orliński


poeta, krytyk literacki. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat wielu ogólnopolskich nagród literackich. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. Redaktor „Zeszytów Poetyckich”. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010) oraz Drzazgi i śmiech (Poznań 2010). Publikował w takich czasopismach, jak „Gazeta Wyborcza”, „Przekrój”, „Twórczość”, „Tygodnik Powszechny”, „Akcent”, „Kresy” czy „Bez dogmatu”. Tłumaczony na języki angielski, niemiecki i szwedzki. Mieszka i pracuje w Warszawie. Oficjalna strona: www.marcinorlinski.pl



Jakie ze swoich prac lubię najbardziej albo darzę szczególnymi względami?

Należę chyba do grona tych autorów, którzy wolą twórczość cudzą niż własną. Autokrytycyzm mam w genach i nigdy nie jestem do końca zadowolony z tekstów swojego autorstwa. Ale taka postawa ma też dobre strony. Jeśli bowiem polubię już jakiś swój wiersz, to znaczy, że przetrwał on próbę czasu, czyli po wielu prywatnych lekturach jeszcze się nie zużył, jeszcze się broni i jest w nim jakaś tajemnica. Oczywiście nie jest to żadna obiektywna miara. Autor nie powinien być recenzentem swoich tekstów, podobnie jak człowiek nie powinien być sędzią we własnej sprawie. No ale mowa przecież o autokomentarzu, a więc czymś osobistym, jak miłość albo wiara, a takie rzeczy nie wymagają usprawiedliwienia. Poniższe wiersze należą do tych, z którymi jakoś się zżyłem, które mnie nie nudzą i które nie utraciły autonomii w horyzoncie nowych doświadczeń.


Wiersz nigdy nie jest prostą fotografią. Nie odzwierciedla chwili, o której mówi, lecz co najwyżej chwilę, w której jest pisany. Utwór Sezon bez snu napisałem kilka lat temu na plaży, kiedy niespodziewanie doścignęło mnie pewne dawno minione lato. W nudny, monotonny obraz wdarł się widok zakrwawionego zwierzęcia i nagła myśl, że w dziecku mieszkają największe okrucieństwa świata. Dziecięcym akcentem w tym tekście jest rym, a właściwie złowroga rymowanka. Jej treść ledwie zapowiada groźniejsze wydarzenia, na które w wierszu zabrakło już miejsca. Pozostało tylko miejsce na ucieczkę, zgliszcza.

Sezon bez snu

Nad horyzontem zakwitają pęcherze ryb – dzikie
miejsca po jasności, krwawy lunapark, który
nad ranem przyniosłem ze wsi.

Na plaży półnagi mężczyzna wymachuje
kołem ratunkowym. Pies rozgania mewy. Ale obrazy
nie generują żadnego dźwięku. Tępy szum morza
pożera wszystko: podwodne miasto morszczynów
i chełbi, tajne lotniska pod polem namiotowym,
wieżę triangulacyjną po drugiej stronie lasu

(rozgrzany piasek to przemyślny grób,
w którym się ususzą meduza i żuk).

Jak się stąd ucieka? Przez białe wydmy? A może
po szczątkach bębnów i gitar, które wciąż dryfują
nad kosodrzewiną? Spójrz,

membrana napina się i ześlizguje pod próg,
gryf zaplątuje się w strunę, szklany tunel,
którym pewnej jesieni ktoś będzie przesyłał

umarłe zwierzęta i wstyd.

                                     © Marcin Orliński

To musiało być lato 1992 roku, lato przedziwne, pełne niezrozumiałych uniesień i zawirowań. Wyobrażam sobie, że jego bohaterem jest dwunastoletni chłopiec, który pierwszą falę gwałtownych uczuć kieruje ku górom. Wędrówka nie jest dobrym słowem na opisanie przebiegu kolejnych dni dusznego, brzęczącego lipca na bieszczadzkich połoninach. Również słowo przemiana nie odda niesamowitej atmosfery po tym, jak jedno z dzieci znalazło w lesie wiszące na gałęzi ludzkie ciało. Dlaczego tamte dni wciąż do mnie powracają? Być może jest tak, że kto obudził się w cieniu, dla tego cień pozostanie czymś na kształt domu, chłodną i wilgotną gawrą, królestwem.

Lato, wściekłe lato

Poranek obszyty filcem i cierpliwa praca czerwonej
nici – wiara w sprawiedliwość i nadzieja na nagrodę.
Wyobraź sobie lato jako wnętrze łodygi, która
skamle w ogniu. Albo jako ślad lisa na ścieżce
do latryny. Tak, właśnie tam szukałem własnego
polana, lecz moje dłonie wciąż natrafiały na torf

albo pędy mokrych paproci. Czasem śni mi się tamten
obóz, mroczne letnisko w krainie Łemków, ocienione
połoniny i duszne, brzęczące krzewy malin. A także
cisza, rodzaj gęstej formaliny, która przez wiele
miesięcy potrafi utrzymać na gałęzi strzęp ciała.

Słoje zbliżają się i oddalają. Palec wędruje
po drzazgach – nabrzmiewa nadgarstek

ciszy. I mnie także
ciągnie wtedy do koron.

                                    © Marcin Orliński

Czasami walka z pamięcią przenosi się na front najbardziej niebezpieczny, a więc tam, gdzie przebiega granica między językiem prywatnym i publicznym. Może przybrać ona na przykład postać lingwistycznej gry lub surrealistycznego obrazu. Tak czy inaczej chodzi o trociny, o tę dziwną substancję, która pozostaje z pragnienia uratowania świata i która jeszcze nie chce obrócić się w pył. To coś na kształt cudownego popiołu, który nie potrzebuje uzasadnienia, ponieważ jest czystym zapisem. Świeci.

Tusz

Rzeka płynie korytem ku źródłu, niecką ku twarzom
topielców. W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się

w drewnie. Miesiąc obraca się na bok,
a w jego brzuchu widać preparaty minionych sezonów,
królewską korespondencję w baraniej kiszce,
twarze przyrośnięte do połamanych mebli –

ten wieczór drożeje z minuty na minutę, a inflacji
nie powstrzyma nawet nagłe uderzenie w twarz,
łyk wódki, dłonie zaciśnięte na czyichś
mankietach. I tylko ta dioda w ciemnym kącie
pokoju jeszcze mruga, jeszcze
nawołuje do życia,

a życie

pryska i wiruje w odpływach,
promienieje.

                                         © Marcin Orliński

2 komentarze:

  1. Tak! Okazała porcja dobrego pisania.
    Serdecznie pozdrawiam Autora
    JJ

    OdpowiedzUsuń
  2. I lubię, i cenię wiersze Marcina. :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...