piątek, 12 sierpnia 2011

3 ulubione wiersze - Ludwik Perney

właściwie Marek Radecki, (urodzony 1976 roku, mieszkaniec Jasienicy na Podbeskidziu) - poeta odnajdujący się poprzez literackie alter ego - postać Ludwika Perneya, genotyp przodków. Autor książki poetyckiej "Mięsopust". Redaktor Fabrica Librorum. Publikowany w prasie literackiej. Przedsiębiorca, motocyklista, podróżnik. Ojciec, mąż.


- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Pierwszy wiersz, który mogę wskazać jako ulubiony z moich, jest również pierwszym napisanym przeze mnie tekstem, który uznałem za wiersz. Łatwo przychodzi mi wierzyć, że przygoda z pisaniem miała na celu między innymi umożliwienie nazwania tego co nazwałem w „Ludwik Perney – miło nam”. Myślałem o nim i rozmawiałem dość długo przed jego spisaniem. Powstał szybko i postrzegam go jako osobliwą i zdrową formę wiwisekcji.



Ludwik Perney - miło nam

Ojciec opowiadał, że Ludwik wydał wyrok
i go wykonał: zdrajca puszczał zajączki
do samolotów przelatujących nad Wyszogrodem.

Więc dziadku, drewniany most zniszczyły kry
- ścięły filary, jak ty głowę po wojennym sądzie.
Już wtedy byliśmy razem; jeździliśmy konno,
z szabelką w naszej dłoni. Ściąłem cię szybko
- kilka lat przed moim narodzeniem;
Ludwik mam po tobie.

Marianna była silna, wierzyła w pracę
i porządek. Potrafiła okazywać miłość
surowym spojrzeniem. Mama do dziś
trzyma jej gorzkie listy.

Pamiętam smak kawy zbożowej:
popijaliśmy nią kanapki
chroniąc się przed skwarem
pod orzechem na malinowym polu.
Walczyłaś babciu. Nie pozwalałem ci jeść,
rozlałem żółć, skóra przyległa do kości
- polubiłem cię; tuż przed końcem nakarmiłem
rosołem z kury. Twoje panieńskie było Perney.

Jestem włókniakiem – kawałkiem bezkształtnej tkanki
tuż za rąbkiem naszej koszulki. Rozpoznał mnie lekarz,
zmierzył centymetrem. Tym razem mam trzydzieści trzy lata
- za mało, by się zezłościć.

                                                   © Ludwik Perney

Cenię możliwość zapisywania emocji, wniosków, których brzmienie może być brzmieniem sloganu, ale odkryte samemu stają się istotne. Wielokrotnie słyszałem o moim pisaniu, że trąci prozą, jest ubogie w typowe poetyckie rekwizyty i zbyt dosadne. Nie lubię metafor, wolę poruszać tematy, które są metaforami same w sobie i najłatwiej mi o satysfakcję, gdy takie tematy dotykam językiem dosadnym, ale subtelnie – zaledwie trącając istotę. Jeden z takich wierszy powstał w efekcie metaforycznej podróży jaką odbyłem czytając książkę Bolesława Uryna o Mongolii.


Tak poza tym – nuda

Bolik* płynie kanu między głazami wystającymi z wody
– nuda, czekam na wywrotkę. Woda ma kilka stopni ciepła,
nocą będzie mróz, a suchy śpiwór i namiot leżą na dnie łodzi.
Koryto się zwęża, nurt nabiera siły, kanu uderza w skałę.

Wszystko jest mokre, zapada zmierzch, temperatura spada
gwałtownie. Udało się wyłowić bagaże, łódź jest cała, dłoń
puchnie i pulsuje bólem. Za chwilę Bolik rozgrzeje się
w namiocie, w kociołku zawrze herbata z tłuszczem i solą.

Kolejny dzień zaczyna się zupą i wielkim suszeniem.
Wieczór był piękny – nigdzie nie ma takiego nieba.
Zazdroszczę Bolikowi jego miejscówki na końcu świata,
ogromnych lipieni, soczystego mięsa pieczonego nad ogniem.

Pora ruszać. Mozolna wędrówka przez mchy, gęstą tajgę,
konie potykają się i zapadają w błocie, jedna przeprawa
przez rzekę trwa godzinę, monotonna walka o każdy krok
– nuda, czekam. Na co ty czekasz? Na szczęście, czy niefart?

                                                             © Ludwik Perney

*Bolik – tak zwracają się mongolscy przyjaciele do Bolesława Uryna - podróżnika zakochanego w Mongolii, wędkarza, reportera, fotografa, autora kilku książek.


Trzeci jest dość osobliwy, ponieważ opiera się na rekwizytach, nawiązaniach i wręcz fragmencie znanego wiersza Paula Celana „Fuga śmierci”. Jednocześnie jest częścią cyklu o roboczej nazwie „Jasne słowa”, którego pisanie sprawiło mi ogrom satysfakcji. Pomysł cyklu otwiera się przed pilniejszym czytelnikiem, bowiem oparty jest na motto będącym zniekształconym wersetem biblijnym. Twierdzę, że udaje mi się w tym cyklu odkrywać zapomniane smaki.




Lam 2:13

                Jak cię obrazić? Z czym porównać? Córo Jeruzalem!
                Z czym cię porównać, by cię upokorzyć? Dziewico,
                Córo Syjonu, gdyż zagłada twoja wielka jak morze.


Słucham i przemawiam w imieniu tego, kto słucha
i przemawia w imieniu tych, którzy mówią, których
zagłusza tango śmiejące się z Eduardo Bianco.

Czy w rytm muzyki granej przez żywą orkiestrę
łatwiej jest mi kopać? Wstawać w czarny dzień,
wstawać w biały dzień, by napić się mleka?

Słucham i kopię w powietrzu – w ziemi zbyt ciasno
– nie kopie się lepiej, chmury są czarne jak mleko,
gdy skończę, zagram w orkiestrze, gdy skończę,

odrosną gałęzie świerków, które podniecają ogień,
by popiół twoich włosów Sulamit* zakopał.

                                                         © Ludwik Perney


*fragment „Fugi śmierci” Paula Celana (tłum, S.J. Lec)




1 komentarz:

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...