poniedziałek, 4 lipca 2011

3 ulubione dzieła - Marek Kołodziejski

znany również jako Pałucki Underground, co stanowi wyraz hołdu dla Babci Prillowej z Kcyni. Jako dziecko regularnie byłem zaprowadzany na wernisaże jej wystaw. Babcia Prillowa była najwspanialszą artystką pałucką, tak nam mówiono, i wziąłem to sobie do serca. Postanowiłem zostać drugim pałuckim artystą, bo pozycja drugiego zawsze bardziej mi odpowiadała, niż najwyższa nota. Dlatego starałem się przegrywać z moim przyjacielem wyścigi na 100 metrów. Stanowiłem fenomen szkolnej bieżni, na treningach miałem rewelacyjne czasy, by w trakcie zawodów biec tak sobie. Nasz trener miał niezłą zagadkę.

W budowaniu osobowości pałuckiego artysty pewną wagę miała również absolutnie legalna uprawa marihuany w szkolnym ogródku biologicznym. Co przeszło do legendy najlepszej pałuckiej szkoły średniej, która nie bacząc na nic udzieliła mi świadectwa dojrzałości, co przyjąłem z pewnym powątpiewaniem. Z woli Andrzeja Zawady, który wybrał mnie w konkursie „Pokolenie, które wstępuje” w latach osiemdziesiątych wydałem książkę „Przekreślony horyzont”. Później robiłem wiele różnych rzeczy. Z okazji skończenia pięćdziesięciu lat postanowiłem kontynuować misję bycia pałuckim artystą, wydałem w krakowskiej „Miniaturze” tomik wierszy „Koniec świata”. Niestety okazało się, że mam konkurencję, bo oto pałucka poetka Iza Chłond też wydała książkę i już nie byłem drugi, ale trzeci. Jakoś się z tego otrząsnąłem, bo w końcu pałuckie podziemie artystyczne zyskało na sile i liczebności. Krocząc tą drogą w tym roku wydałem kolejny tomik „Linijki”.

PS

Chciałby korzystając z okazji sprostować kilka faktów. Otóż, nie jest prawdą, że to ja nagadałem Ciechowskiemu strasznych rzeczy o Jego wierszach. To nie ja, spytajcie Marysi Bednarskiej, ostatnio widziano ją na Mauritiusie. To nieprawda, że z Wierzcholskim zakładałem zespół bluesowy! To miała być kapela new wave! Książka „Epitafium dla Rzymu” nie ukazała się drukiem z powodu politycznej nagonki na Pawła Huelle, który był jej redaktorem i wydawcą, a nie z powodu protestów Kurii Gdańskiej.

- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Mam wybrać trzy swoje wiersze? Według jakiego klucza mam wybierać? Pomyślałem, że wybiorę trzy, które jakoś zapamiętałem z różnych zresztą powodów.




Pierwszy wiersz, „Autoportret w brudnej szybie”, napisałem w pociągu. Tego samego dnia jechałem nad morze i zaraz wracałem. Przez chwilę pomyślałem, że może pójdę na Monciaka, na molo. Zerknę na morze i wrócę. Jechałem przed najbledszym świtem. Pociąg jechał z Wrocławia. To ważne, bo kiedyś z Wrocławia wracałem tym pociągiem do domu, więc teraz dokończyłem trasę. W pociągach nie wolno palić i stąd kłopoty opisane w wierszu. Jadąc, zmagałem się z pochlebną opinią na temat swoich wierszy. Nie potrafiłem i dalej nie potrafię przyjąć tak wysokiej oceny. Wiersz dzieje się w godzinach szarości, cienia i chwilę później. Zawsze lubiłem ten odcinek trasy między Laskowicami a Tczewem. Tam są najpiękniejsze chmury! Tym razem zobaczyłem słońce, które wyglądało, jak wielka pomarańcza zawieszona nad horyzontem.


AUTOPORTRET W BRUDNEJ SZYBIE


Muszę zapomnieć o twoich słowach
tkwiących jak cierń w otwartej ranie umysłu.
Mówi się o faktach, że umieszcza się je w czasie,
by tworzyły rzeczywistość i tworzą.


Jadę na północ w stronę morza i nie mogę
zapomnieć twoich słów. Jest noc, mijam
tyle historii, które są ciekawsze niż wiersz,
który właśnie piszę. Czy one są faktem?


Mieszkańców leśnej osady dzieli się na myśliwych
i kłusowników, ich żony i dzieci. Jest też
leśniczy, który poluje na wszystkie gatunki
i rodzaje bez ograniczeń. Dookoła noc.


Wyszedłem zapalić na korytarz i zobaczyłem
słońce, wielką pomarańczę nad horyzontem.
Pociąg wiózł nas, kobiety i mężczyzn,
przez chłód poranka ku dalekiemu morzu.


Później na stacji widziałem brutalny przeładunek.
Senni i zmarznięci rozbiegli się w stronę tuneli
i przejść podziemnych, ku przystankom,
skąd odjadą w stronę ponurego przeznaczenia.


Ojcze nasz, słońce, które świecisz na niebie,
czy widzisz? Och, ślepy starcze, mógłbym zawołać
gdybym pisał wiersz. Czy zabrzmiałoby to
dość dramatycznie? Nie mów mi takich rzeczy.


To, że boga nie da się zobaczyć, można jakoś
znieść, ale brak kawy był ponad nasze siły.
Wysiadłem z poczuciem ulgi i zapaliłem mimo
zimna, zakazów i gróźb wypisanych na pudełku.


Gdzieś tu powinno być morze, tak myślę.
Jednak gdybym uwierzył w morze, musiałbym też
uwierzyć w twoje słowa. I powiem ci na koniec,
że słońce, to jest talerzyk, taka aureola naszego świata.


Wracałem spokojny, wolny od wiary w morze,
z zabójczym papierosem przyklejonym w kąciku ust.
Patrzyłem na swoje odbicie w brudnej szybie
i powtarzałem z uśmiechem – nie wierzę w to!
                                              
                                                                            © Marek Kołodziejski


Drugi wiersz wciąż nie ma tytułu, więc w jakiś sposób wciąż jest otwarty. Wciąż może się zmienić. Skończone wiersze zapominam. Więc i o tym zapomnę. Tymczasem nie ma tytułu i stąd jego ciągła obecność w moich myślach. Ostatnio miałem trudny okres. Umierali bliscy moich przyjaciół. Reagowałem na to tak, jak umiem. Siedziałem na poduszce i śpiewałem Ji Jang Bosal. Tylko tyle mogę, więc to robię. Nie wiem czy Wielki Bodhisatwa Ksitigarba, który w obliczu historycznego Buddy przysiągł, że nie wejdzie w Nirwanę, dopóki choć jedna czująca istota będzie cierpiała na tym świecie, wysłuchał moich nawoływań. W każdym razie w wierszu próbowałem zapisać tę podwójność, bo wiersz się zajmuje wszystkim, tylko nie umieraniem, a dyrygowanie Requiem jest ostatecznie dość radosnym zakończeniem.

Czereśnie w ceramicznej miseczce, wiadomość od lata
- nadchodzę. W miseczce jest reszta ocalała
po szpaczej uczcie, która przypomina bankiety barbarzyńców.
Te wrzaskliwe przekrzykiwania trudno pomylić z czymś innym.
Pomijam zachłanną łapczywość w pochłanianiu owoców.


Czy brzmię, jak jakiś arbiter elegantiarum zaginionego imperium
dobrego smaku, gdzie za brak gustu karano dożywotnim
obciachem, przypisanym do imienia? Lecz jeśli spełnią się
wizje stygmatyków, to tak to pewnie będzie wyglądać.
Najeźdźcy będą nienasyceni, pstrokaci i głośni.


Takie przeciwieństwo dla celebrujących swój głód,
skupionych na kontemplacji mikroskopijnego dania,
które zawiera esencję wszystkich smaków. Podobno Robert
zaparzył gyokuro w ten właśnie wykwintny sposób,
wypadło po kropli na czarkę.


Dziś jest kolejny dzień mozołu nad tym wierszem.
Czereśnie zniknęły, miseczka umyta. Przez ostatnie dni
myślałem o czymś innym, niż pisałem. Byłem obok,
o krok. A teraz gram Requiem Mozarta, z pamięci.
Dyryguję oszczędnie, na sucho.


                                      © Marek Kołodziejski


Trzeci wiersz, cóż wczoraj go skończyłem. Jest to w zasadzie elegia dla Kuby Kozioła, który zmarł kilka dni temu. Uważałem i wciąż uważam Kozioła za znakomitego poetę, który mógłby zmienić krajobraz polskiej poezji. Niestety był to poeta, który nie dał czytelnikom drugiej szansy. Pierwsza część wiersza stanowi wariację na temat wiersza Kozioła „Prawdę mówiąc”. Wariacja luźno trzyma się tematu i wędruje po obrazie nieba, jaki miałem w tych dniach nad głową.

COŚ ZNANEGO?


Dziś chmury niczego nie przypominają.
Krowie placki i trzywarstwowe lody
śmietankowe. Nuda, bo trzy warstwy


nie zmienią sytuacji. Wreszcie na zachodzie
pojawia się krokodyl, goniący świnię
z prostym ogonem, która ryje


w powietrzu wyraźny ślad podobny
do ciastka z wróżbą. W południe chmury
odpływają, niebo jest puste.


Oczywiście białe, izolowane obrazki
są tylko chmurą, ale próbuję jakoś
oswoić to, co widzę.


Zawsze się próbuje zobaczyć coś
znajomego w obcym widoku:
klamry, kotwice i inne ułatwienia.


Ciebie to również dotyczy. Zobacz:
czytasz ten wiersz i jakoś próbujesz
go oswoić. Mówisz – wiersz o chmurach?


A to jest wiersz o chmurach i równocześnie
elegia, bo życie jest głodne,
idzie tu i tam, i musi coś jeść.


                               © Marek Kołodziejski



7 komentarzy:

  1. "Autoportret w brudnej szybie" ... czytałem już kilka razy .... pewnie jeszcze nie raz przeczytam .... Dawno nie jeździłem pociągiem .... ale kiedyś często mi się zdarzało .... świetnie oddany klimat takiej podróży.... tyle, że ja w stronę gór zwykle jechałem, a nad morze to wracałem

    "Coś znanego?" ..... dla mnie extra

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Panu, cieszę się, że wiersze trafiły.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kazimierz Jasiński8 września 2011 19:03

    A jednak mnie zatrzymałeś swoimi wierszami... przypomniał mi sie klimat moich jazd i powrotów na trasie Legnica-Wrocław i z powrotem ...przez cztery lata...taka pocztowka po latach w dodatku z opisem...cieszę się, choć wiem, że zrobiłeś to nieświadomie...

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...