środa, 27 lipca 2011

3 ulubione wiersze - Beata Patrycja Klary


Wciąż na krawędzi. Chodzi, obserwuje, spisuje. Od kilku miesięcy nie rozstaje się z aparatem. Fotografowanie pomaga jej pisać. Chyba jest nadzwyczaj gruboskórna, skoro potrafi mówić o tym co boli, co dotyka najbardziej – o śmierci, utracie, rozstaniu. Dokonuje rzeczy niemożliwej – utrzymuje się z pisania (wszelkie usługi w tym zakresie). Filolog polski, bibliotekarz, dziennikarz, recenzent. Rocznik 76'. Rodowita Gorzowianka ostatnio w poetyckich rozjazdach. „Szczekanie głodnych psów” i „Zabawa w chowanego” to jej najnowsze literackie dzieci. Dzieci, które zarobiły na siebie w wielu konkursach.

- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Trzy ulubione wiersze.

Jeden pochodzi z książki „Szczekanie głodnych psów”. Książka jest ostra, momentami pikantna, troszkę wulgarna, w przebłyskach feministyczna. A jednak kilka wierszy to delikatne, słodkie, nobliwe w wymowie – ballady. Taka dezynwoltura, takie odwrócenie, taki prowokacyjny zabieg, który ma pokazać, że miłość ma wiele rąk i twarzy. Nic nie jest jednoznaczne, nic czarne, tym bardziej białe. Przecież zawsze coś się ubrudzi, gdzieś znajdziemy skazę. Nie znoszę szufladkowania i pewnie dlatego najbardziej lubię wiersz „ballada o tym, gdy nie jesteśmy razem” - sentymentalny, a jednocześnie prawdziwy, wypływający z bajkowego archetypu marzeń o królewiczu, o czarodziejskim pierścieniu Arabeli. A przecież nie mówi on wcale o łatwym „i żyli długo i szczęśliwie” ... bo czy coś takiego w życiu się zdarza ... na pewno nie szczekającym z głodu psom.

ballada o tym, gdy nie jesteśmy razem


Narwij obłoków, będą potrzebne na rozstania
kiedy już oddam mężczyznę rodzinie,
a wspólne łąki zwinięte jak dywan zasną.


Nałap blasku nasturcji, będzie bladość policzków
wprawnie retuszował, a liście jak parasolki,
zawsze mnie rozbawią.


I może daj pierścionek z zielonym kamieniem,
przyozdobi nagość serdecznego palca. W obrocie
spełniając szeptanie: przyjedź, no przyjedź,
kochanie.
                                    © Beata Patrycja Klary


„Cacko” to wyraz mojego zachwytu nad szkłem. Zawsze mnie fascynował fakt, że piasek w połączeniu z innymi minerałami daje w piecu hutniczym coś tak kruchego i pięknego jak szkło. Ten wiersz powstał na plaży. Tam przecież piasku najwięcej, a słońce na drobinkach kwarcu gra swoje melodie błysku. Jedna z kobiet dopiero podniosła się z piasku i jej ciało błyszczało szkliście. Fascynujący widok, który interesował nie tylko znajdujących się tam mężczyzn. Ja skupiłam się na efekcie jasności i wtedy powstał ten wiersz. To nieliczny tekst jaki znam na pamięć – tak sugestywny był obraz tej pięknej kobiety w powłoce ze szkła.

cacko


Lubisz ją w brudnych stopach gdy wędruje brzegiem
z linią słońca na biodrach oklejonych plażą.


Jest wtedy jak szkło pustynne z cząsteczkami złota,
które zlizujesz okiem marszcząc brwi przed światłem.


Chciałbyś ją uchwycić, ostudzić do kształtu wygodnej
patery lub wazy głębokiej, ale się nie daje. Więc czekasz.


Bo gdy w końcu wróci, turban włosów dźwigając o zapachu
piegów, pozwoli ci spróbować jaka jest dziś - słona.
                                          
                                               © Beata Patrycja Klary

Wiersz – dziwne, że ulubiony – ale jednak, to pierwszy tren z „Zabawy w chowanego”. Trzeciego dnia po śmierci ojca zaczęłam pisać treny. Musiałam, bo odczuwałam konieczność, bo zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, że zapominam. To straszne zapominać bliskich – ich gesty, sposób w jaki zdejmowali okulary, jak drapali się za uchem. Kiedy zapisujesz – utrwalasz. Wtedy pojawia się na chwilę wrażenie, że wszystko zostanie, że nic nie zginie, że niczego nie uronisz, nie zapomnisz. Ten pierwszy tren dotyczy jeszcze chwil sprzed odejścia. Może właśnie dlatego tak go lubię, bo mówi o normalności, o momencie, kiedy świat był cały. Potem już wszystko było inne, a w tym wierszu jest jeszcze jakaś beztroska. Minął rok i dwa miesiące – dzisiejsza normalność nie jest tożsama z tamtą – tamtej mi brakuje, choć Bellucci nadal jest piękna.

I


Zaczyna się dzień, w którym coś powinno się stać. Barometr w górnych
rejestrach, a moje trzydzieści cztery jest inne niż twoje trzydzieści pięć,
choć wiek jest sercem każdego kadłuba. Dlatego lepiej jest malować
 latem, gdy płaszczyzny i farby są rozgrzane, a umierać zimą. Kto kocha
kobiety, Bóg jest w nim, więc na YouTube podglądam Bellucci. W moim
scenariuszu spaceruje zaróżowiona w promieniach niewidzialnego jeszcze
słońca. Pramatka i kochanka przyszłości. Nie wiem, co wypada, lub czego
nie wypada pisać, ale im wolniej rozstawia nogi, tym szybciej oddycham.
Wysysam jej miękkość jak pasożyt skorupę ślimaka.


Kończy się dzień, w którym coś powinno się stać. Dzwoni telefon: ojciec
nie żyje.
                                                                   © Beata Patrycja Klary

6 komentarzy:

  1. Nie mogę przestać smakować.,, Cacko'' stało się moim faworytem. Tymczasowo,gdyż morze mam w planach i pachnie latem. Za oknem natomiast deszcz i brakuję słońca.
    Ta strona jest iście inspirująca :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Owszem - cacko nad morze jak znalazł :) Dziękuję za zajrzenie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to dobrze, że tu jesteś, Beatko. A Bellucci nadal jest piękna... Serdeczności :)).

    OdpowiedzUsuń
  4. "Cacko" ... to po prostu cacko :) .... wprawdzie nie lubię bywać na plaży latem, ale jako, że plaże mam całkiem niedaleko domu, to doskonale znam ten widok :)

    Pierwszy tren - bardzo mi bliski ..... choć nie zgodzę się co do umierania zimą .... pogrzeby zimą są ciężkie .... zwłaszcza gdy jest -10

    OdpowiedzUsuń
  5. Och Bellucci :) Dzięki za cackowanie cacka :))
    JaWi ... ale latem łatwiej o rozkład ... to gorąco ... omdlenia - w tym znaczeniu trudniej ...
    Serdeczności zasyłam :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze widoczne po zatwierdzeniu przez redaktora

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...