wtorek, 14 lutego 2017

Trzy wiersze i obrazy o miłości - Joanna Fligiel & Ewa Kantorczyk



 
© Ewa Kantorczyk


Tęsknota

Najpierw wyleciałeś, potem napisałeś:
mówiłem, że ty tu, ja tam, i że będzie
problem. Zaczęłam odliczanie. Potem

snuję się po mieście. Szukam
naszych śladów. Są wszędzie. Nienawidzę tego
miasta bez ciebie. Wracam. Wącham 
pościel - sanktuarium keiko mecheri.

Związałam się z laptopem, jak krucha żona złotnika
z oknem, której piękną formę gościec przykuł do łóżka.
Non stop odświeżam pocztę. Płaczę,

wbrew twoim prośbom: nie chcę, żebyś była
smutna, nie po to się poznaliśmy, żebyś była
smutna. A ja myślę, że
po to.
                                                               © Joanna Fligiel




© Ewa Kantorczyk


Nadzieja

Nawet ścięte gałęzie wypuszczają liście.
Myślą absurdalnie, że przeżyją do wiosny.
Wczoraj (znów) powiedziałeś: jesteś najpiękniejsza,
jeszcze tylko ten miesiąc, przyjadę, po rejsie.

Nawet ścięte gałęzie wypuszczają liście.
Już mnie nikt nie oszuka. Nie wystarczy woda,
zostawiona w wazonie, by wyrosło drzewo.
Nie wystarczą dwa słowa, nawet najważniejsze.

Pielęgnujesz wspomnienia, przeglądając zdjęcia.
Pytasz: czy ja też tak? - Nie,
nie urośnie drzewo, jeśli kwitnie w wazonie.
- Szybko minie miesiąc, przyjadę po rejsie, tam (...)
A drzewa nie będzie.  Będą suche gałęzie.

                                                                          © Joanna Fligiel




 
© Ewa Kantorczyk


Lubię, kiedy wkłada w to tyle energii

Lubię, kiedy ściera mi odciski.
Wkłada w to tyle energii, jakby
ścierał ślady tamtych mężczyzn.

Gdy nakłada krem na lśniące
placki zwyrodniałej skóry,
mówi: jeszcze

dwa tygodnie i nie będzie ich,
i tak już pięć ostatnich miesięcy słyszę
chichot tamtych mężczyzn.

On nie poddaje się, drze, jakby
miał być pierwszym. Czasem
stopy tak bolą, że w to wierzę.

                                                               © Joanna Fligiel





Ewa Kantorczyk /ew.ka/ - Grafika jest całym jej życiem, mimo że obroniła dyplom z malarstwa na studiach artystyczno pedagogicznych w Częstochowie. Uczyła innych i wciąż siebie, by odszukać własny styl wypowiedzi artystycznej. Odnosiła sukcesy, które napędzały ją do dalszej pracy. Obecnie tworzy grafiki wektorowe i rastrowe. Wykorzystuje codzienne emocje i „struga” je po swojemu. Pod ich wpływem możemy ujrzeć niezwykłe portrety, scenerie i wizje dotykające każdą przestrzeń w której się przeglądamy. Ulubione koty, rośliny i ludzi łączy ze sobą, ale również tworzy osobne dialogi. Wsłuchuje się w oddech świata.




foto: Andrzej Walkusz
Joanna Fligiel - ur. 6.08.1968 w Katowicach. Autorka dwóch tomików poetyckich: Autoportret i Geny. Redaktorka Śląskiej Strefy Gender oraz Babińca Literackiego.

niedziela, 12 lutego 2017

3 ulubione wiersze - Lucyna Brzozowska

rocznik 73. Pochodzi z Bielska-Białej, gdzie pracuje na Akademii Techniczno-Humanistycznej, zajmuje się komputerowym modelowaniem bezpieczeństwa transportu drogowego. Interesuje się buddyzmem zen, fotografią i poezją. Czas wolny spędza w górach. Miłośniczka kotów. Wydała tomy poetyckie: Lewitacja i inne wiersze (1993), Przypięte do światła (2014), PrzenikaNIE WIEM (2014), Jestem niewinna (2016). Jej haiku opublikowano w dwóch antologiach: Dajmy grać świerszczom (2013) i Cztery pory roku w polskim haiku (2015).




- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Lubię moje wiersze, właściwie wszystkie, ale trzy tylko można więc tak:

Sztorm halny lubię za metaforę, która jest nadal aktualna: kiedy słyszę wiatr wiersz również słyszę. Za ekspresję, gdyż jest taka moja, zwłaszcza w tamtym okresie pisałam na jednym oddechu. Taki stan jest mi bliski – zachwytu i odkrycia. Kiedy po prostu jest się, się dzieje, się płynie, przeżywa. 


Sztorm halny

Gdy w górach moich
tuż za oknem
halny wiatr
ja morze słyszę

I biegnę plażą
naga tak naga
że to już bardziej
nie jest możliwe
i piasek wilgotny
czuję pod stopami
taki chłodny
gdy wiatr halny
w górach moich
tuż za oknem świszcze

I fale – te sztormowe
ja się ich nie boję
zakrywają mnie całą
gdy płynę
i mam włosy mokre
i twarz i dłonie
pełnej słonej wody
a to wiatr
halny w górach moich
tuż za oknem
drzewa aż do ziemi
kołysze

I tak szumią tak szumią
jak morze 

31.01.04




Dlatego, że łączy się z czymś śmiertelnie dla mnie ważnym. Wtedy gdy go pisałam był odpowiedzią na umieranie. Kilka miesięcy wcześniej odszedł mistrz, obok którego praktykowałam buddyzm zen. To było odejście, które przeżyłam wyjątkowo mocno. Jest to również wiersz dotykający śmierci w aspekcie szerszym, ogólniejszym, w którym stanowi ona przede wszystkim tajemnicę. Wobec niej czuję się często bezradna. Nie tylko nie wiem co, i czy w ogóle jest po tamtej stronie, ale i co zrobić w cielesnym Tu i Teraz śmierci. Być może umieranie to taki żart?


Łąka

Odejść – to takie proste
tylko co zrobić z ciałem
gdzie je zostawić spalić 
pogrzebać niech będzie pokarmem

Szeptały na ucho źdźbła trawy
źrebaki prychały w zabawie
umieranie to taki żart

Maleją gwiazdy milkną pytania 
nikt jeszcze stamtąd nie wrócił

18.02.2012 (z tomu: Przypięte do światła)




Ostatni wiersz to wiersz manifest, natchniony, może nawet prekognicyjny. Nie wiedziałam pisząc, dokąd mnie prowadzi, ale rósł we mnie, jak nasionko. Kiełkował ku rozpoczęciu zmian. Dobrze, że go sobie przypomniałam, bo właśnie poczułam, że znów zasypiam, zapominam siebie. Bardzo ważne – odzyskać siebie. To odzyskiwanie nie kończy się na jednym akcie, na jednej zmianie, dojrzeniu ku czemuś, ale jest procesem. Przez pierwszą część życia buduje się siebie: zbiera bagaż przeżyć, traum, kompleksów, schematów, przez drugą zapomina (wypiera) i dopiero przez trzecią, jeśli ma się odrobinę szczęścia, odzyskuje. Być może jest jeszcze czwarta, gdy po prostu się jest? Oby…


Odzyskana

Nazywam się Odzyskana
i nic poza tym nie pamiętam
Miałam dom bo patrzę tęsknie
na zasłony w oknach
być może miałam też coś więcej
Dziś zaczynam się od nowa
od pierwszego wersu
od pierwszego słowa

Nazywam się

Nazywam się Odzyskana

nie wiem do kogo należy to imię

Miałam kiedyś rodzinę
uśmiecham się gdy widzę
matki z dziećmi i ojców
być może sama byłam dzieckiem
albo matką
albo ojcem
Teraz jednak zaczynam się od nowa
od pierwszego wersu
od pierwszego słowa

Nazywam się
siebie nazywam Odzyskana

30.01.2013 ( z tomu: PrzenikaNIE WIEM)

                                                                         ©  Lucyna Brzozowska



niedziela, 29 stycznia 2017

3 ulubione wiersze - Agnieszka Moroz

foto: Bartosz Mateńko
wesoła autorka przygnębiających wierszy urodzona w 1987 roku w Gorzowie Wlkp. Doktorantka literaturoznawstwa na Uniwersytecie Szczecińskim na ostatniej prostej. Recenzentka „Dziennika Teatralnego”. Autorka książek poetyckich: Każdy idzie do nieba, Ulica magików, Aneks do gier i Pomiędzy mną a mną, monografii naukowej Jak uwieść czytelnika? Jonathan Carroll i Andrzej Sapkowski wobec kulturowych koncepcji śmierci oraz artykułów literaturoznawczych publikowanych m.in. w „Roczniku Komparatystycznym” i pokonferencyjnych antologiach. Stypendystka Marszałka Województwa Lubuskiego i (dwukrotnie) Prezydenta Gorzowa Wlkp. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów literackich. Jej wiersze były tłumaczone na język angielski i publikowane w amerykańskim czasopiśmie literackim „The Hoot Review”, a także w czasopismach i na portalach krajowych: „Pisarze.pl”, „Bliza”, „Migotania”, „Lamus”, „Znaj”, „Kozirynek”, „Pegaz Lubuski”, „Pro Libris”, „Borussia”, „Szafa”, „PKPzin”. Można je było również usłyszeć w dwóch audycjach Radia Zachód z cyklu „Radiowa książka poetycka”.

- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Wybór trzech ulubionych wierszy to trudne zadanie dla autorki, która szybko traci uznanie dla swoich utworów, dochodząc do wniosku, że nadal nie przedstawiają sobą tego, co chciałaby w poezji osiągnąć. Na tym etapie twórczości jestem jedynie pewna, że w moich tekstach dominuje temat iluzoryczności współczesnego świata (międzyludzkich gier, kłamstw i złudzeń, których ofiarą prędzej czy później pada każdy z nas) oraz związanej z nią konieczności dążenia do prawdy. Mogłabym za Pawlikowską-Jasnorzewską powiedzieć, że mnie ta rzeczywistość „smuci niewybaczalnie”, dlatego staram się obnażać jej prawdziwą tkankę, nie odsłaniając jednak jednocześnie własnego „ja”, lecz – tak jak Szulc w Traktacie o manekinach – powołując do tego celu różnych bohaterów. Ostatecznie wybrałam więc wiersze, które – jak mi się zdaje – najlepiej oddają właśnie to, co mnie w tym świecie dotyka.



Kiedy urządzałam swoje pierwsze mieszkanie i pojechałam do sklepu wybrać farby do ścian, uderzyło mnie, że wszystkie odcienie mają takie wspaniałe nazwy – żadna tam czerwień czy zieleń, ale: Kwiat wiśni, Promień słońca, Indiańskie lato, a nawet Mgła o poranku. Możesz mieszkać w rozpadającej się kamienicy na najpodlejszym osiedlu w mieście, w klitce wielkości 3 na 3 metry, ale producent farb i tak obieca Ci, że każdego dnia obudzisz się w wyjątkowym miejscu. I zawsze będziesz mógł powiedzieć znajomym, że Twój pokój jest koloru Trawy morskiej. Ten przykład codziennego – dosłownego i metaforycznego – podkolorowywania naszej rzeczywistości zainspirował mnie do napisania wiersza „Dom z prześcieradeł i światła”.

Dom z prześcieradeł i światła

Mówisz że jeśli odpowiednio nas połączyć
możemy stworzyć jedną z tych obiecujących farb
intensywnych jak krew 
która na szybie układa się w geometryczne wzory
Nadasz nam którąś z dalekich orientalnych nazw
Stepy Bengalu Pustynny szlak Cytrynowy sad
albo Buddyjskie kadzidło
i będzie nam ładnie na tle ścian mieszkania
które rozświetlą nas jak dobra przepowiednia
bogate ramy przyprawione starym ślubnym fotografiom

Mówisz że jeśli połączyć nas odpowiednio
salon opanują czeredy dzieciaków 
o kocich oczach i dziwnych imionach 
jak Eleonora lub Vanessa
Zbudujemy dla nich dom z prześcieradeł 
i światła choinkowych lamp
a kiedy przyjdzie burza będziemy ratować je kocami 
lub termosami z czekoladą

Ale nas nie łączą już żadne przestrzenie
Śnimy osobne sny 
nasze słowa mijają się w locie niesione przez inne powietrza
I jeśli naprawdę wyobrażasz sobie życie jako obraz
nas musiałby namalować Klimt

Na jego płótnie wirujące złote płatki
otwarte okno wiatr
i szelest blaszek
zastygłych jak moment absolutnej magii
po którym uświadamiasz sobie
że to co widzisz jest tylko wizją szaleńca




Kiedyś przeczytałam, że według dziewiętnastowiecznych naukowców największa liczba samobójstw na całym świecie przypada na marzec. Wyskakujących z okien nieszczęśników nazwali „marcowymi zającami”, co podobno zainspirowało Lewisa Carrolla podczas tworzenia słynnej postaci do „Alicji w Krainie Czarów”. W Szczecinie wszystkim marcom towarzyszy wiatr z czerwonym piaskiem znad Sahary i o tym wietrze mówi się, że wywołuje depresję i z niewiadomych przyczyn popycha ludzi do samobójstwa. Jak żyje się w świecie, w którym nawet samobójstwo wydaje się tylko drobnym jałowym gestem, opowiada wiersz Marcowe zające.

Marcowe zające

W marcu zawsze mam ochotę popełnić samobójstwo
pewnie to przez ten cholerny wiatr 
czerwony pył znad Sahary
brak kremów brûlée na sklepowych półkach
i tysiąc innych wymówek 
którymi naukowcy chcieliby tłumaczyć to uczucie

Umawiam się z tobą w klubie Święci i grzesznicy
chociaż nie wiem kto reprezentuje którą stronę
taksówkarz jedzie jakby chciał nas zabić 
z kieszeni wypadają mi tabletki bletki
i papierki po rozpuszczalnej gumie malinowej

W świetle stroboskopów masz trzy pary rąk
niczym buddyjskie posążki z Tybetu
nagle czuję że mógłbyś objąć mnie tak jak zawsze chciałam
Wtulić w zapach kadzideł orientalnych świątyń 
płatków orchidei zrywanych gdzieś nad ranem
kiedy inni wciąż oddychają powietrzami snu

Zaraz potem zwykła żarówka prześwietla nas jak rentgen 
co ujawnia zatopione w figurkach relikwie 
Okazujesz się pusty
Błądzą w tobie echa porzuconych muszli
przybierasz kształt bursztynu bez owada

W marcu zawsze mam ochotę popełnić samobójstwo
Wyobrażam sobie wtedy jak płaczesz z papierosem w ręku
choć od dawna już nie palisz
w myślach liczę wiązanki telefony
wszystkie te niebieskie znicze
i czuję się lepsza

a później długo nie mogę przestać się śmiać




Od najmłodszych lat byłam ogromną pasjonatką sztuki. Kolekcjonowałam „Wielkich Malarzy”, szalałam na punkcie Marca Chagalla, Fridy Kahlo, Andy’ego Warhola, Francisa Bacona, marzyłam, że kiedyś będę malować w samotnym domku nad brzegiem morza i podejmowałam próby, które miały przybliżyć mnie do realizacji tego planu. Robiłam malunki na szklanych przedmiotach, a w gimnazjum nawet dostałam się do klasy o profilu plastycznym – wszystko po to, żeby przekonać się, że nie mam do tego ani krzty talentu. Ale zachwyt dla sztuki pozostał i w końcu znalazł wyraz w namiętnym zwiedzaniu muzeów z obrazami największych malarzy i odwiedzaniu wernisaży. W ten sposób zwiedziłam m.in. Luwr, paryskie Muzeum Impresjonistów, aż w nowojorskiej Momie przeżyłam rodzaj wielkomiejskiego zblazowanego znudzenia, za które było mi wstyd i po którym sądziłam, że moja miłość do sztuki wygasła. Ale pewnego dnia w Metropolitan Museum zdarzyło się coś, co naprawdę mną wstrząsnęło. Spacerowałam po alejce z obrazami Rembrandta i nagle przyciągnął mnie jego nieznany autoportret. Spojrzenie mężczyzny, który nie ma już nic do stracenia, siła i jakaś niepowtarzalna wręcz prawda bijąca z tego obrazu sprawiły, że nie byłam w stanie oderwać od niego wzroku. Poruszona, stałam przed nim co najmniej przez godzinę, budząc poważne podejrzenia ochroniarzy. Dziś nie maluje się już takich obrazów.

Alejki cudów

W Metropolitan Museum 
ja i Rembrandt po raz pierwszy 
spojrzeliśmy sobie w oczy
Jego ból odbił się na mojej twarzy 
jak przenikliwy dźwięk
nagłe szarpnięcie zrozumienia
niedającego się zapomnieć

A przecież malował uśmiechnięte półprofile
dłonie kobiet i kołnierze z piór
Minę mógł sobie sprawić jaką chciał
rozjaśniając usta białym odcieniem pozoru
imieniem Cornelii
która ciągle umierała
choć miała być jego córeczką

Teraz oglądam profile 
w Metropolitan Facebook
(naukowcy właśnie odkryli że wokół niego kręci się świat)
Wyszczerzone laleczki pożerają się wzrokiem
w brzuchach mają lusterka
w tle skutery gadżety design

Wkrótce alejki cudów przeniosą się do muzeów
Zamiast twarzy lekko przyciętych do ram
na ścianach zawisną wyretuszowane pocałunki
sploty rąk i uśmiechy 
papierowe jak imiona
których nikt już nie będzie pamiętał

                                                                   © Agnieszka Moroz

niedziela, 22 stycznia 2017

3 ulubione wiersze - Anna Błasiak (Anna Hyde)

foto: Lisa Kalloo
studiowała historię sztuki na UW, filmoznawstwo na UJ i zarządzanie instytucjami kultury na Uniwersytecie Londyńskim. Poezję publikowała w „Więzi”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Dekadzie Literackiej”, „Odrze”, „ArtPapierze”, „Szafie” i „Śląskiej Strefie Gender” (po polsku) oraz na stronie wydawnictwa „Off_Press” i „Women Online Writing” (po angielsku). Przełożyła ponad 40 książek z angielskiego na polski (przede wszystkim prozę dla dzieci i młodzieży, w tym Szpiega mimo woli Anthony’ego Horowitza) oraz kilka pozycji z polskiego na angielski (prozę Mariusza Czubaja, Wioletty Grzegorzewskiej, Jana Krasnowolskiego, Kai Malanowskiej, Daniela Odiji, Anny Augustyniak, Mirki Szychowiak i Irit Amiel [jako Anna Hyde], a także katalogi wystaw muzealnych, filmy). Wspólnie z Wiolettą Grzegorzewską i Pawłem Gawrońskim przełożyła na polski poezję Marii Jastrzębskiej (tom Cedry z Walpole Park / The Cedars of Walpole Park). Tłumaczyła również wiersze poetek irlandzkich Mary O’Donnell i Nessy O’Mahony. W przeszłości pracowała w muzeach i w radiu, redagowała pisma kulturalne, pisała o sztuce, filmie i teatrze. Współtworzy European Literature Network, mieszka w Ramsgate w Wielkiej Brytanii.



- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Moje ulubione wiersze to te, które w jakiś szczególnie dla mnie przenikliwy sposób uchwyciły moment, zatrzymały go, zamroziły czy też może zalały formaliną. Nie, wtedy brakowałoby zapachów... Więc nie zamroziły, nie zalały formaliną, ale stworzyły niefizyczną kopię z wszelkimi przymiotami fizyczności. ZAPAMIĘTAŁY za mnie momenty i miejsca. 

Pierwszy z mojej trójki jest wiersz o weselu w maleńkiej wiosce w górach w Grecji. O powietrzu palącym w gardle i makijażu panny młodej spływającym jej po twarzy. O strachu przed tym, co będzie i przed tym, co było. O sumiastych wąsach wujków Eirini, o jej zazdrosnych ciotkach, o rozmowach po grecku z jej rodzicami. O tańcu do rana, który miał w sobie coś przeraźliwie pięknego i przeraźliwie bolesnego. 


(NIE) MOJE WIELKIE, GRECKIE WESELE 

Zaczęło się dwa dni przed czasem. 
W niedzielę od rana 
czterdzieści baranów na rożnach. I kokoretsi. 
Muzyka i taniec między 
rozstawianymi stołami 
na osiemset osób. 

Dookoła milczące góry 
i niesłyszalny szum morza gdzieś w tle. 

Język starożytny. Język znajomy. Język niezrozumiały. 
Gwizdy w tańcu. Ouzo i piwo. Upał. 
Turecka krew, czarne oczy. Przytup. 
Ciemne chustki na głowach. 
Bracia, kuzyni, wujowie. 

Przerażeni. 

(ArtPapier, 2/2014) 



Z kolei ten wiersz przywołuje wspomnienie niemalże baśniowego pobytu w niedzickim zamku, gdzie pojechałam z dwójką przyjaciół pod koniec studiów przeprowadzić historyczno-sztuczną inwentaryzację (zamek należał i chyba nadal należy do Stowarzyszenia Historyków Sztuki). W dzień chodziliśmy od pokoju do pokoju i wszystko spisywaliśmy, wieczorami przy kominku krążyły opowieści o duchach, wszędzie pachniało dymem i starymi olejnymi płótnami. Mój pokój był w wieży, z której, gdybym miała długie włosy, mogłabym wywiesić swój warkocz… 


CYKL NIEDZICKI 
POKÓJ NR 8 

Krzywizna oparcia kanapy 
od kształtów przewieszonych 
panien. Jedna wyżej. 
Przy trójnożnym stole 
trzy osoby. Jak wiadomo. 

A parawan ma cztery skrzydła, 
nie wiedzieć dlaczego. 

Łóżka z nogami kręconymi 
(zawrót głowy). 
Lustro nowe. 
Niestety. Odbija. 

(Kwartalnik Artystyczny, 4/2004) 



Ostatnim z mojej trójki jest wiersz o Londynie. O tym, że nawet gdy mi się wydawało, że już dobrze to miasto znam – a praktycznie co roku od matury przyjeżdżałam tu na wakacje – potrafiło (i nadal potrafi) mnie ono zaskoczyć. Przypomnieć mi o tym, że nie jestem stąd, tak samo jak już nie jestem stamtąd. O tym, że już zawsze będą znikąd, z pomiędzy…


KAWIARNIA PRZY ST JAMES WRENA W PORZE LUNCHU

Siedzę cicho,
zaczajam się.

Gołąb nagle skręca,
zatacza koło,
drepcze pod inny stolik.

Zostaję sama
ze swoimi okruchami. 


(Kwartalnik Szafa, 3/2015) 

                                                                               © Anna Błasiak (Anna Hyde) 


niedziela, 8 stycznia 2017

3 ulubione wiersze - Zygmunt Marek Piechocki



Foto: Piotr Miler
Rocznik 1947. Z wykształcenia technik ekonomista, ale wybrał dla siebie zawód kierowcy. Obecnie na emeryturze. Jesienią w 2012 roku otrzymał „Nagrodę Kulturalną” Prezydenta Miasta Gorzowa Wielkopolskiego, powiedziano wtedy o nim: poeta, pisarz, felietonista, animator kultury, wydawca książek. Propagator muzyki poważnej, zwłaszcza Fryderyka Chopina. Organizuje i prowadzi recitale, pisze felietony muzyczne na stronie Filharmonii Gorzowskiej i portalu e-gorzowska. W radio opowiada o muzyce i kompozytorach. Niezwiązany zawodowo z żadną instytucją kultury. Wydał dziesięć książek: siedem tomików poetyckich i trzy prozy. Za tomiki Sytuacje i Czerpanie z pustki otrzymał nominację do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego, natomiast za Listy hipotetyczne , W pobliżu rozumienia i Ad libitum otrzymał dyplomy za walory edytorskie za najładniej wydane książki w województwie lubuskim. Szatę graficzną książek wymyśla sam. Odczytał rękopisy żydowskiej poetki Melanii Fogelbaum (zginęła w Oświęcimiu) i doprowadził do wydania książki Drzwi otwarte na nicość z jej wierszami. Uważa to za swój największy sukces literacki.


- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?



Zapewne jest tak, że lubi się wszystkie swoje teksty. Te, których się nie lubiło dawno już są w koszu komputera lub spalone w ognisku. W każdym razie ja tak robię. Nie wiem, może po jakimś czasie i te wydrukowane – więc „ulubione”, też stracą dla mnie wartość?! 

Trzy wiersze z trzech tomików.

Moje herezje to zapis relacji z Najwyższym, wszystkim tym, co dotyczy mojej, katolickiej, owszem niezbyt ortodoksyjnej i ciągle pytającej wiary. Zastanowienia, zatrzymania się nad tekstami biblijnymi, zapisanymi wydarzeniami. Od zawsze fascynowała mnie postać Judasza, jego tragiczny udział w historii zbawienia. Wszak bez udziału tego apostoła nie byłoby to możliwe. Chociaż: „A Zenek K. mówi, że Judasz mógł wybrać, nawet jeszcze tam, w Getsemani/ Tylko czy wtedy byłoby tak jak się wydarzyło/Pytam o niedzielny poranek”. Napisałem kilka tekstów o Judaszu. 


Judasz część IV - To tak trudno zrozumieć

Z wielu towarzyszących Ci
na drogach tamtych krain
wybrałeś dwunastu
właśnie tych
nie innych

Pośród nich Judejczyk – Judasz Iszkariota
ten
o którym wiedziałeś
że za trzydzieści sykli
- to jest cenę jaką prawo przewiduje za niewolnika
odda Cię na ukrzyżowanie

Jakim znakiem
ma stać się dla nas ten człowiek
jego postępek
przecież wpisany w historię odkupienia
skoro już u Malachiasza znaleźć można
przepowiednię o trzydziestu srebrnikach
za Ciebie

Jakim znakiem
skoro sam powiedziałeś, że
...lepiej byłoby gdyby się nie narodził

To tak trudno zrozumieć

Zostaję z pytaniem
czy gdyby sam nie wymierzył sobie kary
mógłby liczyć na wybaczenie

Czy stało się, jak było napisane 



W 2014 roku powstał tomik Preteksty inspirowany wierszami poetów. Swoisty dialog trzydziestu dwóch tekstów. Każdy wiersz rozpoczyna cytat.


Faustowi śniły się kobiety
z obrazów Egona Schielego

(Leszek Żuliński, dwa wersy z wiersza
Te straszne noce z tomu Ja, Faust)


Egon Schiele. Cóż, Przyjacielu,
znów Ci coś zawdzięczam. Egona Schiele.

Zapewne mój brat Juliusz już wiele lat wstecz
(bo studiował malarstwo) wiedział o nim wszystko.

Ja dopiero teraz zobaczyłem obrazy Egona
i krótkie życie zapisane kilkunastoma zdaniami w Wikipedii.

Dwadzieścia osiem lat
i te trzy dni więcej od Edith
i kilka szkiców jej umierającej.

Dwoje z dwudziestu milionów
zabitych przez hiszpankę.

Cóż, Leszku, znaczy dwadzieścia milionów dolarów
za sprzedany teraz Pejzaż Krumau
– miasta, z którego wydalono autora obrazów
z nagimi dziewczętami?

Cóż, Poeto, znaczy sen,
co jak śmierć zabiera nas w inny stan,
wymiar, rzeczywistość?

Nie wiem.

Ale może, Amigo, jest dobrze znać rzeczy piękne?
Obrazy Schielego, muzykę Chopina –
– na późniejsze sny
i tę ostateczną zmianę sytuacji.

Odmowę światła.


Ostatni tomik z 2015 roku, Ad libitum – czternaście wierszy, ilustrowane wydrukowanymi nutami z kompozycji o których snuję opowieści. 

Ad libitum – znaczy bez ograniczeń, dowolnie, według upodobania. Tak kompozytor oznacza partyturę, kiedy uznaje, że jego utwór nie musi być grany dokładnie, jak został zapisany. Pozostawia interpretację soliście bądź zespołowi. Skorzystałem z tej notacji i według swojego upodobania, rozumienia, przeżyć, konotacji utrwaliłem słowami albo to, co kojarzy mi się z danym utworem, albo reakcje, jakie we mnie wzbudza. Niekiedy przytaczam historię powstania danej kompozycji, innymi razy piszę tylko moje jej rozumienie albo odnoszę się do niegdysiejszej, bądź dzisiejszej konkretnej sytuacji. Oczywiście, każdy z czytelników może mieć zupełnie inne, odmienne odniesienia, rozumienie tej muzyki, którą przywołałem w tekstach. Całość należy rozumieć, taki był mój zamiar, jako chęć nawiązania dialogu człowieka (tutaj peela) z współżyjącymi obok. Pokazanie im swoich prawd, wiedzy, odczuć i samotności. Każdy wiersz rozpoczyna się od słów „przychodzę do ciebie”. Niektóre z nich dedykowane są konkretnym osobom – to takie personifikowanie przesyłań, metaforyczne podawanie dłoni.


Pani Monice Wolińskiej – dyrygentce

Przychodzę do ciebie z poematem symfonicznym
Nevermore Eugeniusza Morawskiego bo i mi
niezwykle żałośnie w te dni ostatnie

Może bajronicznie
może strasznie

Jak wtedy tamtemu mężczyźnie z wiersza Edgara Allana Poego

Otworzyłem. I wnet potem
Szumnym, pewnym, równym lotem
Czarnopióry kruk wspaniały
Prosto ku mnie leciał już.
Ni się wstrzymał, ani zbaczał,
Ku drzwi moich lot zataczał
Gdzie u góry biust Pallady
Jak domowy świeci stróż.
Na Pallady posąg biały
Wzleciał kruk wspaniały
Czarnopióry demon burz…

Na każde zdanie człowieka obolałego śmiercią ukochanej
odkrakiwał nevermore nevermore nevermore
nigdy już nigdy już nigdy już

Zamykał przestrzeń przyszłości
odmawiał marzeniom ziszczenia
nadziei zabierał złudzenia

. . .

Nevermore zagubiony w czeluściach pożogi
ostatniej wojny światowej nie miał być zagrany

A jednak nie nigdy już

Bo przecież siedzę pośrodku piątego rzędu
w Filharmonii Gorzowskiej
Pani Dyrygentka wznosi batutę –
napoczyna misterium opowiadania żalu
który wcześniej czytałem w zasmuconych oczach
Eugeniusza na sepiowej fotografii

Koda w f – moll z dookreślonym sposobem wykonania

Piangendo

                                                                                       © Zygmunt Marek Piechocki


Jest oczywistym, że chciałoby się tutaj pokazać więcej ale mają być trzy teksty. Dlatego ośmielam się napisać, że całość Pretekstów i Ad libitum można przeczytać w portalu pisarze.pl

                   

niedziela, 1 stycznia 2017

3 ulubione wiersze - Natalia Zalesińska

Urodziła się i mieszka w Katowicach. Interesuje się literaturą i muzyką. Prowadzi blog  http://calme.blox.pl. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. W roku 2009 zadebiutowała tomikiem wierszy rzeczy delikatne, którego publikacja była nagrodą główną Konkursu Poetyckiego im. W. Iwaniuka – Siedliszcze 2008. W roku 2012 ukazała się jej druga książka poetycka Połączenia – pokłosie VII Edycji Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia, Olkusz 2011. Publikowała wiersze w antologiach pokonkursowych, antologiach, w prasie literackiej m.in.: „Nestor”, „Topos”, „Fraza”, ”Cegła” „Śląsk”, „Egeria” „ZNAJ”. Jej wiersze prezentowane były na antenie Polskiego Radia II, Polskiego Radia Katowice. 



- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?

Nie lubię mówić o swoich wierszach, tłumaczyć – wtedy czytelnik może się rozczarować, bo jego odczytanie, ścieżka w tekście często jest inna niż autora. Chociaż mam ulubione teksty, do których wracam z sentymentem. Wśród nich są ważne dla mnie zapisy chwil, sytuacji związanych z bliskimi osobami, które odeszły. Tak powstał dyptyk, opowiadający o spacerach w miejscach znanych z dzieciństwa ( teraz wyglądają inaczej).


W roku 2008 /dyptyk/

Lubimy siedzieć i patrzeć w głąb stawu.
W. Voolf

I

Z ławeczek dla wędkarzy zarzucamy myśli
w podwodne, głębokie życie. Zwierzenia, 
wydają się płynąć i marszczyć niby sukno,
albo są flotyllą statków. W gąszczu sitowia

opadają na dno, cięte ostrą trzciną. Środek wody
odbija drzewa, coś niezwykłego. Na powrót
staję się dziewczynką i mogłabym chodzić
po ich cieniach od brzegu do brzegu.

A Łucja widzi czerwone karły. Może to
pomyślenia pozostawione przez innych?
Nie, traci wzrok w słoneczne popołudnia.


II

Na żywo

Patrzymy na ręce kobiety i mężczyzny.
Drobią chleb, karmią dzikie kaczki.
Obok jej przygarbione plecy. Tai chi traw

wmawia czułość, zawraca czas. Błogo.
W stawie zanurzam stopę. Sprawdzam
lekkość wody. Ochładza kręgi nartników.
Coś mówi, mów. Słowa tlą się, więdną.

Biorę za rękę kruchość. Wchodzimy w drzewa.




Kiedyś czytałam dużo książek biograficznych między innymi o S. Rachmaninowie, C. Debussym, P. Czajkowskim. Uwielbiam muzykę klasyczną i nie tylko. III Koncert Rachmaninowa jest pięknym, pełnym nostalgii, ale jakże trudnym utworem, angażującym emocjonalnie (wystarczy obejrzeć film Blask). Słuchanie koncertu zainspirowało mnie do napisania wiersza Bierwiono. 


Bierwiono

III Koncert Sergieja Rachmaninowa

Allegro ma non tanto

Dzieciństwo w domu z bierwion. W las
piaszczystą ścieżką. Ziarenka, igły sosny
wbijały się w stopy. Wpadałem w światło,
polanę. Na niej Cyganie rozbijali tabor,
poili zwierzęta. Wieczory na smyczkach
w płomieniach ognisk parzyły mi wzrok.
Chciałem pod drzewem zasnąć na tysiąc lat.

Intermezzo

Bezkres; trawy toną w upale, dzwonki –
głosy skowronków. W Iwanowce
na werandzie Natalia z obnażoną, pełną mleka
piersią, karmi córeczkę. Za ileś lat spojrzy
w moje oczy bez blasku. W ciemnym pokoju
zobaczy, jak tamta mnie zabiera. Po wszystkim
spłynie spokój, kapiąc światłem. Mgnienie – błysk.

Finale

To takie proste – pewność, myśl ma moc
sprawczą i wkrótce czas się wypełni.
Zostanę tęskną dumką za którą pobiegniesz.
Poczujesz lekkość, brzmienie tak naturalne,
jak tylko możliwe. Przytulisz twarz do kory.
Zobaczysz gwiazdy, co spadają z deszczem.
Będziesz wiedzieć, że ptaki zawsze wracają
do sadu, jakby to działo się pierwszy raz.




Zima, styczeń. Wracamy samochodem z kliniki ortopedycznej, żeby skrócić drogę przejeżdżamy przez cygańską dzielnicę Zabrza. Wieczór, cisza na ulicach. Miasto zmrożone, wygląda jakby pokryły je włosy anielskie. Jednym słowem – bajkowy pejzaż. Przed jednym z domów opasły Rom na drabinie obijający sople. Wtedy przypomina mi się inny wieczór –  kwietniowy. W dzielnicy panuje ruch: Cyganka rozwiesza pranie, druga wróży, mężczyźni siedzą na stołkach, grają w karty, a tamten siedzi i słucha radia. Wtedy pomyślałam, a może właśnie to on walczył z soplami. W tle przemijanie, trudne dwa lata w tle.


Zrosty

jakby w te same drogi, dni i godziny – rok
zaczął się od krwi. Przyszła zima z martwą bielą.
W cygańskiej dzielnicy bruk srebrzy jak uśpiona

tafla stawu tuż za parkiem. I ten sam boss, co wiosną
siedział na krzesełku, nie grał, słuchał radia. On jeden
w mroku strąca sople z dachów. Zakręca nim, spada

do wiersza w objęciach wiatru, bez wróżby. I nic
o tym nie wie. Myśli, że śmierć bywa liryczna. Lód
kocha miasto, a miasto nie czuje kości, próbuje zasnąć.

                                                                                      © Natalia Zalesińska



niedziela, 18 grudnia 2016

3 ulubione wiersze - Marta Zelwan

Foto: Paweł Orzeł
MARTA ZELWAN - pisarka publikująca dawniej pod nazwiskiem Krystyna Sakowicz. Autorka tomu opowiadań Zbrodnie kobiet (I nagroda w konkursie Wydawnictwa „Iskry”, 1984), powieści Sceny miłosne, sceny miłosne (nagroda Funduszu Literatury, 1985), Jaśmiornica (nagroda im. Stanisława Piętaka, 1986) i Po bólu (1995). Autorka opowiadań i fragmentów prozy ukazujących się od roku 1983. W „Twórczości”, „Akcencie”, „Studium”, „Wyspie” i Antologiach współczesnych polskich opowiadań wydawanych przez Wydawnictwo FORMA w latach 2008, 2011, 2014. Nominowana do nagrody Nike w roku 2001 i 2009, za Śnienie (Ruta, 2000) i Księgę ocalonych snów (FORMA, 2008), nagrodzoną przez Fundację Kultury. W roku 2012 wydała Praobrazy (FORMA). Mieszka w Warszawie. Publikuje w kwartalniku literacko-kulturalnym „Elewator” i prowadzi blog Pismo szybkie na stronie wydawnictwa FORMA


- Jakie ze swoich prac lubisz najbardziej albo darzysz szczególnymi względami?


Pewne teksty, które napisałam w formie linii nierównej długości, tak jak przywykło się pisać wiersze, nie zawsze są poezją, ale proza też nie zawsze jest prozą, przechodzenie jednego w drugie wydaje mi się rzeczą naturalną jak pogoda albo sen. 

Wciąż mam dobre uczucia wobec dawno napisanej Sztuki klaskania, gwizdania i dziwienia się, jest to o sztuce danej na zawsze i każdemu, są na to dowody, chociaż wliczone są też nieprzewidziane zrządzenia losu, to sztuka możliwa nawet wtedy, kiedy już nic innego nam nie pozostaje:

jakby klaskało się jedną dłonią
jakby ktoś chował jakąś rzecz za pustą ramą 
od obrazu, a potem sam wyglądał tędy 
jak przez okno –
wszystko to się tam i z powrotem przypomina albo zapomina –
kobieta, która napisała zaszyfrowaną księgę Niebo
muzyka jazzowa dwudziestego wieku
do tego czarna, gorąca herbata tamtych czasów
aby pasowało jedno do drugiego –
wiem, że czas to taka gra, wiem, że ktoś
na pewno przechodził już tędy albo przejeżdżał
w inwalidzkim wózku
i zbierał dowody na to, rozrzucone po podłodze –
kto inny z prawdziwą ulgą zdejmował buty
potem tańczył –
a cały ten ruch zatopiony został w wielkim
mrocznym morzu świadomości
po to, by wskutek nieprzewidzianych zrządzeń losu 
pewnego razu znowu się wyłonić –
dlatego wciąż jest nam dana sztuka gwizdania i dziwienia się
przechodzenia w materię subtelną albo śnienia 



Kości snu, pierwszy fragment Praobrazów, zaraz po przedśnionku, lubię za krótki opis sztuki kształtowania, dzięki której ułożyłam wszystkie swoje prace:

Łączę kształty,
biorę je ze snu
położonego w głębi snu
jak w ciemnej skrzyni,
wyciągam kształty,
które stworzyły skrzynię,
które stworzyły ciemność i sen,
jego brzegi są twarde jak kość,
układam szkielet większej całości
na szarym piasku,
oś centralną,
podpory, belki, żebrowania.
Nad ranem ruch kształtowania
budzi sen
i chropowate kości przeciągają się,
wracają do jawy. 



Lubię też ten fragment Graffiti o jeszcze innej sztuce, (*** podchodzę do ludzi snu) której forma jest pustką, tak to jest, zaczynam myśleć, że po prostu najbardziej lubię mieć do czynienia ze sztuką w stanie czystym:

podchodzę do ludzi snu -
to sen na czysto
bez formy
forma jest pustką
bez fabuły
fabuła to retusz, stara baśń - 
na szarych deskach podłogi
jak na jarmarku 
rozgrywa się sztuka
ciemnopurpurowa jak krew
pomarańczowa jak księżyc w półciemnościach 
zza uchylenia drzwi
widzę kobietę z koroną warkocza na głowie
pod tym przybraniem ukryte są inne plany -
teraz każdy człowiek snu będzie miał zaślepione
trzecie oko
usta zasznurowane przed nawoływaniem nocą
a tym bardziej w dzień –
kobieta powoli rozplata warkocz
aktorzy mówią: już dość, już dość
podchodzą do rampy
i rzucają swoje cienie
na podłogę 

                                                             © Marta Zelwan



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...